Michał Umławski. Gdy pasja staje się pracą.

 

Leszno (Wielkopolska)

Danuta Naugolnyk | 2018

Umówienie się na spotkanie i wywiad z Michałem Umławskim to nie lada wyczyn. A wszystko przez to, że grafik ma niesamowicie napięty, prawie jak jeden z jego nauczycieli, u którego szlifował grę na dudach. Instruktor, tancerz, etnograf, prezes fundacji gromadzącej wokół siebie Wielkopolskie Kapele Dudziarskie, budowniczy instrumentów, a przede wszystkim – dudziarz.

Fascynacja dudami zaczęła się od tego, że należałem do Regionalnego Zespołu „Wisieloki” w Szymanowie. W zasadzie miałem do niego dwa podejścia. Jedno chyba w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Moja mama była nauczycielką w małej szkole w Szymanowie, przy której działał zespół. Poszedłem na dwie czy trzy próby i wyjątkowo mi się to nie spodobało. Pamiętam, że nie chciałem tam chodzić, bo partnerka mi nie odpowiadała; mówiłem, że nigdy w życiu tam nie pójdę. Po dwóch czy trzech latach do tego zespołu zapisało się moje rodzeństwo. Im się z kolei bardzo podobało, chodzili na próby. No i był taki obóz w Dłoni, zimowisko, zespół w czasie ferii wyjeżdżał tam na warsztaty. A że z Rawicza do Dłoni nie jest daleko, to tradycyjnie tata z mamą przyjeżdżali odwiedzać moje rodzeństwo. Któregoś razu pojechałem tam z rodzicami.

Tak mi się spodobała atmosfera tego obozu, że zaraz po feriach sam poszedłem do pani prowadzącej, żeby zgłosić się do zespołu. Próby odbywały się dwa razy w tygodniu. We wtorek były zajęcia dla grupy dziecięcej, a w piątek dla tych zaawansowanych. Pasowałem raczej do tej grupy, która była już wyszkolona, gdzie dwa lata wcześniej miałem być. Ale… nie umiałem tańczyć! Musiałem mieć jakieś takie samozaparcie, czasami aż się dziwię – bo chodziłem na próby do tych małych, mimo że starsi się ze mnie śmiali. Byłem ojcem wśród tych dzieci. Dostałem partnerkę, z którą nikt nie chciał tańczyć. Dobrze tańczyła, ale dzieci tak mają, że jeśli coś im nie pasuje… Ale mnie to nie przeszkadzało, miałem wyznaczony cel. I zacząłem tańczyć dobrze. Jeden występ, drugi, jakieś wyjazdy, strój. To był krótki okres, jakieś dwa lata.

Franciszek Brzeskot (pierwszy z prawej) | fotografia z archiwum Michała Umławskiego

Ten zespół prowadziło małżeństwo – pan Franciszek i pani Ania Brzeskotowie. Mieszkali na zapleczu szkoły, a pokój nauczycielski mieli tuż za ścianą. Często przychodzili do tego pokoju na jakieś pogaduchy z paniami nauczycielkami. Pewnie po takim jednym spotkaniu mama mi powiedziała: „Wiesz co, rozmawiałam z panią Anią. Pan Franek mówił, że jakby się znalazł jakiś uczeń, to jeszcze by go może nauczył. Nie chciałbyś grać na dudach?”.

Pani Ania Brzeskot była bardzo mądrą kobietą, wyprzedzała pewne rzeczy. Ona stosowała to, co my w tej chwili robimy, nazywając to warsztatami czy animacją. To teraz modne słowa, a to już się po prostu wtedy działo, ona to robiła z tymi dziećmi.

To też pewnie jakiś czas musiało trwać. W każdym razie w którąś sobotę poszedłem do Brzeskota. Pan Franciszek pokazał mi całe swoje królestwo, swój warsztat. Dał mi przebierkę, wytłumaczył co i jak, pokazał jakąś melodyjkę. „No to nauczysz się i później dostaniesz dudy”, powiedział. Nie stosował sierszeniek do nauki, dlatego ja też nie stosuję. Sama przebierka z ustnikiem i stroik w środku, żeby to palcowanie wyćwiczyć.

Nie powiem, że byłem jakimś ambitnym uczniem, dość opornie mi to szło. Nie było tak, że szedłem co tydzień. „Jak będziesz coś umiał, to przyjdź”, tak zawsze pan Franciszek mówił. Tylko że to „będziesz coś umiał” to takie u mnie było… Mama mnie raczej motywowała, żebym ćwiczył, i ja to robiłem. Ale w sobotę… „Idziesz dzisiaj do Brzeskota?”. „Nie”.

Ale jak już tydzień minął, dwa, to mi było głupio do niego nie pójść. I „eueueueueue” w sobotę rano, żeby na popołudnie iść. Zawsze w soboty tam chodziłem. Czasami przychodziłem z zaskoczenia, ale później, chyba kiedy Brzeskot już wiedział, że proces nauki zaczyna funkcjonować, to musiałem się umawiać na spotkania.

Nauka trwała dwa lata. Wtedy myślałem, że to długo. Ale teraz, z punktu widzenia nauczyciela czy instruktora, te dwa lata to jest taki czas, który ja też daję uczniowi, żeby on dobrze opanował instrument.

Zdarzają się takie osoby, które szybciej załapią, ale są też takie, które jeszcze dłużej kombinują i muszą mieć więcej czasu na ćwiczenia, na znalezienie sposobu na ten instrument w sobie samym.

Później Brzeskot dał mi dudy. Najpierw przebierka z przodu do samych melodii, koordynacja dmuchawy z workiem, wyłączony burdon. Dopiero potem ten burdon mi uruchomił.

A mój pierwszy występ był w Kościanie, na Turnieju Dudziarzy Wielkopolskich w 1994 roku. Miałem wtedy 14 lat. Z tego wyjazdu pamiętam Edwarda Ignysia, pierwsze spotkanie. Dotychczas o Ignysiu słyszałem tylko z opowieści Brzeskota. Że jest w Lesznie, żeby się nigdy z nim w ogóle nie kontaktować. Że też uczy dzieci, ale uczy a tak, a siak. Źle czy dobrze. Na takiej zasadzie oni mniej więcej funkcjonowali między sobą. Nigdy się nie lubili, ale się szanowali. I kiedy w 1996 roku pierwszy raz pojechałem do Kazimierza, to jechaliśmy z kapelą leszczyńską Ignysia. „A pamiętaj, jak Ignyś będzie ci tam grzebał w tych dudach, to mu nie dyj”, mówił Brzeskot przed wyjazdem. To było po pierwszej klasie liceum.

Nie wiem, jak wygląda rozdanie świadectw w liceum, bo zawsze byłem w Kazimierzu. Raz tylko nie pojechałem, bo maturę miałem.

I w tym 1996 roku to mi się oczy otworzyły. Grałem wtedy z Gosią, moją siostrą, młodszą ode mnie o sześć lat. Zajęliśmy drugie miejsce. Zapraszali nas na wywiady do radia, do telewizji. Dla mnie to było pierwsze doświadczenie z mediami. Tu nagrywaliśmy w jednym, później w drugim, później jeszcze coś. Nie sprawiało mi to problemu. Mam nadzieję, że mi woda sodowa do głowy nie uderzyła. I że teraz też nie.

Pamiętam, że podczas któregoś z wywiadów padło takie pytanie: A co się stanie, jak Ignysia zabraknie? Kto w ogóle buduje dudy?

Kolega, Igor Głowinkowski, nieżyjący już, powiedział wtedy: „Ja będę budował”. Tak po prostu to stwierdził. Nie widziałem, żeby budował dudy. Ale jego odpowiedź na tyle mi utkwiła w głowie, że wróciłem z Kazimierza i dwa miesiące siedziałem w piwnicy, u ojca w warsztacie. Całe wakacje spędziłem nad tym, żeby zbudować swoje dudy – mając już te od Brzeskota, które były w połowie zapłacone, i już na nich grając. Aż w jakimś momencie Brzeskot mówi tak: „Jak ty masz takie pojęcie i trochę cię to interesuje, to byś se sam dudy zbudował”. „Panie Franku, ale ja mam już dudy zbudowane!”, odpowiadam. „Jak masz zbudowane?”. „No jakoś tak. Jak umiałem, tak zrobiłem”. „To przyjdź, pochwal się, jak to zrobiłeś. To ci jeszcze może coś podpowiem”.

Zaniosłem Brzeskotowi te dudy. Generalnie mnie pochwalił i był pozytywnie zaskoczony. Jakieś tam szczegóły musiał mi poradzić, to też zastosowałem, pozmieniałem. Ale co teraz? Dudy zbudowałem, ale trzeba było je nastroić. Wtedy nie potrafiłem jeszcze tego robić, Brzeskot też nie. Warto zaznaczyć, że on nie był dudziarzem jako tako, nie grał na dudach. On się tym wszystkim zainteresował dopiero na emeryturze. Z wykształcenia był księgowym. Nauczyć się grać na dudach chciał bardzo, ale z racji wieku wziął się za skrzypce. Grać nie umiał, ale za to miał zmysł majsterkowicza. Potrafił je zbudować. Do momentu, kiedy ten instrument musiał zagrać. Miał problem, żeby dudy nastroić.

Ale wydarzyła się okazja w 1997 roku, kiedy pojechaliśmy z kapelą leszczyńską na Krajowy Kongres Kultury Wsi do Częstochowy. Tam była taka kombinacja, że Leszno miało kapelę, ale nie mieli tancerzy, a Wisieloki – i owszem. Stefania Raupis, kierowniczka kapeli leszczyńskiej, chciała zrobić miks obu kapel, żeby zorganizować w Częstochowie występ. Później między kierownictwem nawiązała się współpraca.

Zacząłem więc przyjeżdżać do Leszna na próby. Żeby się przygotować, ale też żeby zestroić instrumenty. Miałem wtedy dylemat, czy dać wrogowi mojego mistrza ten instrument w ręce, czy nie. Ale się zgodziłem. Ignyś zaraz mi dudy wziął i przerobił na swój styl. Przełożył przebierkę, dodał stroik.

Od tego momentu zacząłem grać z kapelą leszczyńską, poznawać ich repertuar. Te ich melodie bardzo szybko mi przychodziły. Wychodziłem na korytarz, ćwiczyłem, wchodziłem z powrotem na salę i już grałem.

A że dudziarzy zawsze jest mniej, to też z nimi jeździłem. I wtedy mnie wciągnęło. Bo to był wyjazd za wyjazdem, wyjazd za wyjazdem. Kazimierz, Mazury… Przyjeżdżałem, mama prała, przepakowanie – i już mnie nie było. Dudy pod pachę i jechałem!

I Brzeskot musiał to zaakceptować. Pewnie mu to trudno przyszło, ale nigdy mi nie powiedział, żebym nie jechał, nie robił tego. Widział, że do pewnego etapu był w stanie mnie wyszkolić, ale dalej już nie. Myślę, że był też dumny z tego, że chcę grać i że to robię. Widział, że się rozwijam. Ja natomiast po każdym wyjeździe z kapelą leszczyńską szedłem do niego i do pani Brzeskotowej na opowieści, tak jak mniej więcej do dziadka i do babci się chodzi – poopowiadać, co było fajnego, co się wydarzyło. Oni też żyli tymi moimi wyjazdami i myślę, że sprawiało im to radość.

Edward Ignyś | fotografia z archiwum Michała Umławskiego

Byłem trochę przyszywanym czy – jak tam się śmiali – adoptowanym członkiem leszczyńskiej kapeli. Reszta to byli Ignysie, małe czy średnie, czy większe. Ona się wtedy nazywała Dziecięco-Młodzieżowa Kapela Dudziarska Wojewódzkiego Domu Kultury w Lesznie, a później Centrum Kultury w Lesznie. W tej chwili ją prowadzę. Kiedy ją wziąłem pod opiekę fundacji, to zmieniłem nazwę, skróciłem i po prostu nazwałem Kapela Dudziarska „Ignysie” z Leszna; zapytałem o to też rodzinę pana Edwarda. W kapeli obecnie jest prawnuk Edwarda Ignysia, Adaś. Gra na skrzypcach po swoim pradziadku.

Musiałem wykazywać jakieś wyjątkowe zainteresowanie tym wszystkim, bo Ignyś nikomu nie mówił, jak się stroi dudy, jak się je buduje, a mnie powiedział. Po którymś tam razie, na pewno już po tym, jak się pochwaliłem, że dudy zbudowałem. I to chyba i u jednego zadziałało, i u drugiego. „Ta przebierka od Brzeskota… ona ci nie będzie działać. Tamten stroik to możesz wyrzucić”, mówi. „Ale jak to wyrzucę, to nie będę miał. Bo nie potrafię zbudować stroika”. „To przyjedź do mnie”.

Ignyś wprowadził mnie do swojego warsztatu. Razem z nim zrobiłem pierwszą strojącą przebierkę. Do tego pokazał mi tę swoją metodę robienia stroika. Moje dudy były już więc zbudowane przeze mnie. Na wzór Brzeskotowych, ale ze strojeniem Ignysiowym. Mam je nastrojone w B. A że na Biskupiźnie przeszliśmy na H, czyli wróciliśmy do tradycyjnego stroju, to tamte są w domu i rzadko ich w tej chwili używam. No ale są.

Mogę śmiało powiedzieć, że Ignyś był moim drugim mistrzem, od którego się nauczyłem budowy.

Broń Boże nie chcę krytykować, ale to później się gdzieś we mnie splotło. Bo Brzeskot to był taki akuratny – co do milimetra musiał mieć zaszyty ścieg. A z kolei Ignyś… Instrument był mniej starannie wykonany, może tak, ale stroił! A temu nie stroił. Ten miał wypicowane te dudki, tak wszystko ładnie, ale co z tego, kiedy one nie grały tak jak należy, bo nie potrafił tego nastroić właściwie. A ten pokleił, połatał te skórki, często one pękały, nie były szczelne. Leszczenioki się męczyli, bo worki mieli klejone, a ja miałem worek już zaszyty. Byłem zawsze cwaniak. Do dzisiaj nic w tych dudach nie puszcza.

Trzecim moim mistrzem jest Bolesław Kupczyk. Świetny skrzypek. Różnica wieku między nami to chyba 65 lat. Od czasu do czasu trochę tam z nim zagrałem na potrzeby zespołu Wisieloki, ale przepaść wieku i umiejętności była taka, że nie bardzo dało się to pogodzić. I kiedy moja siostra, z którą grałem na stałe, przestała grać, a ja potrzebowałem skrzypka na występ, to padł pomysł, żeby zagrać z panem Bolesiem. Miałem już wtedy samochód i mogłem do niego jeździć. Nie było innego wyjścia: Boleś miał 83 czy 84 lata, kiedy zaczęliśmy ze sobą grać.

Musiałem gonić do niego ile sił, żeby się dostosować i w tempie, i w wykonaniu, i we wszystkich elementach. Kupiłem sobie statyw i kamerę i nagrywałem te nasze próby. Żałuję trochę, że nie załapałem się na grę na skrzypcach z nim. I muszę przyznać, że gry na dudach w tej postaci, w której teraz umiem, nauczył mnie właśnie Bolesław Kupczyk. Tamci dali mi podstawy strojenia, budowy, podstawy gry, ale ten repertuar, który mam pod palcami i w głowie, w uchu, to jest Bolesiowy repertuar.

Boleś to był człowiek z pasją. Miałem szczęście, że takich kilku w życiu poznałem. I nie było, że czegoś nie można, nie idzie, nie wolno, nie da się. Te słowa w ogóle nie funkcjonowały. Jak było zadanie, nie było problemu.

Telefon: „Panie Boleś, jest wyjazd do Kopanicy, pojedzie pan?”. „Dobrze. O której mam być gotowy?”. „O dziesiątej będę”. I już o wpół do dziesiątej stał przed bramą. W stroju, w pełnej gotowości, skrzypce pod pachą. Ja tylko podjeżdżałem, on się pakował do samochodu i jechaliśmy na Kopanicę. To nie był człowiek, który się żali. Zawsze mówił: „Jak jeszcze się w dupę kopnę, to znaczy że przeżyję do jutra”. Miał swoją metodę na szczęście, na długowieczność.

Fajnie się z nim grało. Dużo się od niego nauczyłem. Zdobyliśmy wszystkie możliwe nagrody. Od czasu do czasu pojawiały się takie pół żartem, pół serio teksty, że jak przyjeżdżamy z Bolesiem na konkurs, to inni nie mają szans i w ogóle nie startują.

Boleś grał na saksofonie, na klarnecie, na skrzypcach podwiązanych i klasycznych. Był mistrzem w tym, co robił. Kalendarz miał tak napięty, że nie wiedział, czy jechać ze mną z dudami, czy z Żeńcami (Zespół Pieśni i Tańca „Żeńcy Wielkopolscy” w Nietążkowie – przyp. red.) do Turcji, na Sycylię i Sardynię, czy ma ogródek kopać, czy z chórem pojechać (Chór im. Karola Kurpińskiego w Sarnowie – przyp. red.). Więc w domu był raczej gościem. Rówieśnicy mu poumierali, ale za to potrafił bardzo dobrze odnaleźć się w młodym środowisku.

Jeszcze kiedy byłem stażystą w Domu Kultury w Rawiczu, to wydaliśmy razem płytę. A teraz pod imieniem Bolesława Kupczyka i akordeonisty Mieczysława Lipnego, z którym tworzyli kapelę skrzypce – akordeon, robię w Rawiczu międzynarodowy festiwal muzyków ludowych. Odbyły się już trzy edycje.

Także tych trzech ludzi mnie ukształtowało, w tej formie, w jakiej jestem w tej chwili, jeżeli chodzi o granie na dudach, budowanie czy uczenie młodych. Po tym, jak założyłem fundację (Fundacja „Dudziarz.eu – Wielkopolskie Kapele Dudziarskie” – przyp. red.), to z pasji zrobiła się też praca.

Uczyć zacząłem, gdy do Brzeskota przyszła dziewczynka, żeby on ją nauczył grać na dudach. Brzeskot udzielił jej jakiejś pierwszej lekcji, a później mówi tak: „Ja jej uczył nie byde. Ty wszystko umiesz i wiesz, ty ją naucz”. Ja na to: „Panie Franku, ale ja nie…”. A on swoje: „Umiesz, to ją ucz”. To była moja pierwsza uczennica, z którą pojechałem nawet do Kazimierza. Kiedy już wiedziano, że jednego potrafiłem wyuczyć, to tych uczniów mi zaczęło przybywać. Później przy Wisielokach zawiązała się mała kapela – tam też uczyłem.

Kiedy uczę, to staram się nie przenosić materiału z jednego regionu na drugi, nie przenosić też sposobu gry. Z Wisielokami uczymy się repertuaru Szymanowa. Kiedy uczę w Lesznie – to repertuaru leszczyńskiego, na dudach leszczyńskich, Ignysiowych tak naprawdę. Kiedy zacząłem na Biskupiznę przyjeżdżać, to był wymóg, że muszą być dudy biskupiańskie. Nikt tych biskupiańskich już nie robił. Miałem jakieś przymiarki, ale nie było parcia na to, żeby schodzić do piwnicy i robić dudy na zapas, żeby one leżały. Jeśli jest taka potrzeba, to się robi.

Musieliśmy dojrzewać parę lat do tego, żeby znaleźć dudy biskupiańskie dla całej kapeli. Zaczęło się tak, że Krzysztof (Polowczyk – przyp. red.) kupił jakieś stare dudy. Później Kubiak (Stanisław Kubiak – przyp. red.) sprzedawał swoje dudy i kupił je Adrian (Maćkowiak – przyp. red.). One były w C strojone, jak te pierwsze. Ja je remontowałem, przerobiliśmy je na H. Dowiedziałem się, że są jakieś dudy do kupienia, a okazało się, że to bliźniaczy instrument Krzysztofa Polowczyka! Mieliśmy już trzeci egzemplarz. I najprawdopodobniej te dudy same pokazały, że chcą być w H. Czasami instrument sam ci pokazuje, jak był nastrojony.

Jeżeli masz stroik, on może być zepsuty, zawilgocony, zbutwiały albo coś. Wymienisz blacik, nagniesz z powrotem, ale przebierkę masz zostawioną tak, jak była. I one ci się odezwą siłą rzeczy. Pół tonu w tę stronę, pół tonu w tamtą. Powoli zrobiło się tak, że w tej chwili Biskupizna gra w swoim tradycyjnym stroju, czyli w H. Pół tonu wyżej od B. Jest zachowana ta odrębność.

Biskupiańskie dudy były najczęściej z małym workiem. Być może któryś budowniczy miał tyle materiału. Przy pierwszych, drugich zrobił, a później po prostu powtarzał. Mały worek, ale duża dmuchawa. Wydawałoby się, że to takie dziecięce dudki, a normalnie dorosłe osoby na tym grały. Dudy miały mniejszą główkę i metalowe różki, a nie od koziołka czy lochy. No i skala instrumentu! Przy tych rawickich często się pojawia (mam chyba trzy albo cztery egzemplarze), że krzyżole z tyłu są krótsze, bo musiał być wyższy ton. Ale one też nie mogą być za krótkie, by przez ramię dobrze burdon opadał. Żeby ton naciągnąć do góry, wiercono też dziury w rogach. Bukówiec i Kościan z kolei miał mniejszą dmuchawę, ale większy worek. On jest chyba tam 45 na 35 centymetrów zrobiony.

Teraz kiedy buduję instrumenty, staram się zachować ten rawicko-gostyński typ, bo jest wygodniejszy w budowie. Co prawda nie robię takich dużych dmuchaw, jak przy starych egzemplarzach. Z gabarytu ten instrument pasuje mi do dzieci, bo one fajnie mogą sobie na tym ćwiczyć.

Jako Wielkopolska bardzo odstajemy od budowy instrumentu. Nie ma wypracowanej metody, nie ma takiego pragmatyzmu. To musi być zajęcie rzemieślnicze, ale profesjonalne. Jeśli chodzi o instrumenty czeskie czy słowackie, to widać precyzję wykonania i ja też staram się ją zachować. Ale to na tyle mało popularny instrument, że każdy jest indywidualny. Tak naprawdę nie ma ani bukowsko-kościańskich dud, ani rawicko-gostyńskich. To tylko termin, sztucznie wygenerowany przez Sobieskich. Oni musieli to jakoś zapisać.

Moim zdaniem instrument powinien być nazwany od budowniczego. Ja nie muszę podpisywać się na dudach. Sposób zdobienia, strojenia i wykonania to jak linie papilarne. Po prostu wiadomo, że to dudy Michała. Czy one są podpisane, czy nie.

W sumie zrobiłem chyba czternaście egzemplarzy, ale nie powiem, gdzie poszły. Najczęściej gdzieś do uczniów. Cztery są w Krobi, a dwa dla zespołu Wisieloki dorobiłem, kiedy zacząłem prowadzić kapelę. Część jeszcze jest w kawałkach, ale nie mam czasu ich dokończyć. Jedne moje dudy są w Watykanie. Teraz nie pamiętam, który to był rok, ale jak Cepelia (Zespół Folklorystyczny Cepelia – Poznań – przyp. red.) jechała do Watykanu na audiencję do Ojca Świętego, to chciała mu coś wyjątkowego przywieźć. Kupili ode mnie dudy na prezent. W pracy magisterskiej mam nawet zdjęcie, ktoś mi przysłał, jak zespół Cepelia wręcza Ojcu Świętemu te dudy.

Wymyśliłem coś takiego, że należy wprowadzić rozmiary instrumentu. Może to trochę odejście od tradycji, ale musimy to zrobić. Rozpisałem te rozmiary, wzorując się na skrzypcach, czyli jak są połówki, 3/4 i 4/4 skrzypce, to są też połówki dudki, 3/4 i całe. I tak naprawdę ta wielkość może się tylko różnić w worku i w dmuchawie, reszta zostaje taka sama, bo jak skrócę przebierkę, to już nie będę miał tego stroju, jak ją zwężę albo zrobię cieńszą, to już nie będzie tej barwy dźwięku. Mogę zrobić troszeczkę cieńsze, lżejsze dla dzieci. Ale długości w tym zwinięciu potrójnym trzeba zachować, bo musi nam ostatecznie wyjść dany dźwięk. Te dudki będą fajne, zgrabne. Mam porobione takie dmuchawy, muszę jeszcze je skończyć. Zobaczę, jak mi się to sprawdzi. Ale jak wyjdą takie małe mikrusy, nie z sierszeńkami, a z pełnymi – tylko w takich zminiaturyzowanych rozmiarach – instrumentami, to też może być fajnie. Tacy mali dudziarze.

Trzeba zmianę sobie przygotować. Wieczni nie będziemy.

tekst: Danuta Naugolnyk

fotografie: Piotr Baczewski / Danuta Naugolnyk

X