Muzykanckie typy w ludzie wielkopolskim cz. I

 

 

Tekst Jadwigi Sobieskiej (Pietrusińskiej) z 1934 roku w opracowaniu Alicji Brudło | 2017

 

Jadwiga Sobieska z domu Pietruszyńska (1909-1995) – etnomuzykolog. Studiowała historię sztuki na Uniwersytecie Warszawskim i grę na skrzypcach w konserwatorium w Warszawie, w latach 1929-1935 muzykologię na Uniwersytecie Poznańskim u Łucjana Kamieńskiego. W latach 1930-39 uczestniczyła w nagraniach folkloru w Wielkopolsce i na Mazowszu. W 1934 roku przeprowadziła badania nad muzyką instrumentalną Wielkopolski (235 dudziarzy i koźlarzy) i została asystentem w Regionalnym Archiwum Fonograficznym przy Zakładzie Muzykologii Uniwersytetu Poznańskiego. W latach 1945-49 działała w Poznaniu, odtwarzając (wraz z Marianem Sobieskim) zniszczone podczas wojny zbiory dźwiękowe Wielkopolski. W latach 1947-69 pracowała w Państwowym Instytucie Sztuki (od 1959 Instytut Sztuki PAN), 1950-54 prowadziła Ogólnopolską Akcję Zbierania Folkloru Muzycznego, podczas której nagrano 50 000 pieśni i melodii instrumentalnych. Od czasu studiów na uniwersytecie Jadwiga i Marian Sobiescy pracowali wspólnie, a w 1936 roku zawarli związek małżeński. W 1954 roku przenieśli się do Warszawy. Jadwiga Sobieska była pierwszym muzykologiem całkowicie skupionym na polskim folklorze muzycznym i etnomuzykologiem, dla którego fonogram stał się źródłem do analiz muzyki ludowej. Zwracała szczególną uwagę na praktykę wykonawczą.

Ignacy Szymański i Piotr Krzykała | Czempin

Jadwiga Sobieska (Pietrusińska) | 1934

Było nas siedmioro: trzy rowery, nas troje i fonograf. Najważniejszy był fonograf. Mała, skromna maszynka uwieczniająca na wałku woskowym dźwięki. Że może je uwiecznić – to jeszcze nie wszystko. Poczciwina zaraz po nagraniu, po zmianie jedynie membrany nadawczej na odbiorczą, reprodukuje natychmiast z całą wiernością to, co mu naśpiewali, nagrali czy nagadali do trąbki głośnikowej.

No oczywiście na tychże samych rowerach były jeszcze i wałki; kilkadziesiąt sztuk umieszczonych w plecaku. Przed nami setki kilometrów ziemi wielkopolskiej, het od Obornik i Szamotuł po Ostrów i Odolanów, od Zbąszynia i Leszna po Jarocin i Środę – wszystko razem to było polowanie na folklor muzyczny w Wielkopolsce, ściślej – rowerowa obława na dudziarzy.

Dziwne, że folklor muzyczny goniliśmy akurat po Wielkopolsce. Każdy by nas odesłał gdzieś na Huculszczyznę, może Wileńszczyznę, i to jeszcze z wątpliwym kiwaniem głową; a po dudy do starego Mroza w Zakopanem.

Nie domyślają się miłośnicy folkloru muzycznego, że czyste, nierzadko murowane chaty wielkopolskiej wsi mogą kryć w sobie stare śpiewki i stare instrumenty. Przed wojną (I wojną światową – przyp. red.) – to owszem. Boć przecież mamy siedmiotomowy zbiór Oskara Kolberga „Wielkie Księstwo Poznańskie”, mamy tomik Jana Józefa Lipińskiego „Piosnki Ludu Wielkopolskiego”. Ale teraz, po wojnie, po Niemcach? Zresztą w ogóle te „ciężkie poznaniaki” nie pasują do śpiewania i grania.

Tymczasem jak wygląda ten powojenny folklor muzyczny Wielkopolski, może przekonać się każdy, kto obejrzy, a raczej usłyszy zbiory jedynego w Polsce Regionalnego Archiwum Fonograficznego, założonego przy Zakładzie Muzykologii Uniwersytetu Poznańskiego przez prof. Lucjana Kamieńskiego. Istnieje dopiero 4 lata, a posiada dzięki energii profesora 2239 fonografów, czyli 2239 nagranych melodyj ludowych. Z tego 90% to melodie wielkopolskie.

A nadto, aby uznać folklor muzyczny Wielkopolski za wyczerpany, trzeba by zebrać 15 razy tyle melodyj, i to tych cennych, starych, w wielu wypadkach starszych niż nasze polskie chrześcijaństwo. Wniosek nasuwa się sam.

Okazało się, że rower i fonograf, dwie zwykłe maszynki, stanowią idealne przymierze. Fakt godny polecenia dla młodych muzykologów-folklorystów. Tylko jeszcze jedna uwaga. Trzeba oprócz fonografu zabrać dużo siły, żeby „przedeptać’ na rowerze setki kilometrów. Grube koce, żeby słoma w stodołach podczas noclegów nie „gryzła”. Dużo świętej cierpliwości, żeby po kilkanaście razy na dzień w ciągu miesiąca, z pogodą i po przyjacielsku, tłumaczyć dudziarzom, ich sąsiadom, a zwłaszcza ich żonom, po co się w ogóle „starodawne kawałki” zbiera i po co się dudy do ostatniej nitki centymetrówką wymierza. Jeszcze więcej cierpliwości, żeby po kilkanaście razy dziennie przysięgać się, że „od tego podatku nie będzie” i że my z urzędem podatkowym nie mamy nic wspólnego. Wreszcie zaopatrzyć się należy w jeden stary, niezawodny środek, o którym wiedział już senjor naszych zbieraczy – Wacław z Oleska: w małą buteleczkę „czystej”, która rozsądnie i umiejętnie używana, bajecznie wpływa na wytworzenie wesołej, przyjacielskiej atmosfery, jedynej, w której muzykolog-folklorysta w czasie badań terenowych powinien pracować.

Z takim ekwipunkiem (nie zapominać o aparacie fotograficznym) tylko jeździć i jeździć, patrzeć, a nade wszystko – słuchać… Oto, cośmy widzieli i słyszeli.

koźlarz Marcin Rybicki ze Stefanowa i klarnecista Piotr Królik z Chorośnicy

źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe / Koncern Ilustrowany Kurier Codzienny – Archiwum Ilustracji

Artysta, co gąskom na polu przygrywa

Mała Wieś k. Wolsztyna (Wielkopolska)

Wieś z lekka niemiecka: trafiliśmy akurat na jakieś półniemieckie wesele z trąbami i szlagierami. Szary, deszczowy dzień, godzina 4 po południu. Z trudem brnąc po wąskich ścieżkach na naszych rowerach, które od godziny 6 rano „nabiły” już około 50 kilometrów, dobijamy najbiedniejszej w szeregu chałupki. Tutaj ma mieszkać dudziarz – stary Rała, o którym od dawna nas uprzedzali, że jest trochę pomylony.

Przygotowujemy się na „ciężka robotę”. Nie bez tremy, przemyślnie ustępując pierwszeństwa jedno drugiemu – idziemy na podwórze, prowadzeni systematycznym ujadaniem psa.

Wchodzimy do chałupy: dość obszerna, ale bardzo ciemna izba. Małe okienko ze stłoczonemi doniczkami pelargonij, usiłujące jak najmniej światła do wnętrza przepuścić. Pod oknem stół. Pod ścianą, zawieszoną świętymi obrazami, dwa łóżka. Z drugiego kąta usiłuje się nam przypatrzeć jakaś szafa. Wreszcie widać jeszcze kawałek białego komina. To wszystko nic! Jest jeszcze gospodyni… kręci się przy piecu, ale jakim piecu? Głęboki wykusz w ścianie, zamykany od zewnątrz drewnianemi (sic!) drzwiami. W tej kotlinie – jakaś imitacja laboratoryjnego trójnoga, na nim garnek, pod nim parę kawałków palącego się drzewa.

Wchodzimy dalej, w trop za nami wpadają słowa uczynnej sąsiadki, słowa nie pozbawione wesołej drwinkowatości: „Ady muzykanty do was idom”. Kobieta nie zwraca na nas najmniejszej uwagi. Pozdrawiamy – a ona nic. Wymieniwszy zachęcające spojrzenia między sobą, podchodzimy do kobiety. Wreszcie niechętnie odpowiada na nasze „pochwalony”.

Czy tu mieszka pan Rała?

Milczenie. Uj, niedobrze. Parę tygodni doświadczenia nauczyły nas, że najgorzej to z babami. Wreszcie okazuje się, że owszem, tu mieszka. Tak, ten co na koźle graje. Ale go „nima doma”.

A kiedy będzie?

Jo nie wiem.

No dobrze, a gdzie teraz jest? Wyjechał?

Gęsi pasie popod lasem.

Ale przyjdzie…?

Pewnik, że przyńdzie – ale nie wiem kiedy.

A kiedy zawsze przychodzi?

Stara zirytowała się.

A jo tem moge wiedzieć! Raz przyńdzie w połednie i gęsi ostawi na polu, jak mu co do głowy wpadnie, a roz przyńdzie dopiero na wieczór z gęsiami. Jo nie mogę wiedzieć.

Milczenie, zastanawiamy się.

A panowie co chcom?

Zawsze byliśmy „panami”, bez względu na zespół. Tłumaczymy, że chcemy się tylko z Rałą zobaczyć. Coś tam kręcimy… strach bowiem powiedzieć o fonografie.

Co taka biedna babina gotowa pomyśleć, jak zareagować. Kończy się na tem, że w powrotnej drodze wstąpimy tu jeszcze raz, niech tylko powie mężowi, że my „guli jego kozła”. Pożegnani z niechęcią – wychodzimy.

Po trzech godzinach, nagrawszy innego koźlarza w Wąchabnie, o kilkanaście kilometrów stąd, wracamy do Małej Wsi. Nie powiem, żeby się sytuacja poprawiła. Sąsiad – koźlarz z Wąchabna – dorzucił jeszcze parę szczegółów.

Z nim to wy nie przyńdziecie do ładu, on ma trochę nie tego…

Mówi, wykonując wyrazisty ruch w kierunku siedliska ludzkiego mózgu.

– Cięgiem melo (myli) melodyjom; jeden kawałek zacznie, a drugi skończy. A jak czasem to weźmie tego swojego kozła – jak nie pójdzie popod las nad łąkę, jak nie zacznie grajać, to graje i graje, aż do nocy…

Acha! Wiec to muzyk – Janko Muzykant – ale nie dziecko, lecz starzec.

Ciemno już, deszcz pada, do Wolsztyna mamy 15 kilometrów. Ciężka będzie robota, trzeba będzie ciężko pracować. Najsmutniejsze, że zbyt już ciemno, żeby użyć najpewniejszego i rozbrajającego haczyka – fotografowania. „Petegrafka” to najlepszy sposób na zjednanie sobie naszych graczy.

Tomasz Brudło | Wąchabno

fot. Jadwiga Sobieska (Pietrusińska) | 1934

Wchodzimy do znanej nam izby. Nędzna lampka naftowa rzuca skąpe światło. Przy stole siedzi sam Rała, pije kawę. Piękna, wyniosła postać, barczysta, lecz szczupła, siwiuteńkie włosy, białe wąsy. Coś nam szepnęło, żeby zacząć po przyjacielsku:

Panie Rała, to my do pana, jeździmy, szukamy.

Adyć chodźcie ino!

Wesoły, pełen przyjacielskości głos.

Jażem gęsi pas…

Potrząsamy sobie ręce jak najlepsi znajomi.

To wy mojego kozła chcecie obaczyć? Siednijcie se ino, zaro kozła wezme…

Zauważył, że jedno z nas zostało na dworze z rowerami.

A gdzie ten trzeci? Staro, idź no koła (rowery) popod dach sprowadź! Niech tamta panna przyjdzie.

Stara podreptała do podwórka, a on idzie do szafy i z jej kąta wyjmuje kozła. Mimo nędznego światła widzimy, że instrument jest piękny, czyściutko utrzymany, wszystko na nim błyszczy. Duży, schludny i biały – jak sam gracz.

To mój kozioł! Patrzcie… takiego drugiego nie znajdziecie, ja go ino przypasze…

Mówi uradowany z naszych zachwytów i fachowych uwag:

 Niepodobno! To wy się tak na koźle znacie…

Tłumaczymy nasze cele, że my z uniwersytetu, że już tak trzy tygodnie jeździmy i zbieramy starodawne „kawołki”, że mamy takom maszynkę, co zaro „ten głos ściągnie i powtórzy jak gramofon”, że kozioł to staropolski instrument, chcemy o nim książkę napisać. Tu stary przerywa:

Słuchojcie! Kozioł to tak stary, jak Polska staro, my na niem po staropolsku grajemy. Łolendry (Niemcy) to go nie znajom.

Tak rozmawiając, zdejmujemy delikatnie, żeby starego nie peszyć, wymiary kozła. Jednocześnie częstuję starego papierosem.

Adyk, psiakręć cygaretka! No, to se zapole…

Dziękuje z serdecznością uradowanego dziecka. Podniecony jest ogromnie, trudno mu ukryć to wielkie rozradowanie, że przyjechaliśmy z Poznania do niego i do jego kozła, że wyrażamy się o tym koźle z tym samym entuzjazmem, jaki on ma dla niego. Gospodyni podsuwa nam stołki, uśmiecha się niepewnie i wzrusza ramionami. Siadam na brzegu stołka.

Adyć siendnij se, panna, lepij, nie tak na czubyszku. Usiądźta se – zaprasza stary.

Nadchodzi punkt kulminacyjny. Rała zaczyna grać. Zwykła przegrywka sprawdzająca strój. Kozioł stroi idealnie. Piękny instrument. Brzmi pełno, wypełnia po brzegi izbę ciemnym, dzwonowatym głosem. Stary powtarza przygrywkę, zbyt podniecony, nie wie, co grać. Uprzedzamy pytanie. Podpowiadam mu, zanuciwszy jeden z najstarszych wielkopolskich wiwatów. Niekłamane, pełne radości zdumienie:

To wy znocie nasze kowołki?

I zaraz wypływa na izbę piękna, skoczna melodyja wiwatowa. Po paru taktach orjentujemy się, że gracz jest nieprzeciętny. Piękna para: pełna szlachetności i dostojności postać białego starca, obejmująca ten najpiękniejszy w naszej Wielkopolsce instrument, pełen powagi i eligijności. Stary oczy ma przymknięte, głowę nieco w tył odchyloną… Słucha samego siebie, słucha swojego umiłowanego kozła. Palce szybko poruszają się po przebierce.

Razem z ich ruchem melodyja coraz bardziej się zawija, niby girlanda. Coraz bogatsze otrzymuje ornamenty i zawijasy, a głos kozła taki miękki, ciemny… Stary przechodzi na inną melodję, otwiera oczy, patrzy na nas pytająco, czy i ten „kawołek” znamy? Kiwamy głowami potakująco. Do ucha mówię staremu słowa tej nowej śpiewki. Uśmiecha się. Znowu oczy przymknięte, znowu z głową odchyloną ku tyłowi, gra, gra i słucha. Pot małemi kropelkami zrasza siwe skronie… gra dalej. Fonograf gotowy do zdjęć, nie śmiemy przerwać staremu.

Tego żaden duda nie wygro.

Czuć w głosie zmęczenie i wzruszenie. Usprawiedliwia się:

Jażem stary, nie mogę już tak, jak dawnij…

Odpoczywa, delektuje się „cygaretką”.

Kawy byście się napili?

Dziękujemy.

Wymawiamy się późną porą. Chwila przyjacielskiej pogawędki… Lecz późno już, deszcz, przed nami 15 kilometrów. Trzeba się spieszyć, a tak chętnie posiedziałby człowiek w izbie do nocy…

Za oknem zaciekawione twarze sąsiadów i szepty: „Rała graje…”.

Czas przystąpić do zdjęć. Tłumaczymy staremu, jak ma się ustawić, kiedy ma zacząć grać. Szybko wszystko pojmuje, ale niewiele go ta cała maszynka obchodzi – punkt ciężkości leży dla niego w tem, że znów będzie grać. Przypominam mu te i owe kawałki, które chcemy nagrać.

Cichojcie, cicho bądźcie…” i gra. Pracujemy przy rowerowych lampkach elektrycznych. Pilnujemy nagrania. Trudno jest, bo staremu niepodobna przerwać. Pozwalamy mu się wygrać. Nagrywamy bez jego wiedzy, gdy przechodzi na nowe kawałki. Stary porusza się, zmienia pozycje, przesuwamy zręcznie fonograf zgodnie z ruchem jego przebierki. Wałek pełen. Niestety. Jeden tylko możemy poświęcić. Mamy setki kilometrów przed sobą. Nie wiadomo, co przyszłość przyniesie, trzeba mieć zapas. Stary jeszcze gra.

Kończy wreszcie ze zmęczenia. Teraz najbardziej emocjonująca dla niego chwila. Uprzedzamy: „Maszynka powtórzy to, coście ociec grajali”. Teraz dopiero zwraca uwagę na cichy, skromy aparacik. A nasz fonograf, jakby przeczuwał ważkość swojej roli, wyrzuca z trąbki wyraźne i dobitne nutki. Stary przystawił ucho do trąbki… chwila zdumienia i pełen radości okrzyk:

To samo graje! Jak akuratnie! Adyć staro, psiakręć, posłuchaj ino, chodź tu…

Ady słyszę, rychtyg tak graje, jak ty.

Radość starego była rozbrajająca! Nie zdumiał się samym aparatem, nie zdumiał się, że maszynka w ogóle gra, ale to go cieszyło niepomiernie, że maszynka graje te właśnie „stare kawołki”, co on je tak lubi, te jego staro melodyje… Stary aż łzy miał w oczach: – Moje kawołki, mój wiwat…

Pierwszy raz spotkaliśmy się z taką reakcją grocza. Normalnie cieszyli się i radowali samym efektem reprodukcji natychmiastowej. Tu nie! Gdybyśmy nagrali jakieś inne, nielubiane przez niego melodje, stary nie cieszyłby się.

Pakujemy aparat, owijamy w pled (pod którym zresztą, zmoczonym, trzeba będzie spać), troczymy bagaże do rowerów. Trudno opisać, jak stary grocz nas żegnał. Gotów był nas wszystkich uściskać. Zostawiliśmy zapas „cygaretek” i marną studencką złotówczynę. Znowu dziękuje i cieszy się radością dziecka. Wstępuje weń nagle jakaś niepohamowana energja, jakaś wybuchowa radość, że na zawsze zostało uwiecznione to, co on grajał, to, z czym się zżył, to staropolskie… Że będzie to przechowane, że on ze swym kozłem zapisał się przecież po wieczne czasy.

Żegna nas jak najbliższych mu ludzi, odprowadza za furtkę i aż za figurkę Matki Bożej, tam pokazuje najlepszą ścieżkę. Wreszcie przy ostatecznym pożegnaniu – całe swe uczucie, całe naprężenie w jednym wyładował okrzyku:

Niech żyje Polska!

Deszcz pada, rowery ślizgają się po błocie, jedziemy w zupełnym milczeniu. Przed nami długie kilometry, tygodnie włóczęgi, nowi, nieznani muzykanci. Czy wrócimy jeszcze kiedyś do starego Rały?

Tekst autorstwa Jadwigi Sobieskiej (Pietrusińskiej) opublikowany w Tygodniku Naukowo-Literackim (grudzień 1934) opracowała Alicja Brudło.

X