rodzina Majerczyków

 

Chabówka

 

Monika Gigier | 2019

– Tato, tato! Mogę zalać coś cyną? – pyta dziesięcioletni Franek, najmłodszy syn Piotra Majerczyka, wbiegając do warsztatu.

– Jasne, tylko uważaj! – odpowiada dobrotliwie ojciec, a ja czuję się urzeczona i zazdrosna zarazem, bo widzę, w jak naturalny sposób Majerczykowy syn uczy się rzemiosła od najmłodszych lat, i wiem, że mnie nie będzie już dane takie szczęście. Franek wie, jak stopić cynę, wie też, jak należy ją wylać i oszlifować. Szuka teraz odpowiedniego drewna, w którym wyryje dłutem wzór do zalania – to będzie prezent urodzinowy dla kolegi.

– Tatusiu, to jest dobre drzewo na rzeźbę?

– Nie, bo to jest smerek, weź sobie lipę.

Franek znajduje lipowy klocek, uważnie rysuje na nim wzór ołówkiem i już widzę go z dłutkiem w ręku. Piotr pracuje w tym czasie przy treściach – stroikach do kozy, ale syna ma wciąż na oku.

– Weź głębiej! Daj dłutko, wytłumaczę ci. Patrz, w tę stronę jedziesz, żebyś tu zebrał… – Siada przy Franku, pokazując mu, pod jakim kątem trzymać dłutko i z jakim naciskiem ryć drewniany klocek.

– Wyszedłeś mi poza kreskę – zauważa bystro młody Majerczyk. – A mówiłeś, że kreska to jest Pismo Święte.

– No, rzeczywiście, stary się sztachnął.

Dostawszy stypendium Instytutu Muzyki i Tańca na budowę dud podhalańskich, przyjeżdżałam do Chabówki co kilka tygodni, tworząc swoją kozę pod mistrzowskim okiem Piotra Majerczyka. Ale wyjazdy pod Rabkę były nie tylko okazją do zbudowania własnego instrumentu. Narzucona przez IMiT relacja mistrz – uczeń okazała się wielowątkowa. Byłam jej uczestniczką, ale i obserwatorką. Odwiedzając rodzinę Majerczyków, uczestniczyłam bowiem w najpiękniejszej formie przekazu kulturowego – codziennym życiu jej członków. Ten artykuł miał opowiadać przede wszystkim o Piotrze Majerczyku, szybko jednak zorientowałam się, że trudno mówić o nim samym bez tych okalających wątków – rodziny, pasji. Dlatego przedstawiony przeze mnie portret Piotra to tak naprawdę szkic portretu rodzinnego i moich przeżyć związanych z budową dud podhalańskich. Będzie bardzo osobisty, bo i moja relacja z ludźmi w nim opisanymi stała się bliska i szczególna. Jestem im bardzo wdzięczna, że z taką serdecznością zaprosili mnie do swojego świata i zadbali o to, bym czuła się w nim komfortowo.

Dorota

Dorota poznała Piotra, gdy byli jeszcze nastolatkami. Zauroczył ją od razu charyzmą i brawurową grą. Bo Pieter był piekielnie utalentowany. Melodie łapał w mig, umiał je bezbłędnie powtórzyć, ba, jeśli trzeba było, zagrać je stylem konkretnego muzykanta. Złożyło się tak, że Dorota trafiła pod opiekę Tomasza Skupnia, doskonałego muzykanta, który często zabierał na granie ją i jej koleżankę. Dziewczęta śpiewały i grały na fujarkach, Tomasz grał na skrzypcach i dudach. Pewna umiejętności swojego ukochanego Dorota postanowiła zdobyć jego serce w sposób, którego nie sposób nie docenić – wciągając go na scenę. I tak Pieter zaczął grywać z Tomaszem Skupniem, od którego później kupił swoje pierwsze dudy…

Dorota ma duszę społecznika. Pracując w Domu Kultury w Poroninie, była pomysłodawczynią aktywności promujących wyroby regionalne. Działa jako radna Rabki. Kiedy się poznałyśmy, właśnie kończyła swoją pracę doktorską – monografię Zagórzan. „Ja jestem z Rabki, Piotrek jest z Poronina. Mieszkaliśmy w Poroninie, ale przeprowadziliśmy się tutaj, bo tu jest neutralny teren. Bardzo dobry (do życia – przyp. red.) i dla mnie jako badacza”. Teraz jest już panią doktor i wreszcie może odsapnąć. Na framudze, nad wejściem do jej gabinetu, Pieter wyrył: „Pani dr Dorota Majerczyk”. Dorota jest szczerze zafascynowana kulturą własnego regionu. Przekazuje wiedzę o niej pracą u podstaw – w założonym własnym sumptem zespole dziecięcym Majeranki uczy dzieci śpiewu i tańca. Pomaga jej w tym córka – Kasia. Pieter uczy tam gry na instrumentach, a reszta Majerczykowych dzieci gra w zespole.

Po ciepłym przywitaniu pierwsze, co słyszę, kiedy wchodzę do Majerczyków, to pytanie, czy nie jestem aby głodna czy spragniona. Po czym, zanim zdążę się zorientować, stoi już przede mną kawa. Tak przyjmuje gości Dorota i tak samo zachowują się jej dzieci, otwarte, pełne życzliwości dla osób przekraczających próg ich domu. Przychodzi im to zupełnie naturalnie i nie ma mowy, żeby czuć się tu obco.

Kasia

Odwiedzamy Kasię, bo śpiewała w „Zimnej wojnie” Pawlikowskiego, a my chcemy nagrać wszystkich występujących tam śpiewaków i muzykantów. Jest chłodny, słoneczny dzień, Kasia prowadzi nas do Majercykówki – izby regionalnej, która służy jako sala prób dla Majeranków. Znajdujemy miły plan na nagranie, gdzie ostro świecące, jesienne słońce pada na twarz Kasi szerokim snopem. „Co wam tu zaśpiewać?” – zastanawia się. Odpowiadamy, że coś ładnego i chwytającego za serce. P. ustawia aparat, ja i D. zasiadamy na ławie, na oko z półtora metra od Kasi. I Kasia zaczyna: „Hej, kiedym ja se pasła…”, a ja i D. czujemy, jak ciarki przechodzą nam po całym ciele. Głos Kasi jest wysoki, jasny, przeszywa słuchacza na wskroś. Pieśń jest króciutka. Kiedy się kończy, nie wiem, co powiedzieć. Nie jestem też obeznana z góralskimi nutami, więc usłyszana melodia zdaje się być dla mnie nie do powtórzenia – trudna i prosta zarazem. Choć spokojnie ciągniona, bez wysublimowanych melizmatów, pełna jest interwałów, do których moje mazowieckie ucho jest zupełnie nieprzywykłe. Szurmiak-Bogucka zaliczyłaby tę pieśń do tzw. wierchowych – śpiewanych wysoko, głównie na otwartej przestrzeni, ciągniście. Zbieram szczękę z podłogi, bo nigdy czegoś takiego nie słyszałam ani nie czułam. Kasia odchrząkuje i mówi: „Wiecie co, nagrajmy raz jeszcze, bo coś w ostatniej zwrotce mi nie pasowało. I mrużyłam oczy od słońca”. Nagrywaliśmy trzy razy. Ku mojej ogromnej radości.

Pieter mówi, że ma w córce bratnią duszę. I choć na co dzień jest spokojna, kiedy chwyci za basy, wychodzi z niej diabeł. Bo Kasia gra z pasją i ma wyśmienite wyczucie w przekazywaniu emocji – wie, kiedy docisnąć, kiedy zagrać delikatniej. Z kolei z mamą Kasia prowadzi Majeranki. Uczy dzieci tańca i śpiewu. Dudy też nie są jej obce. Będzie o nich pisała pracę dyplomową, bo kończy właśnie etnologię. Po tym pamiętnym nagraniu „Oj, kiedym ja se pasła” ciarki wywołane białym śpiewem przeszły mnie jeszcze tylko raz – gdy rodzina Majerczyków zasiadła w kuchni na spontanicznej pograjce i Kasia śpiewała z Dorotą. Po moim ciele znów od stóp po czubek głowy przelatywał dreszcz, spotęgowany jeszcze energią, jaka płynęła od całej rodziny.

Maryna

Marynę kiedyś określiłoby się słowem „chłopczyca”. Pamiętam, że gdy przyjechaliśmy do Majerczyków po raz pierwszy, ich młodsza córka rzuciła tylko krótkie „cześć”, nałożyła kaptur na głowę, wzuła gumiaki i pobiegła do stajni czyścić konie. Po czym wsiadła na jednego z nich i pojechała. Tyle ją było widać.

Jako jedyna w rodzinie jest wegetarianką. Kiedy wracamy z nagrań terenowych, ugaszcza nas pieczonymi burakami i batatami z sosem czosnkowym. Są pyszne i wyglądają obłędnie – zachwycamy się prążkowanymi wzorami na buraczanych słupkach. Przez studia i praktyki Maryna jest w rozjazdach między Katowicami, Krakowem a Chabówką. Kiedy przebywa w domu rodzinnym, troszczy się o zdrową dietę ojca, żeby nie za tłusto i żeby warzyw więcej.

Poza talentem muzycznym – gra na skrzypcach i dudach – Maryna ma też zacięcie do sztuk plastycznych. Skończyła lutnictwo w słynnym Kenarze [1], za malarstwo zaś dostała stypendium od ministra kultury i wywindowała szkołę w rankingu. Robi też świetne grafiki. Dorota chwali córkę, pokazując P. i mnie rysunki dud polskich, które Maryna zrobiła do jakiejś książki. Dudy są tam zanimizowane i bardzo pocieszne – na poły smoki, na poły kozy. Widząc szczery uśmiech na naszych twarzach, Dorota wręcza nam torby z wizerunkiem jednego z tych stworów – dud podhalańskich.

Pieter mówi, że Maryna siedziała u niego w Laboratorium, budując skrzypce. „Oczywiście, wszystkie narzędzia mi tam poprzestawiała” – dąsa się żartobliwie, ale widać, że bardzo się cieszy, że córka pracowała w jego warsztacie. Maryna wyznaje, że w domu najlepiej, ale właśnie musi już wyjeżdżać z Chabówki na studia. Podchodzi do siedzącego przy stole Jaśka, przytula go mocno, całując w czoło, mówi: „Kocham cię, braciszku”. I już jej nie ma.

Jasiek

Gdybym była o połowę młodsza, byłabym w nim pewnie na zabój zakochana. W tym wieku mogę tylko z uznaniem stwierdzić, że rzadko kiedy spotyka się tak ujmujących, szarmanckich młodych ludzi. Bo właśnie słowo „szarmancki” pasuje do Jaśka jak ulał. „Chodź do domu na herbatę, co tu tak będziesz sama siedzieć” – rzuca, gdy widzi mnie w warsztacie swojego ojca, zżymającą się na jakiś element kozy, który za nic nie chce wyjść tak, jak powinien. Pomaga odpowiednio nabić blaszki na kozią głowę. A innym razem pociesza, gdy pęknie trzon piszczałki burdonowej, bo za szybko docisnęłam ostrze na tokarce: „Eee, taki problem to nie problem. To się sklei raz-dwa!”.

Bo Jasiek jest już obeznany z budowaniem dud. Pomaga ojcu nie od dziś. „Jaśka gnam do roboty. Najgorzej ugłaskać” – mówi Pieter, kreując swój wizerunek surowego ojca, ale prawda jest taka, że jak na dłoni widać, jak dumny jest z syna. „Nakrzyczałem na niego ostatnio, bo toczył tego bąka ze trzy tyżnie [tygodnie – przyp. red.]. A ja przysiadłem i każdą część w godzinę zrobiłem. I mówię mu: jak będziesz się tak brał do tej roboty, to dostaniesz najgorszą pracę, będziesz czekał pod drzwiami szefa i prosił, żeby ci wypłatę dali. Dotknęło go to. I złapał dystansu do mnie. I dobrze. Potem stanął, zaczął toczyć już sprawnie. I widać, że już dobrze, równo mu idzie”. Niedawno Piotr kupił lepszą tokarkę. „Ja to mógłbym na tamtej pracować, ale Jaśkowi będzie przy tej łatwiej” – wyznaje. Cieszą go postępy syna.

„Czemu nie chciałeś iść do Kenara, Jasiek”? – pytam zdziwiona, że młody Majerczyk wybrał technikum. „Tu ma Kenara takiego, że na co mu Kenar!” – odpowiada znad szlifierki Pieter. „Fajne mam dzieci. Nauczy się, też będzie robił (dudy – przyp. red.)”. I ostatnio Jasiek sprzedał zrobioną przez siebie kozę. Rodziców napawa to radością, bo widzą, że jest zaradny i nierozpieszczony. Gdy odwiedzam Majerczyków w wakacje, Jaśka praktycznie nie ma w domu, bo pracuje w knajpie, żeby mieć swoje pieniądze. Gdy wraca z pracy, idzie do warsztatu pomagać tacie przy dudach. Po czym łapie za gitarę elektryczną i pędzi na próby zespołu, który założył z kolegami.

Franek

Franek, gdy dorośnie, będzie wpływowym człowiekiem. Tak myślę, bo już teraz widać, że jest sprytny i przebojowy. Ma też to szczęście, że rodzice umożliwiają mu realizowanie pasji, których jest sporo: strzelectwo, łucznictwo, jazda na rowerze… Rzemiosło i muzyka w tej rodzinie to sprawa oczywista i Franek nie odstaje. Zagra prawdopodobnie na wszystkim, co mu wpadnie w ręce. Ja widziałam akordeon, fujarki, flety i – rzecz jasna – dudy. Z podziwem patrzę na to, jak nie boi się próbować i nie ustaje w próbach mimo potknięć. Czy to grając na czymś, czy pracując w warsztacie taty. Dzięki temu – oraz dyskretnemu, nieingerującemu nadzorowi rodziców – bardzo szybko wchodzi w posiadanie nowych umiejętności.

I wszędzie go pełno. Spawa z tatą jakieś żelastwo, już jedzie z mamą do miasta, to znów idzie gdzieś z Jaśkiem. Dorota śmieje się, że Franek to mały showman. Może pójdzie w ślady ojca? Nie zdziwię się, jeśli za parę lat będzie o nim głośno.

Majeranki

Przy zespole działa cała rodzina Majerczyków: Piotr uczy gry, najstarsza córka Kasia trenuje dzieci w tańcu i śpiewie, pozostałe dzieciaki grają. Do tej pory odbyły się trzy nabory do zespołu i łącznie liczy on ponad 70 osób. Majeranki to nie byle jaki zespół. Dzięki staraniom Doroty i Piotra dzieciaki objeździły kawał świata, nagrały kilka płyt. Wiele z nich zapałało dzięki Majerczykom miłością do gry.

Adam, jeden ze starszych członków zespołu, mówi: „Pójście do Majeranków to była jedna z najlepszych decyzji, jakie podjąłem w życiu”. Chwali atmosferę w zespole – jest „po prostu ludzka, z każdym idzie pogadać” – i pedagogiczne podejście Pietra. Adam bywa u Majerczyka dość często, bo ten zrobił mu dudy i uczy grać. Chętnie pomaga i tłumaczy, gdy młody adept gry na kozie ma jakiś problem. Podejście Piotra i ambicja jego ucznia przyniosły w tym roku efekty: Adam został laureatem Zbyrcoka za grę na instrumentach pasterskich.

W sierpniu załapujemy się z P. na próbę najmłodszego naboru Majeranków. Dzieciaki mają około 8–12 lat. Śpiewają, grają na skrzypcach, złóbcokach. Idzie im świetnie! Rodzice czekają na swoje pociechy w połączonej z dużą salą sieni. Dzieci siedzą w Majercykówce na ławach ustawionych wokół stojącego centralnie sosnowego stołu. Za stołem stoi Dorota, ćwicząc z nimi śpiew i koordynując przebieg próby, na stole zasiadł Pieter – gra wiodącą melodię na skrzypcach. Moją uwagę przykuwa chłopiec grający na basach. Jest bardzo skupiony na swojej roli, ważnej, bo nadaje rytm całemu zespołowi. Gra uważnie, jednak co chwila zerka na Piotra.

– Koniec próby! – ogłasza Pieter. – Czy są jakieś pytania?

– Ja mam pytanie! – pada od chłopca z basami. – Dlaczego pan się przez cały czas tak na mnie patrzy?

Majerczyk uśmiecha się:

– Bo zarąbiście gros!

Dudy

Mama Piotra Majerczyka pracowała w Poroninie jako nauczycielka. Wiele miesięcy odkładała pieniądze na wymarzoną pralkę. I właśnie gdy mogła już ziścić marzenie, do domu wparował młodziutki wtenczas Pieter, mówiąc, że musi zaraz kupić dudy od Tomasza Skupnia. Bo Tomasz właśnie mu kozę zrobił i on obiecał za nią tyle a tyle zapłacić. A obietnica u górali – rzecz święta. Trzeba było zrezygnować z pralki.

Być może Majerczyk nigdy nie zacząłby budować dud, gdyby tych Skupniowych nie stracił. Tak się jednak stało, że koza od Tomasza przepadła, Piotr nie miał u kogo zamówić kolejnej, więc zaczął pracować nad zbudowaniem własnego egzemplarza. Od dawna pracował w drewnie i zbudowanie szkieletu kozy poszło mu jak z płatka. Długo szukał za to sposobu na niepewnie grające trzcinowe stroiki. Jak mówi: „Treści to jest całe serce. Bo zbudować, żeby to wyglądało, to każdy potrafi. Nawet hydraulik. Ale treści, które pozwolą łatwo wydobyć dobry dźwięk – to jest problem”.

W Polsce mało który twórca ludowych dud pokusiłby się o wmontowanie do instrumentu plastikowych stroików. Zazwyczaj są one trzcinowe, trzcinowo-metalowe. Ale Pieter nie chce budować kozy, którą trzeba będzie co chwilę na nowo stroić. Trzcinowe treści są nieodporne na kaprysy pogody, wielu dudziarzy żali się, że wystarczy kilkustopniowy spadek temperatury czy zmiana wilgoci, a kapryśna koza już odmawia posłuszeństwa.

„Nie potrzebowałem, żeby ktoś mi pokazywał, jak to się robi od zera. Mam na tyle wyobraźni. Potrzebowałem, żeby ktoś mi pokazał parę patentów” – zwierza się Piotr. Okazało się, że patenty są blisko, tuż za granicą: na Słowacji, gdzie pod wodzą Lubomira Tatarki działa prężnie Cech Słowackich Dudziarzy [2]. Chodziły jednak plotki, że Lubomir wcale nie jest skory do zdradzania sekretów budowy dud. Ale Pieter był zmotywowany. Spakował do samochodu skrzynkę wódki, najlepsze wiktuały i wyruszył do Tatarki. Okazuje się, że Słowacy hołdują tradycji, nie zamykając się na nowe technologie. Niektórzy członkowie cechu drukują swoje instrumenty na drukarce 3D, a stroiki z włókna węglowego, pozwalające na szybsze i trwalsze strojenie dud, są w powszechnym użyciu. Piotr wymienił z Lubomirem pomysły i z nowymi sposobami na usprawnienie budowy kozy wrócił do Polski. Z tej podróży zrodziła się słowacko-polska przyjaźń, podparta wzajemnym szacunkiem obu muzyków.

Poznawszy walory plastikowych treści, Pieter postanowił budować dudy właśnie z takimi stroikami. Widzi w tym potencjał na popularyzację kozy wśród młodych. Dorota żali się, że pół Podhala zżyma się na Piotra, bo chce dudy rozpowszechniać i nie zależy mu na tym, by pozostały instrumentem elitarnym, jak to było do tej pory. Przed rozpoczęciem warsztatów u Piotra usłyszałam: „Nie chcę, żeby było tak, że będziesz robiła ten instrument tradycyjnymi metodami, miesiąc albo i dłużej, namęczysz się, przyjedziesz do domu, a to nie będzie chciało grać i kopniesz to w kąt. Temu te instrumenty zamierają. A ja chcę to wskrzesić, żeby dzieciaki grały. Chciałbym, żeby to szło do społeczeństwa”. Powoli udaje się wprowadzić tę ideę w życie. Piotr rozdał już kilka instrumentów młodym adeptom sztuki dudziarskiej. „Ja nikogo nie odganiam, jeśli chcą się uczyć, przychodzą” – mówi i widzę, że ma wiele radości z tego, że kolejna osoba zaczyna grać.

Laboratorium

Trzeba przejść obok Majercykówki, otworzyć prowadzącą na gumno zieloną furtkę. Laboratorium znajduje się w jednym rzędzie ze stajnią. Wiodą do niego masywne, drewniane drzwi nabijane nitami. W pomieszczeniu panuje półmrok, rozbijany gdzieniegdzie mocnym punktowym światłem lampek oświetlających poszczególne stanowiska pracy – tokarkę, biurko, potężny stół stolarski. Wchodząc do Laboratorium, czuje się zapach świeżo ciętego drewna przemieszany z wonią kadzidła, do tego dochodzi ostrawa nuta – to wyprawione kozie skóry. Te świeże suszą się pod okapem, na tyłach pracowni, suche wiszą zaś w jednym z kątów. Zabrałam część tego zapachu do Warszawy – przywożąc do mieszkania swoją kozę. Za każdym razem, gdy po nią sięgam, dochodzący do nozdrzy zapach przenosi mnie do Majerczykowego warsztatu. Widzę stojący nad tokarką, zielony gąsior do wina, poutykane w każdym zakamarku rodzinne zdjęcia, pokrytą warstwą oleju i drzewnego pyłu wyrzynarkę… i ogarnia mnie błogi spokój. Taki spokój panuje w Laboratorium. Tło muzyczne do życia warsztatu stanowi sącząca się muzyka klasyczna Programu Drugiego Polskiego Radia, przetykana muzyką dudziarską, którą dopełnia głośny warkot pracujących tam maszyn.

Kiedy zaczynałam pracę, Piotr rzucał pocieszająco: „To może być trudne, ale spokojnie. To ludzie robią, nie małpy”. Stawałam za tokarką i obrabiałam kolejny element przebierki, a Piotr zasiadał za skonstruowanym z płyty OSB biurkiem, nakładał okulary w grubych, drewnianych oprawach i zaczynał pracę nad treściami. Niekiedy żachał się pod nosem, psiocząc na ginące co chwila narzędzia. Choć często czasochłonna, praca w warsztacie jest jednak bardzo kojąca. Robiąc kozę, odpoczywałam jak nigdy dotąd. Stojąc przy tokarce i obserwując, jak drewniany klocek nabiera obłego kształtu, można wejść w stan bliski medytacji. Każda czynność przy budowaniu dud wymaga skupienia się tylko na niej – żeby uzyskać pożądany kształt i żeby nie uciąć sobie palca. W dodatku to praca bardzo zmysłowa. Czujesz zapach ciętego drewna. Dotykasz chropowatego, drewnianego klocka, który zaraz będziesz obrabiać szlifierką. Jej piskliwy warkot przeszywa uszy, więc zabezpieczasz je stoperami. I już po kilku minutach pracy w twoich dłoniach znajduje się zupełnie inna drewniana forma. Jest obła, gładka, miejscami jeszcze ciepła od tarcia szlifierki. Teraz trzeba ją wykończyć papierem ściernym. Coraz bardziej drobnoziarnistym. Potem zabejcować – widzisz, jak wodnista farba wnika szybko w strukturę drewna, rozchodzi się, tworząc gdzieniegdzie wzory przypominające te malowane przez mróz na szybie lub rozlewiska rzek, widziane z bardzo wysoka. Zaraz poczujesz gorzkawy zapach oleju lnianego, którym trzeba zaimpregnować element kozy.

„Z kozami to jest roboty. Ja patrzę na to z pasją. Nie robię tego zarobkowo. Lubię posiedzieć, przyłożyć się do tego, żeby nie wyszło, jak taniocha zrobiona na kolanie” – mówi Piotr. Rozumiem go doskonale.

[1] Zespół Szkół Plastycznych im. Antoniego Kenara w Zakopanem – ogólnokształcąca szkoła sztuk pięknych i liceum plastyczne w Zakopanem, założone w 1876 r. jako szkoła rzemiosła artystycznego. Uczniowie mają do wyboru m.in. snycerstwo, meblarstwo czy lutnictwo.

[2] Cech Slovenských Gajdošov obecnie liczy sobie blisko 200 osób budujących i grających na dudach.

Tekst:  Monika Gigier

Zdjęcia: Piotr Baczewski

Film: Piotr Baczewski

Share This
X