Najlepiej jest dobrze grać, mieć dobrą szkołę i wtedy nikt nie podskoczy.

Poznań (Wielkopolska)

Agata Mierzejewska | 2018

Agata Mierzejewska: Jak został Pan dudziarzem?

Romuald Jędraszak: Przypadek. Jako niespełna jedenastolatek znalazłem się w domu pana Stanisława Grocholskiego, budowniczego instrumentów. Tam po raz pierwszy zobaczyłem dudy, a pan Grocholski zaproponował, żebym zaczął grać. Przez pierwsze dwa miesiące uczyłem się w piwnicy jego domu, w warsztacie. Następnie przez miesiąc, dwa razy w tygodniu, chodziłem na trzygodzinne próby do Zamku [przyp. red. Centrum Kultury Zamek w Poznaniu]. Po miesiącu praktyki pojechałem na pierwszy występ do Starego Gołębina, na II Turniej Dudziarzy Wielkopolskich. I tam już złapałem bakcyla. Wywiady, zdjęcia do gazet… Sława zajrzała w oczy. To był 1971 rok.

Buduje Pan dudy?

Próbowałem. Pan Grocholski mnie namawiał. W części miałem już nawet zrobiony instrument. Grocholski miał go dokończyć, lecz niestety choroba pokrzyżowała mu plany. Pożyczył mi wtedy swoje dudy, na których gram do dziś. Zięć Grocholskiego [Andrzej Mendlewski], który przejął po nim całą schedę, wymienił w nich worek, przebierkę i dymkę. Oryginalną przebierkę zgubiłem – kiedy robiłem drugą w tonacji A, tamta w B gdzieś się zapodziała. Obecnie przebierki wykonuje dla mnie Mendlewski, ja nie mam do tego ani narzędzi, ani maszyn, ani czasu.

Czy można się dziś utrzymać z dudziarstwa?

Na pewno się da. Ale trzeba być instruktorem w kilku ośrodkach jednocześnie i dbać o dobrą formę zatrudnienia. Tylko w Centrum Kultury Zamek w Poznaniu mam część etatu, gdzie indziej są to już same umowy zlecenia. Praca, którą wykonuję na co dzień, też nie jest bardzo dochodowa. Wielkiej emerytury nie mam się co spodziewać. Ale na dudziarstwo nie narzekam.

W jakich sytuacjach gra się dzisiaj na dudach?

Kiedy zaczynałem naukę w kapeli, to na próbach grało tylko dwanaście, piętnaście osób, ewentualnie na występach okolicznościowych, jak dożynki, pochód 1 Maja, 22 lipca, albo przy Zespole Folklorystycznym „Wielkopolska”, jako przerywnik, kiedy zespół się przebierał. Byliśmy wtedy jednak trochę schowani, mało się pokazywaliśmy. Dziś dudy stały się bardziej popularne i rzadko się zdarza wolny weekend. W domu jestem gościem. Pozytywną zmianą jest to, że do praktyki doszły różnego rodzaju potańcówki. Bo muzyka dudziarska nie jest do słuchania, lecz do tańca. To zabawowy instrument, taką rolę dudy pełniły w historii. Nie są stworzone do grania kolęd, rzadko którą można zresztą zagrać tak, aby to stroiło.

Kim byli Pana mistrzowie?

Bardzo sobie cenię znajomość z panem Bronisławem Buchwaldem. To właściwie od niego nauczyłem się większości utworów. Z powodu różnych kłótni – kto lepszy, kto gorszy – nie był długi czas dopuszczany do słowa, ale jakoś mu się poszczęściło, że żył dłużej niż inni. Na początku wypychał mnie na sam koniec, a potem przyszedł taki czas, że mówi: „Romek, stań koło mnie, będziemy sobie razem grali”. Było to wówczas, kiedy zmarł jego partner, Piotr Machowski spod Śmigla, świetny dudziarz.

Po czym poznać dobrego dudziarza?

Trzeba dobrze grać i trzymać równo rytm. Młodzi mają tendencję – co wiem z własnego doświadczenia – do szybkiego grania. A tu trzeba umieć grać powoli i cały czas równo.

Gdzie Pan uczy?

Dzisiaj uczę w pięciu ośrodkach. Wszystkie zajęcia rozpoczynają się o osiemnastej, a kończą o dwudziestej. Był taki czas, że w jednym momencie miałem prawie pięćdziesięciu uczniów. Moją macierzystą jednostką jest Centrum Kultury Zamek w Poznaniu, tam było nas trzech: ja, mój syn Marcin i wnuk pana Grocholskiego, Bartek, który przejmuje dziś pracę po ojcu, choć skupia się na rzeczach technicznych, jak strojenie czy budowa stroików.

Najliczniejszą kapelą, jeśli chodzi o dudziarzy, jest Poznań: siedem, osiem osób, wśród nich Bartosz Mendlewski, Tadeusz Piskorski, Ewelina Chatłas, Karol Majerowski i Marek Buchwald. W Stęszewie jest czterech dudziarzy: Piotr Górecki, Łukasz Kontek, Krystian Luleczka, który gra na sierszeńkach, i ja. W Szamotułach jest dwóch dudziarzy [Bartosz Wilk: sierszeńki, Michał Waśko: dudy – przyp. red.]. Jeden z nich z powodów zdrowotnych gra od kilku lat tylko na sierszeńkach. Kiedy byliśmy na Konkursie Gry na Instrumentach Pasterskich w Ciechanowcu, to właśnie on zdobył najwyższą nagrodę. Jurorzy uznali, że dudy wielkopolskie i kozły – jako zbyt skomplikowane – nie są instrumentami pasterskimi. Uczę też w Połajewie [Aleks Magdziarz, Franciszek Wiland, Filip Nowicki i Franciszek Jur: sierszeńki – przyp. red.], w Starym Gołębinie [Patryk Nowak: sierszeńki i dudy, Mateusz Bryl: sierszeńki i dudy, Kamil Cwojdziński i Tomasz Babiarczyk: dudy; obecnie trwa nowy nabór do kapeli – przyp. red.].

Młodzież ma dziś zajęcia raz w tygodniu, po dwie godziny. Ja uczyłem się dwa razy w tygodniu, po trzy godziny. Długość nauki jest różna, jedni mają talent, inni nie. Ja na pierwszy występ pojechałem po trzech miesiącach, umiałem wtedy jeden utwór i grałem chyba bez burdonu.

Mój tydzień wygląda tak: codziennie po pracy (od dziewiątej do szesnastej) wsiadam w samochód (przez dwadzieścia lat zajeździłem już pięć) i: w poniedziałek do Poznania czterdzieści kilometrów, we wtorek do Połajewa sto czterdzieści kilometrów, w środę do Szamotuł sto kilometrów, w czwartek do Gołębina sto trzydzieści kilometrów, w piątek do Stęszewa kolejne sto kilometrów. Tygodniowo to jest ponad pięćset kilometrów. Rocznie robię czterdzieści pięć tysięcy kilometrów.

Wielu jest zdolnych uczniów?

Na pewno ktoś zostanie w zawodzie. Młodzież jest dziś w tej komfortowej sytuacji, że wszystkie utwory ma nagrane. Przez ostatnie czterdzieści lat powstała masa nagrań dla radia i telewizji. Skoro Holendrzy potrafili odbudować jakiś instrument i repertuar na podstawie obrazów, to nawet jeśli nasza tradycja zaginie, za dziesięć, dwadzieścia lat ktoś, kto chciałby się nią zająć, będzie ją miał z czego odtworzyć.

Nauka jest z nut?

A skąd! Nauka jest tylko ze słuchu – wkuwanie na pamięć. W Wielkopolsce z nut naucza się tylko w Zbąszyniu. Mamy około setki utworów, są to melodie głównie do tańca. Dudy są stworzone do zabawy, nie po to, by się nimi raczyć w długie wieczory przy świecach i lampce wina. Gra na dudach to nie jest zresztą taka prosta sprawa. Poza tym u nas dudziarz musi się wykazać, bo jest nas mało. Na scenie od razu słychać, kto nie umie grać. Kiedy zaś na Wyspach idzie orkiestra złożona ze stu osób, to nie wiadomo, co kto umie. Niektórzy przebierają palcami i tylko markują, że grają. Lindsay Davidson, Szkot, który mieszka dziś w Krakowie, podpowiedział, że wystarczy wówczas spojrzeć na burdony. Jeśli stoją prosto, sztywno, to znaczy, że worek jest pełen powietrza.

Czy dziewczyny garną się do gry na dudach?

W pewnym momencie były u nas w kapeli trzy albo cztery dziewczyny. Ale dziewczyna, jak to powiedział profesor Linette, to jest taka „nietrafna inwestycja”. Gdy przychodzą dzieci, granie się kończy. Jedną z pierwszych dudziarek była u nas żona pana Mendlewskiego, Maja Mendlewska, z domu Grocholska. Jean-Pierre van Hees ujął ją w swej monumentalnej monografii. W Poznaniu było kilka grających dziewczyn – przyszło zamążpójście i koniec z dudami. W Lesznie grało kilka dziewczyn – i już nie grają na dudach. A grały naprawdę przyzwoicie. Jak jedziemy na imprezę, są tańce, jest wesoło, no to jaki mąż pozwoli, żeby żona pojechała? Nie zgodzi się.

A Pan ma obiekcje, żeby przyjąć do klasy dziewczynę?

Jeśli zliczyć wśród moich ponad pięćdziesięciu uczniów, to około trzydziestu – trzydziestu pięciu to dziewczyny, ale grające na skrzypcach. Fajnie, jak są dziewczyny. Na scenie jest wtedy wesoło, kolorowo.

Pożycza Pan uczniom dudy czy mają własne?

Rzadko kto ma własne. Z moich uczniów tylko Adam Buchert. Są roboty Grocholskiego. Jacek Hałas przywiózł je, i jeszcze inne, z występów w Holandii. Jedne poszły do domu kultury w Połajewie, drugie Adam sobie kupił. Instrumenty są na stanie domów kultury: jedne dudy są w Szamotułach, troje lub czworo w Połajewie, troje w Starym Gołębinie, czworo lub pięcioro w Stęszewie. W sumie jest piętnaście, góra dwadzieścia instrumentów. Uczniowie wypożyczają je do domu. Są to stosunkowo drogie rzeczy, jedna sztuka to około dwóch i pół tysiąca złotych.

Jak często Pan ćwiczy?

Codziennie po dwie godziny. Na tym polega nauka młodzieży, że ja z nimi muszę grać. Oczywiście nie cały czas, zagra się jeden utwór i jest chwila przerwy.

Czym dudy wielkopolskie różnią się od europejskich?

Nasze są proste, aż za bardzo proste. Nie ma też żadnej standaryzacji. Jeśli porównamy nasze do najbardziej skomplikowanych dud na świecie, do dud irlandzkich, to jest przepaść. Tam są klapy, burdon może grać w trzech tonacjach. Oczywiście nie chodzi o to, żeby to naśladować. Nasz instrument jest taki, jaki jest, nie trzeba go zmieniać. Widziałem jednak kiedyś w Brukseli, jak stroił się młody Irlandczyk. Ja ujmuję lub dokładam wosku, on zaś wyciągnął przebierkę i włożył drut do środka, zmniejszając średnicę kanału. U nas nikt by na to nie wpadł! W Europie mają wszystko bardzo dopracowane. U nas nawet przebierki, które wychodzą spod jednej ręki, nie zawsze są takie same. Widziałem, jak dokładnie stroili się Francuzi na Festiwalu Kultury Polskiej we Francji. U nas się do tego aż tak wielkiej wagi nie przywiązuje – panuje przekonanie, że dudy nie muszą stroić tak do końca.

Jakie innowacje obecnie stosuje się u nas? Stroiki z włókna węglowego, worki z goreteksu, skaju?

Ja od samego początku gram na worku skajowym i z metalowym stroikiem. Na oryginalnej skórze chyba nigdy nie grałem. Od Andrzeja Mendlewskiego wiem, że w latach siedemdziesiątych, podczas pierwszych Ogólnopolskich Konfrontacji Kapel Dudziarskich w Poznaniu, profesor Jadwiga Sobieska z marszu dziękowała tym, którzy mieli metalowy stroik. Jak mówi Przemek Wawrzyniak, najważniejszym jurorem jest jednak publika. I jeśli ona dobrze słyszy, to nieważne, co masz w środku. Szkoci też wprowadzają zmiany, szeroko wykorzystują włókno węglowe. To bardzo fajny materiał, nie taki wrażliwy na pogodę.

W moich dudach tylko stroik burdonowy jest z czarnego bzu. Nosi zresztą jeszcze ślady DNA pana Grocholskiego sprzed ponad czterdziestu lat. Cały czas funkcjonuje. Trzeba trafić na dobry kawałek drewna, wiedzieć, jak go naciąć, z której strony. Jest nasączony tłuszczem, pan Grocholski lubił pracować z łojem. Nie jest wrażliwy ani na mróz, ani na wodę, lecz w wysokich temperaturach zaczyna się kleić. Włókno węglowe jest zdecydowanie odporniejsze, zarówno na temperaturę, jak i na ciśnienie. Pojechaliśmy kiedyś w góry do Międzylesia, około dziewięciuset metrów nad poziomem morza – dużo jeździłem kiedyś na warsztaty z młodzieżą z Leszna i innych ośrodków. Nie dało się tam instrumentów nastroić w ogóle! Jak zrobiłem górę, to dół nie stroił, burdony zaczynały jeździć. Dopiero po czasie doszedłem do tego, że jesteśmy w górach… Nasz instrument jest nizinny.

Czy są jeszcze zmiany stroju w Wielkopolsce?

Kiedy zaczynałem, każda kapela miała swój strój. Podobnie – w B – brzmiały tylko kapele kościańska i poznańska. Kiedy stanęliśmy razem, ze trzydziestu chłopa, fajnie to wyglądało. W kapeli poznańskiej grał Roman Wasielewski i jego syn, w kapeli kościańskiej także Wasielewscy, spod Śmigla. Z okolic Śremu wywodziła się zresztą większość członków kapeli zamkowej ówczesnego Pałacu Kultury, mimo że kapelę zakładał jej pierwszy kierownik – Jan Wawrzyniak z Dobieżyna koło Buku. W pozostałych zespołach każdy miał swój własny strój. Jak się komu udało nastroić, tak grali. Stary Maleszka, znany budowniczy z Domachowa, zapytany, jak robi przebierki, odpowiadał, że tak, aby dziurki do palców pasowały. Jeśli dudziarz grał sam, dopasowywał po prostu bąk do przebierki i stroił. Wtedy była inna świadomość muzyczna – to nie byli muzycy, to byli po prostu dudziarze.

Wieloosobowe składy kapel pojawiły się dopiero w latach siedemdziesiątych. W 1977 roku na dożynki centralne w Lesznie zwołano blisko stu dudziarzy. Pewien profesor z Katowic chciał wtedy, aby mu wszyscy razem zagrali, jednak kiedy to usłyszał, mówi: „Panowie, najpierw się nastrójcie!”. Było to jednak niemożliwe. Nie można klarnetu B przestroić w klarnet Es, ludzie mieli przebierki różnej długości. Pod koniec zjazdu kapele poznańska i kościańska pojechały więc do Poznania, aby nagrać ścieżkę playbacku, która następnie miała być podłożona do wspólnego występu: dudziarze w różnym wieku, ustawieni wzdłuż boiska, mieli przez nie przejść, grając z playbacku. Spróbowaliśmy jednak raz, drugi, i w końcu nam to z programu wycięli.

Jaki jest tradycyjny skład?

Dudy i skrzypce podwiązane. Dwóch dudziarzy by nigdy nie stroiło.

Dlaczego zwiększa się dzisiaj składy?

Chcą sobie ludzie po prostu pograć razem. Fajnie jest pograć razem.

Jakie sytuacje szczególnie zapadły Panu w pamięć?

Kiedyś pojechaliśmy na festiwal do Kielc. Była tam taka tradycja – jury w przerwach wytykało zespołom błędy. Słyszałem, ile uwag dostali występujący przed nami: a to, że ręce źle układali, a to, że nierówno. A nam mówią: „Panowie, zbyt sterylnie, za bardzo naśladujecie oryginały”. Ja mówię: „Jakie oryginały? Przecież to my jesteśmy oryginałami!”. „A jaką szkołę muzyczną pan kończył?”, pytają. Odpowiadam: „Jaką szkołę, przecież ja nie znam nut!”. „To pan nut nie zna, a pan gra na dudach? Niesamowite”. Później jeszcze z pół godziny opowiadaliśmy jurorom, jak to fajnie jest w Wielkopolsce, ilu ludzi garnie się do muzyki ludowej. I wyszło na to, że ja się bałem, a to jurorzy powinni się byli wstydzić.

Pamiętam też mszę świętą koło Krzyża Wielkopolskiego po występie na festynie, na której mieliśmy zagrać za namową pana Jaskulskiego. Proboszcz poprosił, abyśmy zamiast kazania opowiadali o dudach. Podobnie w Kopanicy – opowiadałem o historii dud sprzed ołtarza.

Nowe normy kościelne pozwalają na dudy w kościele?

Nie jest to wprost powiedziane ani zapisane, ale i tak koniec końców wszystko zależy od proboszcza. Kiedy wychodziliśmy z kościoła, kobiety płakały, słysząc grane na dudach melodie – prócz kolęd jest kilka melodii kościelnych na dudy. Zrobiono tam dla nas spontaniczną zrzutkę. Widziałem wcześniej koszyk na ofiarę – tam były miedziaki, a myśmy mieli papierowe.

Ludzie odnoszą się do tradycji z szacunkiem?

Czy ja wiem… Niektórzy nawet nie wiedzą, że to jest instrument nasz, wielkopolski. Na jednym ze Zlotów Dudziarzy Europy w Poznaniu, organizowanych przez pana Jaskulskiego, graliśmy na schodach poznańskiego ratusza. Do młodych dudziarzy podchodzili przechodnie, Polacy, i po angielsku pytali: „skąd jesteście?”. Z podobną sytuacją zetknąłem się podczas mistrzostw Europy w piłce nożnej, kiedy w Poznaniu odbywał się mecz Irlandia – Chorwacja. Na rynku był tłum ludzi, piwo się lało, kibice urządzili sobie potańcówkę. W programie wizyty prezydenta Irlandii było Muzeum Instrumentów, a my byliśmy oficjalnie wpisani do protokołu dyplomatycznego. W pewnym momencie podszedł do mnie jakiś człowiek w irlandzkiej koszulce i zaczął zagadywać po angielsku. „To wy z Polski jesteście?” – wykrzyknął rozczarowany. Gdybym mu powiedział, że jestem Irlandczykiem, wszystko byłoby dla niego super. Innym razem pojechaliśmy na otwarcie Tesco we Wrocławiu. Organizatorzy długo szukali dudziarzy, którzy im podrobią Szkotów. Cały dzień, od dziesiątej do osiemnastej, co godzinę przez piętnaście minut maszerowaliśmy w szkockich strojach, grając między regałami na dudach wielkopolskich. Tu także ludzie pytali nas po angielsku, skąd jesteśmy. Prócz mnie, Tomka Kicińskiego i Przemka Wawrzyniaka było z nami jeszcze dwóch werblistów. Taka parodia, że głowa boli. Mam zdjęcie – coś pięknego…

Kim Pan jest z zawodu?

Z zawodu jestem murarzem. Ale to nie jest zawód dla mnie. Chciałem odpracować wojsko, to się wdałem w murarkę. Za granicą także wykonywałem zawody budowlane. Cztery lata spędziłem koło Budziszyna, gdzie pracowałem w przedsiębiorstwie kolejowym. Co chwila inna miejscowość, inni ludzie. Przy piwie wieczorami zawsze pytałem, czy byli tam dudziarze, o tradycje ludowe, o dudelsack. Ale mówili, że nic takiego tam nie ma. Dopiero dziesięć lat po powrocie dowiedziałem się od pana Jaskulskiego, że nieopodal Bautzen jest festiwal, na który zresztą pojechaliśmy później razem.

Zacząłem grę na dudach jako jedenastoletni chłopak. Zawiesiłem działalność na rok, jak przyszło odrabianie wojska. Potem był wyjazd za granicę, przez pięć lat pracowałem w NRD. Potem przytrafił się roczny wyjazd do Czechosłowacji. Następnie przez trzy lata pracowałem w RFN. Zatem kilka ładnych lat przerwy w graniu miałem. Dopiero po powrocie zajrzałem do Zamku zobaczyć, czy to jeszcze wszystko istnieje. Jednak dudy miałem w domu cały czas i raz po raz na nich grałem. Kierownikiem w Poznaniu był wówczas Marian Wasielewski. Po powrocie wziąłem udział w jubileuszu pięćdziesięciolecia kapeli. Na imprezie był wówczas pan Jaskulski, który mi powiedział, że mam obowiązek tu wrócić i zacząć uczyć młodzież. Tak też się stało.

Wśród młodych ludzi są prawdziwe talenty, to cieszy. Z drugiej strony, słyszałem też starych ludzi, którym się tylko wydawało, że umieją grać. U nas utwór składa się z dwóch części: jest zwrotka i refren, cztery linijki zapisu. Pierwsze dwie linijki są zwykle łatwe, a refreny trudniejsze. Są tacy, którzy podmieniają refreny. I tłumaczę czasem ludziom uczonym, wykształconym, którzy prowadzą zespoły taneczne: „Słuchajcie, ten utwór jest skopany!”. Mówią mi wtedy, że specjalnie do kogoś na Biskupiznę jeździli, a że miał osiemdziesiąt lat, jak im to nagrywał, to uważali go za ikonę. A on po prostu tego nie umiał zagrać! Otóż ikona też może się okazać partaczem. Było dużo ludzi w naszym środowisku, w kraju i za granicą, jak ja to mówię: „nosiworów„. Ktoś kupił sobie dudy i myślał, że jest dudziarzem. Najlepiej jest dobrze grać, mieć dobrą szkołę i wtedy nikt nie podskoczy.

Wywiad przeprowadziła Agata Mierzejewska.

Zdjęcia: Piotr Baczewski i Danuta Naugolnyk.

Filmy: Piotr Baczewski

Share This
X