Skrzypek musi być przystojny, a dudziarz silny. Kapela Piotra i Pawła.

Poznań (Wielkopolska)

Zofia Kędziora | 2020

Paweł Zawadzki jest doktorantem na Politechnice Poznańskiej i gra na skrzypcach przewiązanych. Piotr Górecki pracuje jako księgowy i gra na dudach wielkopolskich. Obaj kochają muzykę ludową, a swoją pasję próbują skutecznie przekazać młodym pokoleniom.

Zofia Kędziora: Jesteście muzykami dudziarskimi. Gracie już od piętnastu lat. Co Was w tej muzyce pociąga najbardziej?

Piotr Górecki: Mnie chyba całokształt – jak to wszystko w ogóle wygląda. Dzięki temu zrodziło się moje zafascynowanie tradycją. To też bardzo dobra odskocznia od życia. Jestem na co dzień księgowym i kiedy w pracy mówię komuś, że po godzinach działam w zespole folklorystycznym, tańczę i gram na dudach, to wszyscy się łapią za głowę, w takim pozytywnym sensie, że to super rzecz. Gdy cały tydzień chodzę do pracy, a na weekend gdzieś jedziemy grać, to człowiek czeka na ten piątek, żeby to w końcu zrobić.

Paweł Zawadzki: To, co nas trzyma, to z jednej strony wspomnienia tego, co już przeżyliśmy, tych wszystkich wyjazdów po całym świecie (Rosja, Korea, Białoruś, Szkocja – przyp. red.), a z drugiej świadomość, że będzie to trwało cały czas. To fascynujące. Mimo że z Piotrem mamy nieco odmienne charaktery, to razem gramy, tańczymy i śpiewamy już tyle lat. To jest fajne, wiele nas łączy.

Piotr Górecki: Moja znajoma, która gra na skrzypcach, powiedziała mi kiedyś podczas festiwalu w Warszawie, że kiedy ekipa dudziarska gra, dajmy na to, na lokalnych dożynkach, to ludzie narzekają, że „ci znowu rzępolą”. A jednak gdy w Warszawie lub innym mieście jest noc tańca, to przychodzą na nią ludzie, którzy chcą, żeby ci dudziarze tam byli, tak naprawdę to dla tych dudziarzy przychodzą. Ci ludzie cieszą się z naszej obecności. Daje to niesamowitą energię do działania i grania.

A jak zaczęła się Wasza przygoda z muzyką dudziarską? Początkowo graliście osobno.

Piotr Górecki: Ja zacząłem swoją przygodę właściwie pierwszy. W Stęszewie, niedaleko Poznania, chodziłem początkowo na śpiew do domu kultury i pani Basia Bawer, dyrektor, nasza patronka od najmłodszych lat, mnie „wyłowiła”. Wtedy śpiewałem jeszcze w zespole młodzieżowym, który kończył swoją działalność, i pani Basia zaproponowała, czy nie chciałbym spróbować sił w ludowej kapeli, żeby chociaż przyjść na dwie, trzy próby, zobaczyć. Powiem szczerze, że na początku niechętnie zostawałem na tych próbach, trochę uciekałem. Ale z czasem się do tego przekonałem, spodobało mi się to.

Wiele osób mnie pyta, dlaczego zostałem dudziarzem, myśląc, że to z powodu tradycji muzycznych w mojej rodzinie. U mnie tradycji stricte dudziarskiej nie było, ale wiem, że mój dziadek grał na skrzypcach na różnych zabawach. Więc klimat muzyki ludowej był gdzieś tam obecny. Jednak sam zapał do tej muzyki został mi przekazany przez upór pani Basi, a potem naszych nauczycieli – mistrzów.

Paweł Zawadzki: Z Piotrem poznaliśmy się w 2005 roku, gdy przyszedłem grać na skrzypcach do kapeli dudziarskiej w Stęszewie. Od tamtego czasu się kumplujemy. Piotr jest ode mnie trzy lata starszy, wtedy to była przepaść pomiędzy nami. Ale zakumplowaliśmy się od razu i tak jest już piętnaście lat (śmiech). Najpierw graliśmy jako Młodzieżowa Kapela Dudziarska „Koźlary” ze Stęszewa. Potem, gdy byliśmy trochę starsi, zaczęliśmy grać we dwójkę. A potem… graliśmy wszędzie (śmiech). Tak jest w tej muzyce, że czasami proszą nas, żebyśmy wsparli inne kapele, takie jak CK Zamek, Kapela z Gołębina Starego czy z Połajewa. Teraz działamy głównie w Wielkopolanach, mamy również Kuźnię Tradycji.

Właśnie, prowadzicie niesamowity projekt Kuźnia Tradycji. Jak udaje Wam się przekazywać młodzieży pasję do muzyki ludowej?

Paweł Zawadzki: Stworzyliśmy Kuźnię Tradycji przy Zespole Folklorystycznym „Wielkopolanie” w Poznaniu, ponieważ zrodził się pomysł, by przekazywać tę pasję dzieciakom. Z ZF „Wielkopolanie” od lat współpracuje Dziecięcy Zespół Folklorystyczny „Cepelia”, do którego uczęszczają dzieci i młodzież. Zwykle jest tak, że młodzież z Cepelii przechodzi do Wielkopolan, aby kontynuować swoje pasje. W Cepelii jest naprawdę dużo utalentowanych dzieci, które grają na różnych instrumentach. Mistrz dudziarski Romuald Jędraszak poduczał w Cepelii dzieci gry na sierszeńkach do jakiegoś występu, jednak potem pomysł kontynuowania tego przedsięwzięcia gdzieś zaginął. Niedawno jednak narodził się na nowo w ramach współpracy z kierownikiem Wielkopolan, panem Piotrem Kulką. No i się zaczęło!

Rozpoczęliśmy od dwóch dziewczyn grających na mazankach i dwóch chłopaków na sierszeńkach. Potem pojawiła się silna ekipa z Potarzycy, działająca w strukturach ZF „Snutki”, a także kilka osób z Poznania. Niestety, pandemia pokrzyżowała nam plany. Kontakt z młodzieżą mamy wyłącznie online. Bycie na próbie na żywo to co innego. Czasami pewne nawet samo fizyczne udanie się na próbę jest bardzo motywujące. A spotkania online są niestety gorsze. Odnoszę wrażenie, że czasami gorzej się dogadać, by spotkać się online niż na żywo.

Piotr Górecki: To bardzo trudne uczyć gry online, do tego trzeba się po prostu spotkać fizycznie. Pan Roman uczy co prawda w ten sposób grupę ze Stęszewa, ale to ludzie, którzy już grają paręnaście lat. Inaczej jest, gdy trzeba kogoś uczyć od początku przez internet, prezentować melodie. Też inną sprawą jest pokazywanie, jak grać, a inną spotkanie się z grupą ludzi i wspólne muzykowanie. Bo uczenie się samemu grania w domu na dudach jest trochę trudne, jeśli nie ma się tej grupy, wśród której potem można zagrać i się usłyszeć. Ale i tak jestem pełen podziwu, jak szybko ci młodzi opanowują grę. Trzeba przyznać, że są utalentowani.

Paweł Zawadzki: Na samym początku młodzi zaczynają na mazankach i sierszeńkach, potem przechodzą na dudy i skrzypce.

Udało Wam się z tymi dzieciakami coś osiągnąć?

Piotr Górecki: W tym roku wzięli udział w Festiwalu Kultury Ludowej „Ignysiowy Laur” i czwórka osób od nas miała pierwsze miejsca w swoich kategoriach.

Paweł Zawadzki: Wcześniej jeszcze były Brzeziny, nasze dzieciaki też zdobyły tam pierwsze miejsce i wyróżnienie.

Piotr Górecki: Oczywiście co roku jest Turniej Dudziarzy Wielkopolskich, choć w tym roku z wiadomych przyczyn się nie odbył. Ale w zeszłym roku nasze dzieciaki po raz pierwszy wystąpiły. To był dla nas duży test naszej pracy. I wypadło ładnie, dzieciaki były w pierwszej trójce i dostały wyróżnienia.

Mówicie o mazankach i sierszeńakch, kozłach… To nie są przecież zwykłe instrumenty.

Paweł Zawadzki: Moje skrzypce są przewiązane bądź podwiązane – tak się o nich mówi. Wyglądają jak zwykłe skrzypce, za bardzo nie różnią się od klasycznych. Po prostu trzyma się je nieco inaczej. Natomiast jeśli chodzi o budowę i dźwięk, występują zmiany. W piątej pozycji skrzypiec podwiązanych pojawia się próg podwyższający tonację. Tym progiem jest zazwyczaj zapałka albo kawałek drewienka które umieszcza się już na stałe. Można to porównać do kapodastra w gitarze – to po prostu podwyższenie tonacji pustej struny. Wynika to z bardzo praktycznego podejścia, ponieważ dudy w naszym regionie grają w tonacji B. Właściwie teraz wszystkie grają w B, jednak nie zawsze tak było. Kiedyś na południu grano w wysokiej tonacji, im bliżej północy, tym ta tonacja spadała. Skrzypek trzyma rękę cały czas w tej samej pozycji. Gra się zazwyczaj proste melodie, oparte przeważnie na pierwszej i drugiej strunie. Gra na strunach D i G zależy od inwencji skrzypka i jego maniery muzycznej. Jeśli ktoś chce grać do dud, to kupuje zwykłe skrzypce, jedynie je przewiązuje na piątej pozycji. Nie warto mieć jednych skrzypiec do gry dudziarskiej i klasycznej, ponieważ częste zmiany tych tonacji niszczą struny.

Piotr Górecki: To, na czym ja gram, to dudy wielkopolskie. O Wielkopolsce mówi się w ogóle, że dudami stoi, ponieważ w Polsce jest osiem odmian dud, z czego pięć właśnie z Wielkopolski. Wśród nich są dudy wielkopolskie, fachowo: typ bukowsko-kościański. Jest jeszcze typ rawicko-gostyński, kozioł biały, kozioł czarny i sierszeńki. Z racji położenia geograficznego gram na tych bukowsko-kościańskich.

Tak jak Paweł powiedział, na początku to była kwestia nauki koordynacji. Młodzi chłopcy grają na sierszeńkach, ponieważ są prostsze, nie mają burdonu i są lżejsze. Ja grałem od razu na dudach, ale miałem zawiązany burdon – czyli trzeba było mniej powietrza, żeby utrzymać tę koordynację. Chodziło o to, by móc zacząć już grać, nie męczyć się tak bardzo z koordynacją, nabierać powietrza za pomocą ust albo dymki. Żeby nabierać za pomocą ust, trzeba mieć odpowiedni predyspozycje przepony. Żeby nabierać powietrza dymką, trzeba z kolei potrafić się skoordynować. W naszej Kuźni Tradycji zaczynamy naukę właśnie od tych sierszenek, czyli tak, jak powinno się to robić. A propos tego, że to ciężki instrument, przypomniała mi się anegdota z Kazimierza Dolnego. Kiedy tam graliśmy, Paweł udzielał wywiadu i powiedział wtedy, że skrzypek musi być przystojny a dudziarz silny (śmiech). Ale taka jest prawda – do gry przy dudach trzeba mieć krzepę. Przy krótszych setach to można oczywiście spokojnie grać, ale przy różnego rodzaju potańcówkach to jest się co napocić (śmiech).

Paweł Zawadzki: Dudy to skomplikowany instrument, trzeba się natrudzić, żeby taki wykonać, trzeba skompletować odpowiednie surowce, przygotować je i obrobić.

Piotr Górecki: To prawda, ale właśnie przy nauce gry na dudach człowiek uczy się też budowy instrumentu i tego, jak go stroić, bo to też skomplikowane. Stroiki wykonane się z trzciny, czasami z metalu. Dudy stroi się tak, że jest przebierka i burdon, a w środku znajdują się stroiki. U nas akurat jest tak, że się dokłada lub ujmuje wosku. Jeśli się ujmuje, to ton idzie wyżej, a jeśli się dokłada, to niżej. Jest taki mały blacik, na którym się dokłada ten wosk.

Paweł Zawadzki: Jeśli jest wilgotno, to ten blacik bardziej nasiąknie wodą i staje się cięższy. I wtedy ten wcześniej dodany wosk nie spełnia swojej funkcji, bo jest go za dużo, i trzeba go odjąć. Jeśli znowuż jest za sucho, to trzeba dołożyć.

Piotr Górecki: Czasami dudy można stroić godzinami, a kiedy się wejdzie na scenę, gdzie są światła, to te lampy ogrzewają dudy i trzeba je stroić od początku. Człowieka może szlag trafić (śmiech). Słowacy poszli już w tym kierunku, że stroiki mają zrobione z włókna szklanego, i to zdaje egzamin, te dudy są niezniszczalne, jeśli chodzi o strojenie. Ale z drugiej strony wielu muzyków twierdzi, że to już nie jest ten sam dźwięk.

Paweł Zawadzki: W ogóle konstrukcja dud nie została nigdzie szczegółowo opisana, więc to wszystko zależy od budowniczego. Nam robił je pan Andrzej Mendlewski w Wielkiej Wsi koło Stęszewa. Mamy to szczęście, że jest blisko nas. Pan Andrzej zrobił chyba w sumie z pięćset instrumentów! Sam chyba nigdy nie grał, za to jego żona grała na dudach.

Jak uczyliście się gry? To przecież nie jest klasyczna nauka z nut.

Paweł Zawadzki: Oczywiście, że nie. Obycia z instrumentem i gry uczył nas mistrz Romuald Jędraszak. Na początku nauczył nas w ogóle obycia z instrumentami. W przypadku skrzypiec to na przykład takich kwestii, gdzie kłaść palec, żeby wydobyć konkretny dźwięk. W przypadku dud – jak koordynować wydobycie dźwięku, pompowania, kontrolowania ciśnienia w miechu, by burdon i przebierka dawały równy dźwięk. To był początek naszej nauki. Pan Romuald grał zawsze taki utwór „Lelija”. Grał go najpierw na dudach, potem trzeba było to powtórzyć, a potem na skrzypcach i również trzeba było powtórzyć. Nie liczyło się tylko, jak zapamiętasz palce, ale trzeba było umieć również to słyszeć. To bardzo ważne w muzyce ludowej. Tego nie da się przeskoczyć – jeśli ktoś nie ma słuchu, to dalej nie będzie potrafił grać, choć będzie umiał zrobić to typowo technicznie.

Trzeba nadmienić, że w Wielkopolsce prócz skrzypiec przewiązanych są również mazanki, które niejako poprzedzały erę skrzypiec, gdy te nie były jeszcze takie powszechne. Też występowały przewiązane do dud, a występowały głównie w Regionie Kozła, w parze z kozłem czarnym. To instrument wykonany z jednego kawałka drewna, wyżłobiony i zawierający jedynie trzy struny. Technika gry jest prostsza. Nie trzyma się tego na brodzie, tylko na piersi, smyczek jest krótszy. Może dźwięk nie jest taki ładny jak ze skrzypiec, ale niezwykle charakterystyczny.

Piotr Górecki: Z naszym mistrzem, panem Romanem, spotkaliśmy się pierwszy raz na próbie w Domu Kultury w Stęszewie. To była typowa relacja mistrz – uczeń. Miałem około jedenastu lat. Wtedy był to dla mnie „pan nauczyciel”, który mnie uczył. Spędzaliśmy ze sobą bardzo dużo czasu na próbach, potem na wyjazdach, a potem na wspólnym graniu. Na wyjazdach mocno się integrowaliśmy, a samo granie po prostu sprawiało nam przyjemność. Potem wkręcił nas do Wielkopolan. Myślę, że wiedział, że można na nas polegać, a sam chciał się częściowo odciążyć.

Paweł Zawadzki: Dało nam to trochę nowej energii i nowych możliwości. Pan Roman prowadził wiele kapel i swoją osobą spajał wiele środowisk.

Piotr Górecki: Przez to zawarliśmy wiele nowych przyjaźni, której trwają po dziś dzień. Z początku to było na zasadzie wspólnej gry gdzieś na konkursach czy wyjazdach, a potem przyszły wspólne wypady, grille, imprezy. Pan Roman połączył ze sobą wiele osób.

I to właśnie przez Wielkopolan otworzył drzwi do wielu perspektyw!

Piotr Górecki: Na początku w Wielkopolanach tylko graliśmy, ale potem tancerze, właściwie nasi rówieśnicy, zachęcali nas do tańczenia. Szczególnie Pawła, bo wiadomo, był młody i przystojny, to go dziewczyny tam męczyły (śmiech). Ja potem też zacząłem tańczyć.

Paweł Zawadzki: Tańczę już od pięciu lat. To jest fajne, bo z jednej strony gramy, a z drugiej się trochę ruszamy, bo taki taniec to jednak duży wysiłek!

Piotr Górecki: Bardzo się cieszymy, że jesteśmy częścią tej kultury ludowej i możemy to przekazywać dalej. Pan Romuald uczył się od osoby, która urodziła się w XIX wieku, więc jeśli my uczyliśmy się od pana Romualda, to jest pewna ciągłość pokoleń. Jesteśmy z tego dumni.

Paweł Zawadzki: Ten przekaz jest autentyczny. Nie jesteśmy rodziną z panem Romanem, ale czujemy się częścią tego przekazu. Niedawno zajęliśmy pierwsze miejsce w konkursie „5 minut dla oberka”, w którym występowały kapele autentyczne z okolic Mazowsza i Łódzkiego. I nas uznano tą kapelą prawdziwą, autentyczną. Może dlatego, że my tą muzyką się tak naprawdę bawimy, dla nas to frajda.

Piotr Górecki: Ale też duża odpowiedzialność! Bo jeśli my teraz powiemy: „Koniec, nie chce nam się już grać”, to przerwiemy pas transmisji tej tradycji, jej kontynuację. Oczywiście uczymy młodych, ale nie ma za dużo tych osób, które chcą uczyć dalej. Dlatego my tym bardziej chcemy to robić.

Tekst: Zofia Kędziora

Zdjęcia i filmy: Piotr Baczewski

X