Tomasz Kiciński. Dudy – w tym się zawiera wszystko.

Bukówiec Górny (Wielkopolska)

Mikołaj Woźniak | 2020

Tomasz Kiciński

Mikołaj Woźniak: Tomek, co Cię kręci w dudach? 

Tomasz Kiciński: To, że są cały czas odkrywcze. Wciąż zmuszają człowieka do działania, do myślenia. Nie ma takiej sytuacji, że nastroję je i mam spokój, a kiedy zechcę, to sięgam i gram. To by było za łatwe. Sytuacja jest wręcz odwrotna – dudy są strasznie kapryśne. Stroiki trzeba robić cały czas na bieżąco, nie zawsze ten stroik jest wdzięczny za to mozolne skrobanie, ale po to się ich robi tak dużo, żeby spośród wielu wybrać ten najlepszy i jedyny. Poza tym lubię podejmować niekonwencjonalne wyzwania, które inspirują człowieka. 

Czy dudy przestaną być dla Ciebie kiedyś wyzwaniem? 

Myślę, że nie, bo zawsze płatają figle. Po wielu latach wydaje się, że człowiek już wszystko pojął, aż tu nagle przed występem, za pięć dwunasta, popadasz w zaskoczenie: nie chcą zagrać! Wtedy człowiek jest wściekły. Tak w podświadomości oczywiście, bo nigdy nerwusem nie byłem. Nigdy też ich nie potrzaskałem za to, że nie grają. (śmiech) Raz zdarzyło mi się wyładować emocje: wiedziałem, że stroik już nie zagra, wziąłem go na stół i młotkiem: pach! To był jeden, jedyny raz. Wylądował w koszu, jeno spłaszczony, ha!

Dostał zatem ostateczną reprymendę. (śmiech) Dudy to instrument dla cierpliwych. W Polsce mamy osiem odmian dud, z czego aż pięć znajduje się w Wielkopolsce. Czym różnią się dudy z Wielkopolski między sobą? Czym wyróżniają się na tle odmian z innych regionów Polski? Chciałbym poznać punkt widzenia człowieka, który z muzyką wielkopolską spędził już przeszło 38 lat. 

Dudy wielkopolskie w porównaniu z resztą dud stroją dość wysoko. Kozły, np. kozioł biały i czarny, stroją niżej, są łagodniejsze.

Wielu ludzi określa dudy wielkopolskie jako wprost krzykliwe. 

Zgadza się. Dudy żywieckie, gajdy śląskie czy koza podhalańska stanowią w kapeli tło. Prymistą w tej muzyce jest skrzypek, a u nas było zazwyczaj odwrotnie. Dudy w Wielkopolsce do dziś wiodą prym. Być może dlatego, że idzie na nich wygrywać szybsze staccato, przebierka jest krótsza, daje nam tę możliwość. Na rozszerzonych palcach nie da się wygrywać szybkich wariacji. Przez to, że dudy grają jeden stały dźwięk w postaci burdonu, nie potrzeba basu. Myślę, że dlatego dudy zdominowały skrzypce. 

Co w takim razie grał skrzypek?

To zależało od tego, czy się dostosował do dudziarza, czy grał linię melodyczną, czy się dogadali muzycznie, czy się wymieniali, czy grał bardziej legato, czy staccato. Myślę, że była to kwestia zdolności i osobowości muzyka.

Oprócz bycia dudziarzem jesteś także skrzypkiem. Gramy ze sobą już jakiś czas – Ty w muzyce dosłownie pływasz. Brzmienie mocno surowe łączysz z delikatnym. Gdy słucham archiwalnych nagrań wielkopolskiej muzyki dudziarskiej z lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych, widzę tam Ciebie i Twoje skrzypce. Twój styl określiłbym jako unikalnie tradycyjny. Zauważyłem także, że podczas grania niektóre techniki skrzypcowe przenosisz wprost na dudy. Nie jesteś zwolennikiem utartych schematów, używasz specyficznych ozdobników, których z reguły u większości dudziarzy nie słychać. To bardzo indywidualne. Czym jest spowodowany taki styl gry? Masz jakąś preferowaną technikę?

Myślę, że chodzi o osłuchanie się z różnymi rodzajami muzyki, począwszy od rocka po poezję śpiewaną czy nawet ostry metal. Od czasu, gdy zaczęliśmy razem grać, to także muzyka średniowieczna. Każdy rodzaj zostawia w pamięci jakąś zagrywkę, to coś, co potem jest zakodowane w podświadomości. Człowiek najpierw tego używa, a potem sam się dziwuje, skąd się to wzięło. (śmiech) 

Czyli słuchając muzyki współczesnej, łączysz ją z wątkami tradycyjnymi? Zatem próbujesz stworzyć w umyślę pewną fuzję, którą potem przenosisz do muzyki dudziarskiej. Pytanie, czy robisz to w takim celu, by uczynić ją atrakcyjniejszą, czy raczej jest to Twoja osobista wizja?

To jest swego rodzaju dodatek. Są pewne utwory, które mają już doskonałość samą w sobie. Lubię ozdabiać muzykę, w szczególności przy biesiadowaniu. Tylko że wtedy siedzimy sobie w kółku, widzę po twarzy, po mimice, po smyczkowaniu, kto gra jaką partię, i sam określam, czy mogę coś jeszcze dodać, czy po prostu być w tle i delikatnie poszumieć, przyozdobić co nieco… Nieraz po mimice do wielu rzeczy się dojdzie. Sam się dziwię, skąd mi się solówka wzięła, skoro pierwszy raz w życiu gram ten utwór. To ta mimika między muzykami i to się czuje, nie trzeba nic mówić. 

Czyli głównie towarzyszy Ci autentyzm? 

Myślę, że tak. Czasem drugi raz nie udaje mi się pewnych partii powtórzyć.

Tomasz Kiciński

Choć Bukówiec Górny, z którego pochodzisz, wyróżnia się pod tym względem na tle innych wsi. Tu podejście do folkloru jest cały czas żywe. Widać i – co najważniejsze – słychać młodych dudziarzy i skrzypków kontynuujących tradycję. Jako budowniczy dud i muzyk wyszkoliłeś liczne grono tradycyjnych muzyków pochodzących ze wsi i okolic. Muzykanci, którzy wyszli spod Twojej ręki, dziś w wielu przypadkach niosą tradycję dalej. Pojawia się pytanie, jaką rolę odegrałeś w budowaniu bukowieckiego folkloru. Jak się z tym czujesz? 

No cóż, to patriotyzm i miłość do ojczyzny, którą zaszczepiono mi za młodu. Szkoda, że dziadek nie doczekał mojej muzycznej przygody. Chodziłem z nim do kościoła. Mimo że był rolnikiem, miał czas, by iść na poranną mszę, a później na nieszpory, a ja zawsze z nim na te nieszpory chodziłem. Muzyka sakralna robiła na mnie niesamowite wrażenie. Nasz organista umiał dobrze grać na organach. Były one nadmuchiwane za pomocą miecha, ale już niestety elektrycznie. Pamiętam, że kiedy włączał się wentylator, myślałem: „O, zaraz będzie grać!”. U nas organistą był kościelny, to też mi pasowało. W większości kościołów w środku tygodnia tylko się śpiewa, a u nas organista był codziennie. Czy to na porannej mszy, czy też wieczornej. Zdarzało się też, że bywałem w kościele dzień w dzień.

W kościołach do dziś spora część muzyki pochodzi z czasów średniowiecznych i renesansowych, wędrując przez barok i kończąc na XIX wieku. Ta muzyka, która ma dawny rodowód, a co za tym idzie – struktury melodyczne pochodzące z dawnych wieków, z pewnością kształtowała dziecko, które muzyką się interesowało. Samo uczestnictwo w życiu kościelnym ukierunkowało Cię do Twojej dalszej muzycznej drogi, prawda?

Pewnie, że tak. Od pierwszej klasy podstawówki miałem dyżury jako ministrant, czasami bywałem cały tydzień na mszach.

Zatem dla Ciebie jako małego dziecka już wtedy muzyka była jednym z zainteresowań. Miałeś ją na wyciągnięcie ręki od samych początków. Czy grały Ci różne melodie w głowie? Może przejawiałeś już zainteresowanie instrumentami?

Muzyka mi grała, instrumenty przyszły nieco później.

Tomasz Kiciński

Jaka muzyka Ci grała? 

Każda, którą zasłyszałem! Nie miałem jeszcze wtedy pojęcia, że muzyka dzieli się na ludową, rozrywkową czy sakralną – każda miała w sobie coś innego. Pamiętam też, jak babcia śpiewała mi kołysanki. Kiedy przypominam sobie jedną z nich, automatycznie lecą mi łzy. To ze szczęścia bardziej, zawsze mnie ta melodia rozczulała. 

Śpiew niegdyś był naturalną czynnością. Jak wyglądało w Waszym domu rodzinne śpiewanie? 

Śpiewaliśmy zazwyczaj podczas imienin, uroczystości, wesel, na których spotykaliśmy się całą rodziną. W szczególności u dziadków. Mama miała piątkę rodzeństwa, więc dzieciaki latały pod stołem i się bawiły, a dorośli? W trakcie rozmów ktoś coś intonował i wszyscy śpiewali. Wszyscy lubili. Zwłaszcza wuja Józiu – jeden z największych prowokatorów. Mówił: „Co tak siedzicie cicho?”. Wstawał i śpiewał, głównie zabawne, a czasem też sprośne przyśpiewki. Tym właśnie prowokował i zaczynały się też inne tematy do śpiewu. Stąd dziś u mnie dowcipy! Wystarczy tylko sprowokować… 

Co w rodzinie, to nie zginie!

Mieliśmy z wujem Józiem wiele cech wspólnych, z nim to było rozrywkowo! Gdyby nie on, kto wie, czy chwyciłbym za dudy? On też był umuzykalniony, grał na akordeonie i harmoszce. Śpiewał i nic go nie hamowało. Gdy wujaszek umarł, dzień przed jego pogrzebem zacząłem rozmyślać: coś by trzeba wywinąć… Tak mnie zresztą w nocy naszło: „Gdyby nie ty, wujaszek, to ja bym na dudach nie grał!”. Pamiętam pewną historię z dzieciństwa. W kuchni pełno kobiet, było wtedy darcie pierza. Nagle słychać hałas – wujaszek przyszedł chorego dziadka odwiedzić i oczywiście musiał coś wywinąć… Wpuścił gołębie w to pierze! Takie jaja zawsze się robiło na wsi. Ale co dalej? Chwilę po tym wlatuje i wyjmuje dudy! Zaczął je pompować i ta ruszająca się główka kozy w podświadomości mi została. Miałem wtedy niecałe pięć lat. 

To był Twój pierwszy kontakt z dudami? 

Tak. Wracając do pogrzebu wujaszka – on miał ksywę Stary Dżinn. Tak się też nazywał jego nadobny utwór na harmonijce. Zapytałem ciotkę, czy mogę mu na dudach zagrać. Wtedy to księdzu też trzeba było zgłosić, on nie lubił tak bez ustaleń. No i wszystko gut: „Salve, Regina” odśpiewane, dudy uruchomione. Zagrałem mu tak zwanego podróżniaka – w podzięce. Wszyscy powoli odchodzili kameralnie, a nikt nie wiedział o harmonijce… Mówię do ciotki: „Stary Dżinn może być?”. Wujaszek był entuzjastą westernów. Ciotka na to: „No graj!”. Zaintonowałem to, odchyliłem wieniec, rzuciłem harmonijkę do grobu i powiedziałem: „Wujek, graj dalej…”.

Wróćmy do czasów obecnych. Skąd czerpiesz repertuar do grania? 

Większość utworów bukowieckich nauczyłem się od dziadka, na kolanie. Tak do piątego, szóstego roku życia. Kiedy się przeprowadziliśmy, spotkań było mniej. Ale kiedy szedłem ze szkoły, to zawsze musiałem do dziadka wstąpić po drodze. Nieraz mu przy pracy pomagałem. 

Dziadek śpiewał podczas pracy? 

Usiadł czasem sobie na ławeczce i zawsze mu się coś przypomniało. Jesienią chodziliśmy późnym wieczorem z latarką na gruszki. Potem była ich degustacja i przypominały mu się różne przyśpiewki. Wtedy mi je wyśpiewywał. 

Czy możesz zacytować fragment choć jednej? 

„Uojcze, uojcze, dajcie kunia, bo jo pojade do Torunia. Do Torunia na zolyty, bo jo nie byde bez kobiety”. „Zolyty” to zalety. Nie wiem, co wtedy ten Toruń takiego miał. My dzisiaj zamiast „bo jo pojade do Torunia” śpiewamy „bo jo nie bede siedzioł w doma”.

Tomasz Kiciński w swoim warsztacie

Czy budowa dud wielkopolskich po czasie nadal jest trudna, czy może to kwestia przyzwyczajenia? 

To ciężkie pytanie. Kilka ich w życiu zbudowałem i za każdym razem są inne. Zawsze wychodzi jakiś inny mankament. Wiesz, niby są takie same, a za każdym razem wnoszę coś nowego. Jedną dziurę zatkasz, to trzecia się odtyka. 

Często mówisz o mankamentach. Co natomiast z pozytywnymi odczuciami?

Ja się cieszę, że te mankamenty wychodzą! (śmiech) Wtedy próbuję te dudy ujarzmić jeszcze bardziej. One nie mogą być tak łatwym instrumentem, że każdy je chwyci i zacznie grać. Można powiedzieć, że to instrument dla wytrwałych. Nie każdy ma cierpliwość, żeby z nimi pracować. Ci, co mają w sobie pokorę, to się za nie wezmą, ci, co jej nie mają – odłożą po tygodniu, dwóch. 

Stąd tak mała liczba czynnych dudziarzy, a znikoma wręcz, jeśli chodzi o budowniczych dud?

Skoro nie ma takiego zapotrzebowania… 

To fach, który zaczął stopniowo wymierać, dziś budowa dud to relikt. 

Są budowniczowie, którzy nie umieją grać. To, że miałem uczniów, zmusiło mnie do budowy. Inaczej by nie grali. Zawsze miałem smykałkę do manualnych rzeczy. Gdybym nie miał, to bym się za to nie zabrał. 

Zaczątkiem Twojej przygody z budową dud było posiadanie uczniów bez instrumentu. Podszedłeś do tego ideowo, nie z chęci zysku. 

Tak, oni mieli tylko odkładać pieniądze. Zazwyczaj to mieli dudy za pół ceny, zależy, kto ile uzbierał. Praktycznie płacili za materiał. Sam to wymyśliłem i samego mnie to cieszyło. Nie wszyscy, którzy kupili te dudy, do dziś na nich grają, niektórzy wywędrowali daleko. Ale jeśli ktoś ma ten instrument, to chociaż raz w roku te dudy capnie i zagra.

Ciekawi mnie, czy w Polsce istnieje możliwość funkcjonowania manufaktury dudowej, skąd tradycyjne dudy byłyby sprzedawane na szerszą skalę. Wymagałoby to nieco niższych cen i współczesnych rozwiązań, które samą grę czyniłyby bardziej komfortową i nieco bardziej „strajalną”. Świetnym tego przykładem jest ruch dudziarski w hiszpańskiej Galicji. Być może wtedy młodzi ludzie w Wielkopolsce sięgaliby chętniej po dudy? Weryfikacją tego może też być zwiększanie lub zmniejszanie się liczby grających dudziarzy. Ale żeby zachęcić, trzeba czymś przyciągnąć… Czy można mówić o biznesowym podejściu do budowy dud w Polsce? Czy może jest to zajęcie tylko i wyłącznie dla nielicznych pasjonatów?

Zaczniemy od czegoś innego. Po pierwsze, każdy dudziarz powinien umieć stroić swój instrument. Skrzypek sam sobie skrzypce stroi, ale czy pianista stroi sobie sam pianino? Tu się zastanówmy. Przecież nie każdy dudziarz umie dudy nastroić. Ten instrument trzeba czuć, bo zbudować coś to może każdy dobry rzemieślnik – bierze suwmiarkę, robi wymiary i znając się na klejach, skórach, to zrobi to prędzej czy później. Ale dać duszę tym dudom… to dwie trzecie całego instrumentu.

Tomasz Kiciński z uczniem – Mikołajem Woźniakiem

Wprawdzie każdy muzyk może być połączony ze swoim instrumentem, ale więź dudziarza z dudami jest szczególna. Repertuar, który się wykonuje, nie należy do czasów współczesnych. Nie jest też wyprodukowany na potrzebę komercji. To w końcu głos przodków, który utrwalony jest dzięki nielicznym. Zaryzykowałbym wręcz tezę, że dudziarz jest o wiele bliżej swojego instrumentu niż większość muzyków grających na współczesnych instrumentach. Podzielasz taki pogląd? 

Coś w tym jest. 

Nie ubliżając oczywiście innym muzykom. Każdy instrument jest w końcu wyjątkowy. 

Zgadza się. Dlatego dudziarz musi mieć swoje dudy i sam na sam z nimi działać. To jest jeden organizm. Nie ma czegoś takiego, że przychodzę sobie, dziś biorę te skrzypce, a jutro tamte. Z dudami tak nie jest, tu trzeba pół roku konkretnie pograć, żeby się z nimi połączyć jak z pępowiną. 

Kim się bardziej czujesz: dudziarzem wielkopolskim czy skrzypkiem ludowym? Częściej można Cię jednak zauważyć ze skrzypcami. 

Zaczynałem od dud i myślę, że dudziarzem. Skrzypków jest wielu i na pewno są tysiące lepszych ode mnie. Gram częściej na skrzypcach, bo ze skrzypcami mogę się muzycznie znaleźć z każdym. 

lewa: Mikołaj Woźniak, Piotr Szutka i Tomasz Kiciński przy koźle wielkim | prawa: elementy dud

Jesteś samoukiem. Opowiedz, jak wyglądały Twoje początki. 

Kiedy miałem pierwszą styczność ze skrzypcami, to zacząłem grać palcem wskazującym. (śmiech) Coś jak puzon, ha! Było to śmieszne na samym początku, ale trening czyni mistrza. Z czasem zacząłem odkrywać to po swojemu. Nie zawsze teoria idzie w parze z praktyką. 

Jak to odkrywałeś? 

Podpatrywałem u moich rówieśników różne pozycje. Oni grali na tak zwanych skrzypcach podwiązanych w pierwszej pozycji, jakby z kapodastrem. Pomyślałem: „Nic trudnego”. Skrzypce dostałem od babci na urodziny – udało się je wyremontować, były po moim dziadku. Niestety nie pamiętam go grającego na skrzypcach…

Twoje pierwsze osiągniecie muzyczne? 

Pierwszy konkurs dudziarski miałem w 1983 roku, odbywał się w Bukówcu Górnym. Zdobyłem wtedy pierwsze miejsce na dudach, a zagrałem z Piotrem Ratajczakiem. Niestety do czasu następnego konkursu Piotr zmarł, już go z nami nie było. Po dwóch bądź trzech latach nazwali ten konkurs imieniem braci Floriana i Piotra Ratajczaków – legendy bukowieckiego dudziarstwa.

Istniała swego czasu teza, że skrzypkowie byli poszkodowani, bo tylko dudziarz się liczył. Po roku od nazwania konkursu zrobiono też specjalny turniej dla skrzypków. Moi rówieśnicy zaczynali uczyć się na skrzypcach, tak jak ja na dudach. Skoro wszyscy stwierdzili, że mi dobrze idzie, to wziąłem udział. No i pierwsze miejsce zdobyłem… To mi dodało siły i pewności w dalszej drodze. 

Czyli podczas Twojego pierwszego występu towarzyszyła Ci legenda bukowieckiego muzykowania? Szybka kariera.

Szybka. Razem z Rafałem Zającem, moim rówieśnikiem, już po roku przygrywaliśmy bukowieckiemu zespołowi do tańca.

Potem festiwal w Kazimierzu Dolnym… 

Tak, tam też mieliśmy pierwsze miejsce.

Szybkie tempo. Jak to działało na tak młodego człowieka? 

Dla mnie to było naturalne, nie zastanawiałem się, skąd mi się to bierze. Do dzisiaj się bardziej zastanawiam, będąc świadomym świata i wielu rzeczy wokół, jak to się dzieje. Miałem naturalny uśmiech i na scenę wychodziłem bez stresu. Wszyscy się dziwili, skąd mi się to bierze, a ja uśmiech od ucha do ucha i grałem! Tak jakbym grał na imieninach.

Tomasz Kiciński z uczniem Mikołajem Woźniakiem (prawe zdjęcie)

Spotkałeś się z upokorzeniem związanym z tym, że grałeś na dudach?

Dwa razy tak, to takie „chodnikowe” przypadki. (śmiech) Kiedy szliśmy w korowodzie w Starym Gołębinie, nasi rówieśnicy, takie młodzieniaszki, rzucali w nas kamykami. To był rok 1983.

Ty grałeś, a ktoś w Ciebie kamykami rzucał? 

To była popegeerowska wieś. 

Byliście szarlatanami. 

Wiesz… wtedy to był postęp, nowoczesność! A tu same stare klunkry. Gdybyśmy szli z gitarami, to by było coś! Tak było w wielu wioskach. 

Centralizacja muzyki tradycyjnej spowodowała totalne odmóżdżenie. 

Wtedy tak, aczkolwiek dzisiaj dzieci tych, co kamieniami w nas rzucali, uczą się gry na dudach, ha, ha! Mnie nawet jeden gość kiedyś powiedział: „To my w was kiedyś kamieniami rzucali…”. 

Gdzie był ten drugi raz? 

W Poznaniu. Na dodatek to był ten sam rok, 1983. Wyszliśmy na stary rynek i szliśmy na jedzenie gdzieś do baru. Wtedy poznaliśmy ludzi z Turwi – pierwszych uczniów świętej pamięci Edwarda Ignysia. Idziemy, a tam tak zwane dzieci ulicy bardzo krzywo się na nas patrzą. Na dodatek byliśmy ubrani w czerwone katany i białe spodnie. Zaczęliśmy improwizować coś w języku angielskim, czasem niemieckim. Nikt nie znał tych języków, no ale co? Improwizacja! Ten ich herszt nagle mówi do nich: „Stop! To zagraniczni…”. I nas przepuścili. (śmiech)

Kuriozalne sytuacje. 

To już było przestarzałe. Tak jak konie odeszły do lamusa na rzecz kombajnów, tak i pewnie ten świat widzieli, a razem z nim ten folklor tak postrzegali. 

W imię postępu odrzucano własną tożsamość. 

PGR to był sztuczny twór, ale z drugiej strony gdyby nie ten cały kombinat, to by turnieje dudziarskie się nie odbywały. On był przecież głównym sponsorem, to kolejny paradoks! Pracownicy kombinatu patrzyli na to krzywo, a kombinat łożył pieniądze na utrzymanie nauczycieli muzyki ludowej. 

Ósmy cud PRL…

Na szczęście byli mądrzy ludzie, którzy wiedzieli, że trzeba o tę muzykę dbać. Pomyśleć, ile trzeba było lat, żeby ta świadomość wróciła…

Jak się odniesiesz do współczesnych zmian w muzyce? Samą muzykę postrzegasz w nieco dawniejszym kryterium. Jako człowiek grający w dużej mierze XIX-wieczną muzykę, musisz mieć jakieś przemyślenia na temat tego, co aktualnie się dzieje. Jaka jest Twoja opinia na temat współcześnie wytyczanych trendów? Jaka jest rola muzyki tradycyjnej w obecnej sytuacji? 

Każde pokolenie ma coś swojego i tego się nie da uniknąć. Ja jeszcze miałem możliwość uczestnictwa w pierwszych konkursach, gdzie przyjeżdżało około sześćdziesięciu kapel, a także solistów dudziarzy. Każdy z nich miał swoją charyzmę i był indywidualistą. To były lata osiemdziesiąte.

Każda kapela odznaczała się wyraźnym stylem w wykonawstwie? 

Tak! Nie było takiej sytuacji, że wszyscy grali wszystko razem. Było słychać więcej różnic w wykonaniach. Później przyszła pewna moda, wylansowałem wiele utworów inaczej zaintonowanych. Wszystko można oczywiście zaintonować, byle z charyzmą zagrać. Jeszcze jeśli ma się dobry tekst, to wtedy je wszyscy automatycznie adoptują i swego rodzaju populizm się z tego robi. 

Z tego, co wspominałeś, jesteś prowodyrem wprowadzenia śpiewu w wielkopolskim ruchu dudziarskim. Był bowiem taki czas, że dudziarze nie śpiewali. 

Nie śpiewali, bo im się nie chciało. Co powstało wcześniej: śpiew czy instrument? To już jest uzasadnienie samo w sobie. 

Było to co najmniej dziwne zjawisko, skoro jeszcze do niedawna śpiew towarzyszył przede wszystkim życiu codziennemu na wsi. 

Każdy muzyk, zanim zacznie grać, na pewno coś sobie nuci lub gwiżdże. Inaczej by nie miał jakichkolwiek zdolności muzycznych. To już było samo w sobie parodią, a że niektórzy etnolodzy, którzy i tak po latach zmienili zdanie, obstawiali przy swoim, to taki był tego efekt. Myślę, że ode mnie dużo na temat śpiewania wyszło, co tu będę ukrywać. Lubię śpiewać, chociaż faktem jest, że w naszej dudziarskiej tonacji ciężko mi się śpiewa. Analizując to wszystko: czemu dudziarze nie śpiewali? Bo mieli to gdzieś! Śpiewał przyśpiewkę ten, co zamawiał taniec. Oni nam zapłacą i nam zaśpiewają, to po co my mamy śpiewać? W tym czasie chlasnęli po kielichu, zdążyli jeszcze przeliczyć kasę, jak długo mają grać, i wszystko. Oni śpiewali wtedy, kiedy wracali pijani do chałupy!

Chociaż na zdrowy, chłopski rozum dudziarz uczył się repertuaru wyłącznie w formie słuchowej. Z pewnością musieli uczyć się tekstów różnorakich pieśni i je podśpiewywać. To wychodzi samo z siebie. 

Przez tekst bardziej zapamiętuje się melodię. Wszyscy śpiewacze mieli swój tekst, inny od reszty. Dzisiaj się zachowało niewiele, a kiedyś znano ich co niemiara!

Co trzydzieści, czterdzieści kilometrów występowała w końcu inna maniera wykonawcza…

Otóż to.

schemat elementów burdonu dud

Jak odebrałeś informację o zakwalifikowaniu się naszego projektu do „Szkoły mistrzów budowy instrumentów ludowych”? Miałeś moment zastanowienia i zawahania? Czy raczej pomyślałeś: „Dobrze, budujemy”? Nigdy wcześniej jako budowniczy dud nie miałeś ucznia, któremu mógłbyś przekazać rzemiosło. 

O tym programie wiedziałem już dużo wcześniej, znajomi mi go polecali. Mówili: „Znajdź sobie jakiegoś dobrego ucznia”. No i Ty mi z nieba spadłeś! (śmiech) 

Tomasz Kiciński podczas Targowiska instrumentów w Zakopanem

Poznaliśmy się w stolicy podczas Wszystkich Mazurków Świata. 

No tak, zaczęło się od wymiany poglądów. Żeśmy pograli ze sobą i jeden drugiemu przypadł do gustu. 

Ale takim bezpośrednim czynnikiem naszych dalszych spotkań była idea wyremontowania dud po świętej pamięci Leonie Galińskim, gnieźnieńskim dudziarzu. 

Tak, te dudy mnie zainspirowały, bo w przeszłości moim mistrzem był świętej pamięci Edward Ignyś, a od razu na pierwszy rzut oka było widać, że to jego robota. Kiedy się dowiedziałem, że to dudy po Leonie Galińskim, to przypomniałem sobie pewną historię. Byłem świadkiem, jak Leon te dudy od Ignysia otrzymał. Wiem też, że Leon go dusił o te dudy, ponieważ poprzednie, które miał, niezbyt dobrze grały i stroiły. Dopiero kiedy Ignyś mu je wręczył, Leon jakby odżył. Byłem wtedy jeszcze dzieckiem, ale to było widać. 

Pierwszą wyremontowałeś w nich dymkę, wtedy doszło do ciekawego odkrycia. Miło wspominam pewien telefon od Ciebie!

Kiedy remontowałem dymkę, odkryłem tam datę: 1980 rok. To sugeruje, że pochodzą z tego roku, ale być może Ignyś miał je już dużo wcześniej? Równie dobrze mogło być tak, że zrobił wcześniej dymkę, a same dudy wykonał później. W każdym razie te dudy mają już swoją historię za sobą. Kiedy to odkryłem, od razu zadzwoniłem do Ciebie. Później doszło do dalszych remontów, a dziś dudy grają już w całej swojej okazałości. 

Wracając do „Szkoły mistrzów”, to nie ukrywam, że zawsze mi się marzyło, by mieć ucznia, ale nie każdy ma te zdolności manualne i nie każdemu się chce. Mówiłem sobie, że nikogo zmuszać czy namawiać nie będę. To trzeba mieć manualność w sobie, bo jak ktoś nie ma manualności, to dajesz mu pilnik, a on ci go połamie.

Manualność to jedno, ale myślę, że trzeba też mieć pewne cechy, które przydają się zarówno u grającego, jak i budującego. Nie mówiąc o wzajemnym rozumieniu się czy chęci realizacji takiego projektu. Nie jest to łatwa rzecz. 

To przede wszystkim! Jeśli już ktoś się tego podejmie, to będzie to długo ciągnąć. Raz jest z górki, a raz pod górę, można się zaskoczyć.

Jesteśmy już po ukończeniu tego projektu i z moich obserwacji mogę wywnioskować, że był to proces długotrwały. Obfitował w wiele problemów i mankamentów. 

Których się też pewnie nie spodziewałeś…

Spodziewałem się części z nich, ale niektóre mnie zaskoczyły po całości. Pokazały trochę inne oblicze tego instrumentu. Wiadomo, że jak się gra, to się poznaje specyfikę instrumentu, trzeba się go nauczyć i spędzić z nim odpowiednią ilość czasu. Z kolei możliwość doświadczenia pracy budowniczego dud pozwala spojrzeć na ten instrument z zupełnie innej strony. Tak naprawdę pierwsze zderzenie jest takie, że bycie dudziarzem a bycie budowniczym dud to dwa inne światy. Po czasie to już się łączy w spójną całość, ale pierwsze zderzenie? To eksperyment, tak bym to nazwał. 

I to szybki eksperyment! Samo doświadczanie tego jest ciekawe. Człowiek myśli: może pierwszą zrobić przebierkę, a może to, a może to? Mógłbyś to robić pół roku. 

Ty stopniowo tego doświadczałeś, a w tej sytuacji mieliśmy na to jedynie dwa miesiące. To bardzo krótki czas na zrozumienie zasad, które rządzą tym fachem. Można to nazwać wyzwaniem, ale też powodem do dumy. 

Wyrwałeś mi to z ust!

Tomasz Kiciński z uczniem Mikołajem Woźniakiem

Jakie były Twoje pierwsze wrażenia ze wspólnie zbudowanego instrumentu? Był to w końcu pierwszy instrument, który nie był zbudowany stricte przez Ciebie, ale jedynie przy Twojej pomocy. Jak brzmiał ten pierwszy dźwięk? To ciekawe, bo projekt w głównej mierze polega na przejęciu Twojego rzemiosła, ale robi to jednak inna osoba. Mimo że stara się maksymalnie odtworzyć ten styl, to dorzuca do tego trochę swojej nutki. 

W końcu każdy człowiek ma swój charakter, co nie? 

Pamiętam, jak mówiłeś: „Zróbmy to tak”. Odpowiedziałem: „A może tak?”. Na to usłyszałem: „To twoja brocha”. 

O to mi chodziło! Zacząłeś po części wprowadzać swoją wizję. Wprowadzałem główną myśl, a w Twojej gestii było ją kontynuować. 

Jak się czułeś z wprowadzaniem lekkiej modyfikacji Twojego stylu? 

Do tego właśnie dążę: nie należy kopiować wszystkiego. Każdy musi mieć swój własny styl. Najważniejsze, że instrument gra, reszta to kwestia zaaranżowania. Nie wszystkie muszą być tak samo idealne jak reszta. Tak samo z główką w dudach – niby robię w tym samym stylu, a i tak każda jest inna.

główki od dud autorstwa Tomasza Kicińskiego

Podczas naszych spotkań nie tylko budowaliśmy instrument, ale przede wszystkim graliśmy. Dużo i wielowymiarowo. Opowiedz, jak to jest u Ciebie z góralską muzyką? Podczas spotkań zawsze prędzej czy później pojawiał się u Ciebie wątek góralski na skrzypcach. W połączeniu z lirą korbową człowiek się rozumiał bez słów. To chyba ta mimika, o której wspominałeś? 

Na pewno coś w tym jest, podświadomość kryje wiele takich rzeczy. Pamiętam, jak babcia gotowała obiad i zawsze po hejnale była audycja „Muzyka folklorem malowana”. Tam było dużo góralszczyzny. Słuchałem od małego. Ja ją kocham tak jak swoją, wielkopolską. Traktuję ją na równi. W życiu nie przypuszczałem, że będę taką muzykę wykonywał na scenie, i to jeszcze w góralskim stroju! To naprawdę było przeżycie. Kiedy tylko zacząłem grać na skrzypcach, to puszczałem sobie kasety, żeby móc też klasycznie grać. W takie rzeczy też się bawiłem, nieoficjalnie oczywiście. Podczas festiwali też odbywały się spotkania z góralami, a najlepiej było podczas tak zwanych nasiadówek. Na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy nurt folkowy w Polsce zaczął się bardziej rozwijać, zaczęliśmy jeździć z muzyką. Poznałem wtedy między innymi Tomka Skupnia – dziś już, niestety, nieżyjącego. 

Czy od niego też nauczyłeś się czegoś w kwestii budowy dud? 

Tak, dużo się od niego dowiedziałem i nauczyłem. Koza podhalańska jest bardzo surowa, ona ma tylko skuwkę, oczy i różki od kozicy.

Twoje dudy są nieco bardziej zdobione.

Ja się wzorowałem na takiej jednej starej główce. 

Co to były za dudy?

Gdzie one wylądowały – sam nie wiem.

Jaka była ich geneza?

Później one gdzieś zniknęły, ale ja jeszcze na nich grałem. To było w Bułgarii w roku 1986. Nie były moje, te mi zabrali, a dali inne. Wtedy ta główka mi jakoś w pamięci utkwiła i tak opierając się na tym stylu, zacząłem robić swoje. Ona była dość smukła, nieraz robiłem za smukłe.

Jak postrzegasz dudy góralskie? Mowa o podhalańskich, żywieckich i gajdach śląskich. Czym one dla Ciebie są? To różne światy czy jeden góralski duch? 

W każdym z tych trzech subregionów one brzmią trochę inaczej. Niby gajdy i dudy żywieckie, te są ustnie dmuchane, a te za pomocą dymki, ale inaczej brzmią. Jednak gajdy wydają taki niski, dumny ton, powiedzmy, jak kozioł biały u nas. Dudy żywieckie na przykład są inne, może to z naleciałości różnych wykonawców, których słuchałem, na przykład braci Byrtków, a także innych. Tam po pół godzinie człowiek zajarzył, o jaki utwór chodzi. (śmiech) One mają swoiste przepiski i przedźwięki – niby podobne, a jednak to coś innego. Koza podhalańska natomiast to jest individuo. Ona ma krótką przebierkę, na niej da się nieźle wymiatać i wygrywać. Aż nagle przychodzą basy i sekund i jest całkowicie inny świat. Kiedyś też grała tylko koza i gęśle, nic innego nie było. Dudziarz i skrzypek – to było wszędzie!

Dudaskie ostatki w Zakopanem – Tomasz Kiciński i górale z Beskidu Żywieckiego

Mamy więc wątek dudziarz – skrzypek. Dzięki badaniom muzykologicznym opisującym drugą połowę XIX wieku i pierwszą połowę XX wieku wiemy, że w Wielkopolsce występowały kapele w składzie dudziarz – skrzypek, a tam, gdzie nie zanotowano dud, występowały kapele smyczkowe, złożone między innymi ze skrzypiec, basów, czasem też bębenka. Czy Twoim zdaniem występowały połączenia tych dwóch rodzajów kapel? Czy dudziarz i skrzypek w dawnej Wielkopolsce mógł grać z basami i bębenkiem bądź nawet dużym barabanem? 

Myślę, że tak. Pytanie, czy należy trzymać się ścisłej teorii, że tutaj był taki podział, a tam taki. 

Gdybyśmy się cofnęli do XVIII wieku, spotkalibyśmy w karczmie kapelę złożoną z polskiego kozła, skrzypiec, puzonu i regału. Pewnie przygrywano wtedy także na basach. To skład kapeli polskiej karczmy opisany przez Jerzego Filipa Telemanna. To już niedaleko do XIX wieku. Dlaczego dzisiaj nie gra się w takich składach? Wyjątkiem może być Orkiestra Czasów Zarazy pod kierownictwem Pawła Iwaszkiewicza, która, swoją drogą, podjęła się próby odtworzenia jednego z XVIII-wiecznych wielkopolskich wiwatów.

Różne rzeczy można łączyć, chodzi też o to, żeby się nie zawężać, a rozszerzać. Nam się dzisiaj każe zwężać do danego procesu – albo w tę, albo we w tę. Skoro jedno z drugim potrafi współgrać, to dlaczego nie eksperymentować? Muzycy zawsze eksperymentowali, eksperymentują i będą eksperymentować. Czy im się zakaże, czy nakaże. 

Pytanie, czy to kwestia eksperymentu, czy to stały element dawnej Polski, który był na porządku dziennym i nie przetrwał w kulturze ludowej do dziś. Zapisek Telemanna przedstawia co prawda Górny Śląsk, ale zakładając, że w Wielkopolsce coś takiego występowało jeszcze nie tak dawno temu – bo nie cofamy się tutaj do średniowiecza, tylko do XVIII wieku – to czemu by tego nie spróbować? Na pewno wielkopolska muzyka dudziarska stałaby się atrakcyjniejsza, co by sprzyjało jej rozwojowi. Wracając do „Szkoły mistrzów” – zrobiliśmy razem dudy w nieco awangardowym, zielonym kolorze. Ani Ty, ani ja nie spotkaliśmy się chyba jeszcze z taką kolorystyką. 

Kolor wybierałeś Ty, a dla mnie jest on dominujący. Mam taką wstążkę na kapeluszu, taką zieleń właśnie lubię, a że padł pomysł… Nauczyłem się robić dudy na czarno, bo czarne drewno jest przyjemne. Wystarczy, że coś chrupnie, a to się zdarza, to na czarnym idzie to w mig zamaskować. Na drewnie jasnym, jeśli coś się wyszczerbi, to od razu widać ślad. Później to trochę głupio wygląda, czy to dla budowniczego, czy dla grającego. Nie należy dużych rowków czy wgłębień toczyć, bo wtedy przez delikatne uderzenie coś chrupnie. Można nacechować delikatne roweczki i to już nie chrupnie.

Lepiej zatem iść w minimalizm. Co obecnie czujesz, gdy grasz muzykę tradycyjną? Czy na ten moment jest to dla Ciebie standard, chleb powszedni? Wychowywałeś się w tym przecież od dziecka.

Zależy, co się gra. Każde granie, obojętnie jakie, jest wyjątkowe. Na scenie czuję się jak na imieninach, a najlepiej gra mi się z innymi, w kręgu. Nawet kiedy gram na pogrzebach, to na wszystkich patrzę dookoła, swoje gram i jeszcze przypominam sobie żywot tego, któremu gram. Kiedyś byłem bardzo wrażliwy i czasami musiałem zmienić wzrok. Dzisiaj mogę patrzyć księdzu czy rodzinie najbliższej prosto w twarz. Minę mam, jaką mam, tak trzeba. Inaczej byś się rozkleił, trzeba być twardzielem w tym momencie. Czas robi swoje. 

Czym są dla Ciebie dudy?

Sposobem na życie, w tym się zawiera wszystko.

Tekst: Mikołaj Woźniak

Filmy | zdjęcia: Piotr Baczewski

X