Przystanek Biskupizna

 

Stara Krobia (Wielkopolska) | Danuta Naugolnyk | 2018

 

Osobom nieprzyzwyczajonym do brzmienia dud przyjazd na Wiwatowisko zalecany jest w pierwszej kolejności. Po kilku dniach najprawdopodobniej stwierdzą, że dudy są OK. Po tygodniu zakochają się w tej muzyce. A po roku sprowadzą tu na wakacje swoją rodzinę.

Historia Wiwatowiska zaczęła się sześć lat temu, kiedy w Starej Krobi, przy współpracy ze Stowarzyszeniem „Dom Tańca”, został zorganizowany I Tabor Wielkopolski Domu Tańca. Było to tygodniowe spotkanie z kulturą Biskupizny, a przede wszystkim z muzyką dudziarską. Podstawę taboru stanowiły warsztaty. Gry na dudach, skrzypcach podwiązanych i harmonii można było uczyć się bezpośrednio od mistrzów, a swoje umiejętności muzyczne, taneczne i śpiewacze szlifować podczas potańcówek, odbywających się co wieczór. Nie brakowało też spontanicznego muzykowania w przerwach między warsztatami.

Dla lokalnych ludzi było to coś nowego, bo przyjeżdżali tutaj miastowi, którzy coś wiedzieli o kulturze tradycyjnej, ale o ich kulturze nie wiedzieli akurat nic. Ani organizatorzy, ani uczestnicy nie wiedzieli, czego się od takiego taboru spodziewać. Pierwszy był zachłyśnięciem się nowością, drugi – bardziej kameralny, a trzeci stanowił swoiste apogeum: cały czas coś się działo, prowadzącym brakowało tchu, a uczestnicy wyjeżdżali stąd bardziej zmęczeni niż wypoczęci. Od tego momentu kształt tego wydarzenia zaczął się stopniowo zmieniać. Obecnie Wiwatowisko nie jest już dziką imprezą, ze spuszczeniem ze smyczy i tańcem do białego rana, jaką pamiętają niektórzy uczestnicy i wolontariusze. Nabrało formy rodzinnego przedsięwzięcia, skierowanego do lokalnej społeczności. Setka dzieci z okolicznych wsi, dobrze bawiących się przy poznawaniu swoich tradycji, to chyba dobry trop.

Z roku na rok jest tych dzieci coraz więcej. Widzę, że niektóre towarzyszą nam teraz już jak nastolatkowie. Chcą do nas dołączać jako wolontariusze albo członkowie kapeli. Wychowujemy następne pokolenie. Będzie nas z roku na rok na pewno coraz więcej w tej żywej kulturze.

Magdalena Wojciechowska

Warsztaty

Biskupianom można śmiało pozazdrościć umiejętności przemycania tradycji do życia codziennego. Robią to w bardzo inteligentny i wykwintny sposób. Wszystkie wiwatowiskowe warsztaty nawiązują do tradycji regionu. Na warsztatach tanecznych dzieciaki uczą się podstaw tańców biskupiańskich, na warsztatach robienia animacji poklatkowej tworzą filmy animowane o Biskupianach, a na zajęciach rękodzielniczych – ozdoby ze słomy i wieńce dożynkowe. Warto dodać, że są to tradycyjne wieńce, składające się z czterech ramion, które oznaczają cztery pory roku albo cztery strony świata. Koło na dole jest symbolem tego, że wszystko się nieustannie powtarza. Ludzie na wsi żyją według czterech pór roku. Praca w polu również się powtarza. Dlatego Wiwatowisko idealnie wpasowało się w roczny cykl życia wsi.

A jednak niektóre rzeczy podczas imprezy wychodzą zupełnie znienacka. W 2017 roku było to nieplanowane koszenie kosami, a w 2018 – układanie snopków na polu. Część uczestników pierwszy raz w życiu widziała pracę na polu! I to, co zobaczyli, chyba bardzo im się podobało.

Ogólnie już się nauczyliśmy tego taboru. Przychodzi czerwiec, lipiec, to wiadomo, że będzie się działo. To integruje miejscową ludność, jeżeli coś takiego się wspólnie robi. Nawet jak organizujemy ognisko, to ludzie przychodzą. Bawimy się przy muzyce ludowej. To jest najważniejsze, żeby tę tradycję ludową podtrzymać.

sołtys Starej Krobi Roman Olejniczak

Pracownię rękodzielniczą na Wiwatowisku niezmiennie prowadzi Magdalena Wojciechowska – Biskupianka, a prywatnie matka dwóch młodych dudziarzy. Magda uwielbia malować, ale – jak sama opowiada – nie lubi robić tego w samotności, kocha przekazywać wiedzę o tradycji innym ludziom. Da się to od razu wyczuć. Dlatego jej pracownia nigdy nie jest pusta, dobrze się tutaj bawią zarówno dorośli, jak i dzieci.

Jeśli ktoś kupi sobie rzecz zrobioną przez kogoś, to pewnie, że jest to ładne, ale inaczej się do tego podchodzi niż do rzeczy, którą się wykonało samemu. Jeśli ktoś sobie wymaluje torbę i utka do tego pas, to za każdym razem, kiedy później na nie spojrzy, będzie myślał o tym miejscu, o ludziach, których tu spotkał. Także to nie jest tylko przedmiot, to są emocje.

Magdalena Wojciechowska

Na takich zajęciach można sobie zaprojektować i uszyć spódnicę o tradycyjnym kroju biskupiańskim, koszulę czy przyozdobić torbę. Ubrania i torby są malowane w przepiękne wzory haftów biskupiańskich. Wszystko jest zaczerpnięte z tradycji, w tym z motywu dożynkowego.

Warsztaty rękodzielnicze nie ograniczają się do szycia i malowania. W czasie Wiwatowiska dzieci mogły nauczyć się na przykład pieczenia słodkich bułeczek drożdżowych. Dostawały tylko przepis i składniki i musiały same zorganizować cały proces – oczywiście pod opieką pani prowadzącej.

Dla grających odbywają się warsztaty gry na dudach i skrzypcach podwiązanych. Uczestnicy tych warsztatów nie uczą się z nut, lecz ze słuchu, tak jak to robili starzy muzykanci.

Dorośli muzykanci mają do dyspozycji próby orkiestry taborowej pod dowództwem Kazimierza Nowaka i Stanisława Biernata. Pan Kazimierz, harmonista i dudziarz, posiada ogromną kolekcję instrumentów muzycznych, które przywozi niemal na każdą próbę. Pan Stanisław natomiast zna nieskończoną liczbę przeróżnych opowieści i przyśpiewek. Mają tyle energii, że potrafią rozkręcić jakąkolwiek potańcówkę.

Chętni do śpiewania mają zaszczyt uczyć się pieśni biskupiańskich od mistrzów: pani Ani Chudej i pana Franka Jesiaka. Obydwoje dysponują bogatym i rozmaitym repertuarem. Każde takie warsztatowe spotkanie z mistrzami kończy się wspólnym śpiewaniem w czasie potańcówki.

Dwa lata temu na Biskupiźnie powstał plan, żeby zrobić warsztaty śpiewu dla dzieci w formule innej niż dotychczas, czyli stworzyć zajęcia stricte emisyjne, niewiele różniące się od warsztatów dla dorosłych, a jednak ciekawe dla dzieci. Było to trochę rzuceniem się na głęboką wodę: nikt nie wiedział, czy ktoś przyjdzie, czy to się w ogóle uda. Ale że rozśpiewanie na Taborze kilkakrotnie prowadziła Joanna Szaflik, to o żadnym niepowodzeniu nie było mowy. Asia jest bardzo wymagającym, a jednocześnie mądrym nauczycielem. Na warsztatach dużo pracowano na naprawdę silnych emocjach, związanych ze śpiewem, nad otwieraniem się, nad akceptacją siebie; nie brakowało łez. Ale wszystko działo się w bardzo subtelny sposób. To skutkowało tym, że uczestniczki ciągle chciały przychodzić, nawet mimo braku doświadczenia w śpiewaniu, a już szczególnie w śpiewaniu tradycyjnym.

Na warsztatach głosowych uczestniczki dużo się śmiały, ale przede wszystkim ciężko pracowały. Najpierw wykonywały cały pakiet ćwiczeń oddechowych, ćwiczeń na przeponę, na aparat, żeby poprawić emisję, poprawić sposób śpiewania na bardziej tradycyjny. Dopiero po tym zaczynały uczyć się pieśni. Mając do wyboru pieśni z różnych miejsc Wielkopolski, dziewczyny bardzo często wybierały lokalny, biskupiański repertuar.

To jest dla mnie niezwykłe. Może to im w uszach dzwoni po prostu. Kilka pieśni dziecięcych z tego regionu udało się zdobyć od pani Ani Chudej. Takie też robimy albo takie humorystyczne, zabawne, ponieważ to są na tyle duże dziewczynki (11–12 lat), że już nie chcą śpiewać pieśni dziecięcych, ale też w tym wieku jeszcze się nie śpiewa o jakichś nieprzyzwoitościach albo tragediach życiowych.

Joanna Szafilk

Na warsztaty głosowe dla dorosłych przychodzą zazwyczaj kobiety. Niektóre panie są „podśpiewujące”, inne nie śpiewają od lat, ale znowu chcą to robić. Kilka dziewczyn uczestniczy w tych warsztatach któryś rok z rzędu. Mężczyznom na takie warsztaty wstęp wcale nie jest wzbroniony, ale śpiewanie w kobiecym gronie nie zawsze może być łatwe dla panów ze względu na tonację.

Każde zajęcia z dorosłymi odbywają się według tego samego schematu, co z dzieciakami, czyli zaczynają się od pracy z głosem. Asia jest przekonana, że by śpiewać dla przyjemności, trzeba znaleźć taki sposób śpiewania, który nie będzie męczył, puścić niektóre blokady mięśniowe czy stresowe. Nad tym właśnie pracują uczestnicy warsztatów podczas każdego spotkania.

Śpiewanie łączy się stale i zawsze z emocjami. Jeśli ktoś jest zablokowany, to nie będzie miał odpowiedniego wydobycia dźwięku. Moją rolą jest odblokować niektóre rzeczy albo zachęcić do takiej wewnętrznej pracy, żeby w sobie coś odblokować. I pokazać, że to sytuacja techniczna, a nie sytuacja ekspozycji społecznej, że teraz musimy zaprezentować się przed sobą nawzajem. To czas, w którym możemy popróbować różnych wariantów. Wiadomo, że z dziesięciu wypróbowanych wariantów tylko jeden będzie ten właściwy, albo nawet i to nie. Ale jeśli ich nie wypróbujesz, to nie poznasz swojego głosu, nie nauczysz się, jak to wszystko pracuje.

Joanna Szaflik

Te warsztaty śpiewu to ćwiczenie się na wielu płaszczyznach. Asia uczy swoich warsztatowiczów bez zapisywania tekstu, bez ciągłego zaglądania do notatek. Kartki, owszem, można zabrać do domu, po zajęciach można je czytać, ale cała praca polega na powtarzaniu tekstu, analizowaniu tego, co jest w treści. W ten sposób odbywa się ćwiczenie pamięci słuchowej, która nie jest wykształcona w dzisiejszych czasach, a mimo wszystko jest naturalna dla małych dzieci.

Pamięć jest jak mięsień, da się ją wyćwiczyć. Chcę, żebyśmy ostatniego dnia umieli zaśpiewać z pamięci przynajmniej trzy piosenki. Bardzo bym się cieszyła, gdybyśmy się wieczorami spotykali i w żywej sytuacji potańcówkowej śpiewali dla innych. Nie przepadam za pokazami i konkursami, wolę, żebyśmy ożywiali naturalną sytuację.

Joanna Szaflik

Uczestnicy

Na Wiwatowisko zjeżdżają się nie tylko ludzie zakochani w dudach. Są również tacy, którzy trafiają tutaj niemal przez przypadek. Ci są najlepsi, bo z reguły przyjeżdżają na jeden dzień, a zostają na tydzień. Dla wielu osób jest to najważniejsze wydarzenie w ich całorocznym kalendarzu – na które się czeka, na które się jedzie, żeby odpocząć, nauczyć się czegoś nowego i w pełni delektować się muzyką dudziarską.

Jestem miłośnikiem folkloru. Tutaj przyjechałem po raz pierwszy. Od dawna wiem, że coś takiego istnieje, ale jakoś nie miałem motywacji do tej pory, a tym razem chciałem spróbować. To mnie interesuje, tym bardziej że jestem związany z przemysłem folklorystycznym, tylko z inną dziedziną – Zespół Pieśni i Tańca „Łany”, w którym pracuję, to folklor całkowicie stylizowany. To fajna praca, ale też nie do końca odpowiada mi ta formuła. A tu odnajduję tę tradycję, a przede wszystkim mogę czerpać ze źródeł, mogę patrzeć, jak to wygląda. Tutaj są ciekawi ludzie, którzy myślą podobnie jak ja. To mi odpowiada. Na śpiewie nauczyłem się nowych piosenek, zarejestrowałem je na dyktafonie, teksty też mam. I w moim środowisku nie wiem, czy nauczę ludzi, ale na pewno coś z tym zrobię.

Dawid Krupa

Jestem ze Starej Krobi, mam czternaście lat. Moja mama tutaj mieszkała, moi dziadkowie tutaj mieszkają. Prababcia była Biskupianką. Rodzice są w zespole od osiemnastu lat. To było tak, że zaprosili Biskupian na swoje wesele. Tamci się zgodzili, pod warunkiem że rodzice wstąpią do zespołu biskupiańskiego. Od tamtego czasu tak już zostało. Ja po raz pierwszy byłam w stroju biskupiańskim, jak miałam pół roku. A w pierwszej klasie podstawówki też wstąpiłam do zespołu. Teraz nie wyobrażam sobie, żeby odejść. Brakowałoby mi tego. Śpiewamy, tańczymy, jeździmy na występy, wycieczki, festiwale. Mam pięciu braci i dwie siostry – wszyscy są w zespole.

Julia Duda

Wolontariusze

Opowiadając o Wiwatowisku, należy opowiedzieć także o wiwatowiskowych wolontariuszach. Oni są młodzi i otwarci. Kilka razy dziennie sprzątają, wydają obiady, pomagają warsztatowiczom w ogarnianiu spraw z dziećmi, a także zapewniają, że praca wolontariusza nie jest tak ciężka, jak się może wydawać.

Niektóre dzieci nie potrafią na przykład szyć – wtedy wkraczam ja i pomagam im w takich sprawach. Jako wolontariusze mamy tutaj dużo swobody. A naprawdę nie ma się czym przejmować. To nie jest dużo na głowie. Moi rodzice obawiali się, że będzie to dla mnie trudne. A jeszcze jak usłyszeli, że mam spać na materacu w szkole, to myśleli, że to będzie katorga. A tu jest super! Nie dość, że się pomaga ludziom, to ma się z tego satysfakcję oraz zawsze jakieś poparcie ludzi za to, że wykonuje się dobrą robotę dla innych. Wszyscy wolontariusze, z którymi udało się porozmawiać, zapewniali, że będą przyjeżdżać na Wiwatowisko również w kolejnych latach. A co lepsze – namawiają znajomych do przyjeżdżania tutaj.

Opowiada Kacper Szewczyk, dla którego udział w wydarzeniu jest w ogóle pierwszym tego typu doświadczeniem.

Mam już w planie osoby, które zabiorę tutaj w przyszłym roku. Nie udało mi się w tym roku ich namówić, ale mam nadzieję, że w przyszłym mi wyjdzie. Nie jestem jakimś rewelacyjnym tancerzem, ale w sumie coś tam potrafię. Nowych wolontariuszy, którzy przyjechali ze mną, zachęcam do tego, żeby tańczyli, bo to jest bardzo fajnie i bardzo przyjemne, jak się już umie wiwata. Takie kręcenie się jest bardzo ekscytujące. Ale jakby ktoś chciał mnie czegoś nowego nauczyć, to ja bardzo chętnie!

Paulina Skrzypczek

Wszystkie stadia uczestnictwa w tym wydarzeniu przeszła niezawodna trójka – Adam, Ola i Emilia. Od wolontariatu, poprzez współorganizowanie, do zwykłego pobytu jako uczestnicy. Podczas ubiegłorocznego festiwalu na zawołanie organizatorów wrócili do bycia wolontariuszami. Znają to przedsięwzięcie od podszewki – jak to wygląda, „kiedy musisz biegać z miotłą i sprzątać”, a kiedy nie trzeba tego robić.

Pierwszy raz przyjechaliśmy tutaj z powodu głęboko zakorzenionego kompleksu, że tak słabo znamy naszą kulturę tradycyjną. Bo znaliśmy muzyków z różnych krajów i oni oprócz muzyki, którą grali, zawsze potrafili zagrać coś swojego. Ja studiowałem języki celtyckie, kulturę krajów celtyckich, więc coś tam wiedziałem o folkowych tematach. Ale jak się wie więcej o obcych niż o swoim kraju, to jest trochę przykre. Na I Tabor Wielkopolski Domu Tańca zapisaliśmy się z lekkim przestrachem. Trzeba było przyzwyczaić się do dźwięku dud, co jest chyba takim pierwszym krokiem, poznać ludzi. Okazało się, że to naprawdę fajne miejsce. Całe to środowisko, zarówno miejscowi, jak i przyjezdni, którzy są na tyle zajarani tematem, że jeżdżą po całej Polsce na podobne tabory i festiwale, to naprawdę cudowni ludzie, z którymi się dobrze siedzi.

Adam Milich

Jeszcze wcześniej, zanim tu przyjechałam, nie wiedziałam, że coś takiego jak tabory istnieje, że tak można spędzać wakacje. To jest tydzień totalnego spokoju. Super, że ludzie w ogóle chcą przyjeżdżać, że się interesują taką tematyką i że tu wracają. W tym miejscu wszyscy są bardzo życzliwi. Dlatego mnie to tak trzyma, że tu wracam. Zaczęłam też więcej słuchać muzyki ludowej. Na swojej empetrójce, z którą się nigdy nie rozstaję, mam muzykę biskupiańską. To nie jest nawet muzyka z płyty, lecz nagrania z dyktafonu.

Emilia Witosławska

Lubię to miejsce. Lubię ludzi, którzy tutaj są. Lubię tę kulturę. Po sześciu latach to jest trochę tak, jakbyśmy przyjeżdżali do dawno niewidzianej rodziny, z którą się odnawia kontakt i z którą chce się co jakiś czas widywać. Tak naprawdę teraz ważniejsze są relacje i znajomości niż samo miejsce czy samo to wydarzenie.

Zaczęliśmy przyjeżdżać na takie imprezy typu Podkoziołek, Katarzynki, Wieniec. Zdarzyło nam się wpadać na próby zespołu z Domachowa (Biskupiański Zespół Folklorystyczny z Domachowa i Okolic – przyp. red.). Tutaj kontakt jest ciągły. Właśnie też dlatego, że się polubiliśmy z tymi ludźmi. A przy okazji zaczęliśmy się interesować muzyką z innych regionów. Ja zaczęłam trochę śpiewać, w czasie Wiwatowiska chodzę na warsztaty śpiewu. To jest fajna forma spędzenia czasu. Jest to muzyka, która gra w naszych duszach. Ona po prostu porywa.

Patrząc na rozwój tego regionu, wydaje się, że i ta tradycja ma szansę przetrwać. Ważna jest edukacja ludzi stąd. Cieszy to, że jest tak dużo osób, które chcą poznawać swoją kulturę. I że są ludzie, którzy chcą tę kulturę przekazać. To jest ważne.

Ola Milich

Tekst: Danuta Naugolnyk

Zdjęcia: Danuta Naugolnyk / Piotr Baczewski

Zdjęcia zostały zrobione podczas V Taboru Wielkopolskiego 2017 oraz Wiwatowiska 2018

Filmy: Piotr Baczewski

X