Stanisław Mai. Budowniczy kozłów.

 

 

Zbąszyń (Wielkopolska)

Karolina Anna Pawłowska | 2018

Karolina Pawłowska: Panie Stanisławie, jest Pan jednym z nielicznych budowniczych instrumentów ludowych w Polsce, jedynym budującym kozły… Ale zanim do tego dojdziemy, to od początku: jak zaczęła się Pana historia z muzyką ludową?

Stanisław Mai: Moja przygoda zaczęła się w dzieciństwie. Urodziłem się w rodzinie, gdzie drewno było na co dzień cennym surowcem, który się obrabiało. Dziadek był cieślą, ojciec również był cieślą i stolarzem, więc gdy tylko miałem chwilę, od najmłodszych lat strugałem jakieś drewniane zabawki, klocki, pistolety. Wtedy były modne westerny, „Winnetou i Apanaczi” i inne, więc całą wioskę zaopatrywałem w tego typu makiety. Ale nie tylko to, bo robiłem też różne kinkiety, domki na kurzej stopce, rozsuwane kalendarze ścienne, kufle do piwa. Zawsze miałem taką smykałkę. I tak z czasem, mając codzienny kontakt z drewnem, zostałem leśniczym. Z kolei dzięki temu wiem, co jest najważniejsze, znam się na wadach drewna – jakie drewno do czego się nadaje, a do czego nie.

Jak to się stało, że kiedy Pana dziadek i ojciec kontynuowali tradycje rzemieślnicze w drewnie i stolarstwie, to Pan jednak poszedł w innym kierunku, w kierunku instrumentów?

Ojciec grał na trąbce w kapeli podwórkowej, na weselach i przy różnych innych uroczystościach. Rodzice zapisali mnie do szkoły muzycznej, na akordeon, jednak nie dane mi było jej ukończyć. Wśród codziennych obowiązków rodzice nie mieli po prostu czasu, żeby mnie dowozić. A już później ożeniłem się z dziewczyną, która występowała w zespole regionalnym Wesele Przyprostyńskie, odgrywając tam rolę panny młodej. Jej ojciec i dziadek również występowali w tym samym zespole, a i ja miałem tam krótki epizod – tańczyłem w nim przez pewien okres. Wtedy zaczęły mnie interesować instrumenty kapeli przygrywającej na próbach. Po latach zapisałem obie córki i syna do szkoły muzycznej. Pierwsza córka nie ukończyła edukacji, ale syn wraz z młodszą córką są absolwentami Państwowej Szkoły Muzycznej im. Stanisława Moniuszki w Zbąszyniu. Dzięki temu oboje grają na kilku instrumentach, w tym oczywiście na instrumentach ludowych. W czasie ich edukacji muzycznej zakupiłem sierszeńki oraz kozła weselnego, białego.

Kto zbudował oba te instrumenty?

Oba instrumenty wykonał na zamówienie pod koniec lat dziewięćdziesiątych Marek Franciszek Modrzyk. Jak się później okazało, niektóre części tego kozła były wykonane jeszcze przez jego ojca – Floriana Modrzyka.

No dobrze, a jak to się stało, że sam zaczął Pan budować kozły?

Otóż po wielu latach użytkowania zakupiony kozioł weselny po prostu się zepsuł. Ciężka choroba pana Modrzyka nie pozwalała mu już na budowę tych instrumentów. Zmusiło mnie to do naprawy kozła, a mając wieloletnie doświadczenie związane z obróbką drewna, z sukcesem podołałem temu wyzwaniu. Po roku 2000 zacząłem gromadzić pierwsze skóry, a już w roku 2010, po motywacji ze strony syna Jarosława (Mai – przyp. red.) i nabraniu wiary w swoje umiejętności, zakupiliśmy odpowiednie narzędzia i wyposażyliśmy pracownię w cały sprzęt do wyrobu tych instrumentów, gdzie wraz z synem i zięciem Dominikiem (Brudłą – przyp. red.) zaczęliśmy budować pierwszego kozła weselnego. I tak zaczęła się moja pasja. Zauroczyło mnie piękno kozła od środka.

Rozumiem, że Dominik wcześniej zajmował się budowaniem instrumentów?

Nie, Dominik nie miał wcześniej styczności z budowaniem instrumentów i na dodatek nawet nie zdawał sobie sprawy, że miał dziadka Andrzeja (Brudłę – przyp. red.), który – wraz ze swoimi braćmi grającymi między innymi na koźle i skrzypcach – grywał po weselach i zabawach. Dopiero przy jednym ze spotkań w rodzinnym gronie ze świętej pamięci Leonardem Śliwą padło pytanie: „Czy Dominik nie jest przypadkiem od tych Brudłów?”. Wówczas zaczęły się domysły i odszukiwanie linii przodków i jak się później okazało, historia zatoczyła koło. Czyli budował już z nami pierwsze kozły, nie wiedząc jeszcze o tym, że jego krewni grali kiedyś na tych instrumentach!

Czyli głównym impulsem był Pana syn Jarosław, który już wtedy grał na koźle.

Dokładnie. Syn od wczesnych lat grał na klarnecie B i Es, pianinie i oczywiście na koźle weselnym, ślubnym oraz sierszeńkach. Bardzo często z synem uczestniczyliśmy we wszelkich warsztatach budowy instrumentów, występach zespołu regionalnego, festiwalach folklorystycznych, po których później rozmawialiśmy rodzinnie na koźlarskie tematy. Niestety przez lata obserwowaliśmy, jak odchodzą starzy budowniczowie, tacy jak Franciszek Hirt z Chrośnicy, Marek Modrzyk z Nądni czy Bernard Kasper z Perzyn. Podpatrywaliśmy ich techniki wyrobu instrumentów oraz samej gry, jednak ta wiedza była przez nich często mocno skrywana. Poczuliśmy wówczas, że przyszedł czas, aby na poważnie się za to zabrać, aby muzyka tętniąca w Regionie Kozła była ciągle żywa, nie odeszła wraz z nimi i aby tę naszą tradycję kontynuować.

Czyli towarzyszyło Wam takie poczucie misji, to wspaniale! No dobrze, w 2010 padło hasło do budowania. I co dalej?

W trakcie kolejnych lat uczyliśmy się sami i zbieraliśmy doświadczenie, naprawiając starego i budując nowego kozła. Dopiero w 2012 roku zaczęliśmy na poważnie, mając już w pełni wyposażoną w przyrządy i maszyny pracownię oraz materiały do wyrobu co najmniej kilku instrumentów. Z uwagi na to, że syn pracował wówczas za granicą, zajmował się całą logistyką i organizował niezbędne materiały, sprzęt i wszystko to, czego potrzebowaliśmy do wyrobu danego kozła. A my z zięciem tworzyliśmy w tym czasie w pracowni kolejne części składowe instrumentu. Zresztą gdy syn był w Polsce, to również szedł od razu do pracowni, by ze mną popracować. Działamy wspólnie i każdy z nas ma w tym swój niemały udział.

Czyli każdy z Was ma swoją działkę, w której się specjalizuje.

Można tak powiedzieć. Dobór drewna i jego obróbka to bardziej moja domena, zięć jest bardzo dobry w obróbce metalu, gięciu blach czy wprawianiu okuć, a syn dba i pomaga tak naprawdę w całym procesie budowy. W ten sposób się uzupełniamy, a często do wielu czynności związanych z budową potrzebne są dwie pary rąk. Nie ukrywam, że na początku mieliśmy nie lada problemy, no bo od czego zacząć? Między innymi rozłożyliśmy niedziałającego kozła na części pierwsze i tak od słowa do słowa rozpoczęliśmy jego naprawę, a później wyrób nowych instrumentów.

Tego kozła zrobionego przez Modrzyka?

Tak, tego samego. Marek Modrzyk go zbudował, a Henryk Skotarczyk nastroił. W ten sposób się wówczas uzupełniali, bo to dwie różne, pracochłonne i czasochłonne czynności.

Z Czesławem Prządką też było podobnie – on budował kozły, a stroił mu chyba Henryk Skotarczyk, prawda?

Było dokładnie odwrotnie, pan Henryk Skotarczyk budował kozły, a Czesław Prządka tworzył stroiki i stroił zbudowane kozły, w ten właśnie sposób obaj współpracowali. Tak to często bywa, że jeden bardziej interesuje się wytwarzaniem, a drugi z kolei ma smykałkę do strojenia. Podobnie jest u Mendlewskich – Andrzej buduje dudy, a jego syn Michał je stroi. Jednak nastrojenie instrumentu to nie wszystko. Jak mawiał Bernard Kasper, stroiki muszą się utwardzić, czyli przystosować do panujących warunków zewnętrznych, wpływających na stroik w przebierce i burdonie, czyli do temperatury, wilgotności i cieśnienia. Muszę przyznać, że Beniu wiele mi pomógł i podpowiedział, był moim mentorem w kwestii tworzenia stroików. Jeśli chodzi o sam wyrób instrumentów, czerpałem wzorce bezpośrednio od poprzednich budowniczych, takich jak Franciszek Hirt z Chrośnicy, Marek Franciszek Modrzyk z Nądni czy Henryk Skotarczyk ze Zbąszynia. Sporo informacji o samej technice wyrobu dowiedziałem się od Marka Modrzyka i patrząc wstecz, muszę przyznać, że trochę się do niego najeździłem!

Czy jest Pan w stanie policzyć, ile instrumentów wykonaliście do tej pory?

Na razie niewiele, bo zrobiliśmy około dziesięciu kozłów, a kilka udało nam się naprawić. Na tę chwilę nasze kozły grają już we Francji, w Pobiedziskach, w Poznaniu, no i oczywiście kilka w Regionie Kozła. Mamy też parę gotowych instrumentów.

I mówimy tu o kozłach białych i czarnych?

Zgadza się, mam tu na myśli zarówno kozły białe, jak i czarne. Wypadałoby w tym miejscu wspomnieć o wykonanych sierszeńkach, których zrobiliśmy do tej pory dwie sztuki. Na jednych gra uczeń pana Jana Prządki, a drugie są w naszym posiadaniu. Na ten moment wykonane sierszeńki posiadają szyty, skórzany worek rezerwuarowy. Obecnie bardzo trudno jest o takie pęcherze, gdyż są one od dość dużych zwierząt. Dawniej dokonywano uboju trzody, która ważyła około dwustu kilogramów, więc taki pęcherz był dość spory, teraz, przy wadze dziewięćdziesięciu czy stu kilo, takie pęcherze są malutkie i nie nadają się na instrument, jakościowo są znacznie cieńsze, słabsze i niewytrzymałe. Stąd też trudności ze znalezieniem odpowiednich, wytrzymałych pęcherzy i konieczność szycia skórzanych worków. Szykujemy się jednak na wykonanie sierszeniek w całkowicie pierwotny sposób, z użyciem naturalnego worka pęcherzowego, gdyż udało nam się taki pozyskać.

Czy trudne jest obecnie pozyskanie skór bydlęcych do budowy kozła czarnego?

Na samym początku nie wiedzieliśmy, gdzie znaleźć tak duże skóry bydlęce na kozła czarnego. Pamiętam, jak syn kontaktował się z różnymi firmami kuśnierskimi, które w odpowiedzi na zapytanie przesyłały próbki skór, z których trudno było cokolwiek wybrać. Zwykle były one zbyt małe lub w jednorazowych partiach. Aż w końcu znaleźliśmy odpowiedni typ skóry, który sprawdza się idealnie jako worek rezerwuarowy. Aktualnie mamy stałego, sprawdzonego dostawcę, który wie, jakiego typu skór i o jakich właściwościach potrzebujemy.

I na co wtedy zwracacie uwagę?

Przede wszystkim na jakość skóry, brak jakichkolwiek uszkodzeń, otarć, przecięć oraz na prawidłowe jednolite wygarbowanie. Bardzo ważne też jest, by dana skóra nie była farbowana.

A drewno? Jakiego typu drewna używa Pan do budowy?

W koźle stosujemy dwa rodzaje drewna. Przebierka toczona jest z drewna śliwkowego, a wszystkie pozostałe elementy drewniane wytwarzane są z drewna bukowego. Niektórzy budowniczowie kozłów do budowy przebierki zamiast śliwy stosowali inne owocowe typy drewna, jak czereśnia czy wiśnia. Jednak według mnie najlepsza jest właśnie śliwa, choćby ze względu na swoją wytrzymałość i niesamowite właściwości akustyczne tego drewna, dzięki którym nadaje ono kozłom unikatowy charakter brzmienia.

Ile musi sezonować takie drewno?

Do wyrobu przebierki stosujemy wyselekcjonowane lite drewno śliwy, bez żadnych pęknięć i wad. Takie drewno musi sezonować minimum pięć lat, aby mieć pewność, że jest odpowiednio suche. Gdy zaczynaliśmy budować, sezonowane drewno śliwkowe na pierwsze przebierki pozyskaliśmy z Niemiec. Teraz mamy już własne, które po tym czasie sezonowania idealnie sprawdza się do wyrobu piszczałki melodycznej.

Co dokładnie daje takie sezonowanie?

Drewno musi naturalnie wysychać w zacienionym, przewiewnym miejscu. Nic na siłę, ponieważ po procesie w suszarni drewno zaczyna pękać. Natomiast pod wiatą, osłonięte przed czynnikami atmosferycznymi lub w drewnianej szopie, gdzie jest delikatny przewiew, latami, bez pośpiechu, samoistnie zaczyna wysychać. Tak samo jest z drewnem opałowym, którego też nie powinno palić się od razu po ścięciu, na przykład w kominku. Na dodatek w wybranych kawałkach drewna nie może być ani jednego sęka, ponieważ automatycznie dyskwalifikuje to je z dalszej obróbki. Dotyczy to również dymki, bo z czasem zaczęłaby przepuszczać powietrze. Jednak duszą instrumentu są piszczałki melodyczne wraz ze stroikami. To dzięki nim możemy usłyszeć charakterystyczny dźwięk kozłów. W przebierce to odpowiednio dobrany stroik trzcinowy, a w burdonowej – z drewna czarnego bzu.

Czy wspomnianą trzcinę zbiera Pan sam?

Są różne rodzaje trzciny, w zależności od miejsca, w którym rośnie. Przez kilka lat szukałem trzciny o odpowiednich właściwościach, testowaliśmy wraz z synem i zięciem spore ich ilości, jednak do wyrobu stroików nadawała się trzcina rosnąca tylko w jednym miejscu naszego regionu. Jej unikatowe brzmienie można usłyszeć w każdym wykonanym przez nas koźle.

Rozumiem, że trzcina musi być odpowiednio gruba, twarda?

Przede wszystkim musi być zebrana o odpowiedniej porze roku. Tak samo jak tak zwana hyćka – czyli wspomniane drewno czarnego bzu – musi być ścięta po okresie wegetacyjnym. Do tego ma być odpowiedniej długości i grubości. Na początku tworzenia stroików poprawnie grał jeden nasz stroik ze stu. Teraz jest już zdecydowanie lepiej, lecz potrzeba naprawdę sporo cierpliwości, żeby te stroiki wykonać.

Jak wygląda kwestia kupna głównej skóry do budowy kozła białego?

Na długo zanim zaczęliśmy budować kozły, pozyskiwałem skóry od hodowców, by mieć w zapasie na kozła dla syna. Później sam miałem co roku ze dwie, czasem trzy kozy, więc na budowę kolejnych kozłów z pewnością wystarczy.

Czy wszystkie worki rezerwuarowe wykonuje się z młodych, około rocznych koźląt?

Jeśli chodzi o koziołki, to najbardziej nadają się jedno- lub dwuroczne. Kózki mogą być starsze, bo skórze kozy nie towarzyszy specyficzny zapach capów. Dodatkowo młode koźlęta mają gęstszą skórę, co sprzyja jej szczelności.

Czy sierść kózek i kozłów różni się w dotyku?

Kózki mają zdecydowanie ładniejszą sierść, bardziej miękką, bielszą, nieco jaśniejszą od koziołków. Jednak po wygarbowaniu i te nabierają uroku i zbliżonej bieli, trudnej czasem do odróżnienia.

A ile czasu zajmuje Panu złożenie instrumentu, kiedy ma Pan już zgromadzone wszystkie materiały?

Jeśli mówimy o gotowych materiałach, jak wyselekcjonowane drewno, blachy, skóry na worek oraz na dymkę, okucia i tak dalej, to trzeba sobie zdawać sprawę, że jest to rękodzielnicza i wielozadaniowa praca, podczas której wykonujemy między innymi procesy cięcia, toczenia, wiercenia, szlifowania, gięcia, wytłaczania, klejenia oraz wiele innych, tworząc tym samym każdy element z osobna. Prace nad jednym kozłem mogą trwać nawet pół roku. A samo złożenie instrumentu, czyli spasowanie wszystkich elementów tworzących nierozerwalną całość, to kwestia do dwóch tygodni. Nie wspominam w ogóle o strojeniu, które może trwać od kilku do kilkunastu tygodni!

Dawniej budowniczowie montowali na czarach głosowych albo ozdobną blaszkę, albo wypalali na przykład rok jego budowy. Z kolei Pana kozły bardzo łatwo rozpoznać, ponieważ na czarze głosowej widnieje łabędź z herbu Zbąszynia.

Zamontowanie dodatkowej blaszki czy wybicie roku budowy instrumentu na czarach głosowych kozła nie stanowi problemu. Wyzwaniem było wytłoczenie na nich symbolu zbąszyńskiego łabędzia. Myślę, że jest to unikatowe. Zresztą odkąd sięgam pamięcią, każdy budowniczy chciał wyróżnić się od pozostałych właśnie poprzez zdobienia charakterystyczne tylko dla jego stylu. Czasem było to zdobienie główki, dymki, czar głosowych czy też rzadki kolor lakieru.

Z tego co wiem, bierzecie Panowie udział w konkursach na budowę ludowych instrumentów, a także w targowiskach.

W 2016 roku zaprezentowaliśmy się na V Ogólnopolskim Konkursie na Budowę Ludowych Instrumentów Muzycznych, organizowanym przez Muzeum Ludowych Instrumentów Muzycznych w Szydłowcu. Za wykonanego kozła weselnego otrzymałem wówczas wyróżnienie, a zięć Dominik Brudło również wyróżnienie za kozła ślubnego. Przez kolejny rok oba instrumenty były prezentowane na wystawie w muzeum. Co roku bierzemy udział w Ogólnopolskich Konfrontacjach Kapel Dudziarskich w Poznaniu, a wykonane przez nas instrumenty – w konkursie na budowę instrumentów. Byliśmy również na Targowisku Instrumentów podczas festiwalu Wszystkie Mazurki Świata w Warszawie.

Czyli można śmiało stwierdzić, że nie narzeka Pan na brak pracy jako budowniczy instrumentów?

Kozłów nie sprzedaje się wiele, bo zwykle jest to jeden kozioł na rok. Jeśli koźlarz dba właściwie o instrument, będzie miał z niego pożytek przez całe swoje życie. Oczywiście po kilkunastu latach skóra może być już do wymiany, lecz kozioł grać będzie dalej. Pracy nad kolejnymi instrumentami jest zawsze sporo. Mogę narzekać jedynie na małe zainteresowanie dzieci, młodzieży oraz osób starszych. Niewiele jest takich, które chciałyby grać, uczyć się, kontynuować tradycje gry i przekazywać je dalej. Mam jednak nadzieję na odwrócenie tych proporcji i wierzę, że budowa naszych kozłów pozwoli kontynuować bogate tradycje i cieszyć serce i uszy niejednego słuchacza w regionie i wszędzie tam, gdzie nasze instrumenty zagrają.

tekst: Karolina Anna Pawłowska

zdjęcia: Piotr Baczewski

Share This
X