Józef Maślanka. Chcieliśmy echo przenieść na scenę

 

Żabnica (Beskid Żywiecki)

 

Tekst powstał na podstawie fragmentów publikacji Gajdosze (Fundacja Klamra / 2014) autorstwa Katarzyny i Macieja Szymonowiczów oraz wywiadów przeprowadzonych z Józefem Maślanką przez Agatę Mierzejewską i Piotra Baczewskiego w latach 2015–2018.

Józef Maślanka urodził się 7 marca 1937 roku na Hali Boraczej. Jego ojciec, Franciszek, grał dobrze na skrzypcach i był muzykantem weselnym. Pewnego dnia kupił synowi skrzypce połówki, ale dla małego Józka w tym czasie bardziej liczyła się zabawa niż granie. Wspólnie z kolegami wzięli te skrzypce, zrobili z nich łódkę i puszczali ją po wodzie. Jak łatwo się domyślić, instrument uległ zniszczeniu, a Józek dostał karę – zakaz dotykania skrzypiec ojca.

Szkołę podstawową z powodu okupacji niemieckiej skończył dopiero w 1950 roku. Mając kilkanaście lat, zamarzył o graniu, ojciec jednak pamiętliwie podtrzymywał wymierzoną karę. Chłopiec brał więc po kryjomu skrzypce taty i uczył się na nich grać.

Pewnego dnia pojechał z kolegą do Cięciny, tam za uzbierane pieniądze kupił sobie bęben, kolega natomiast heligonkę. W drodze powrotnej chłopcy zatrzymali furmankę jadącą do Żabnicy i całą powrotną drogę grali i śpiewali wesoło na wozie. Tak zaczęła się historia muzykowania Józefa Maślanki.

Z czasem do kapeli chłopców dołączył ojciec Józefa, Franciszek Maślanka. Grali wspólnie na zabawach, weselach i chrzcinach. Wesela odbywały się najczęściej na Hali Boraczej, w wielkiej chałupie u Krawca, lub w Żabnicy. W ten sposób Józef zarobił pieniądze i kupił sobie pierwsze skrzypce. Dzięki muzykowaniu z ojcem odziedziczył dawny góralski styl grania i repertuar muzyczny – ten, który Franciszek znał jeszcze od urodzonego w XIX wieku Wawrzyńca Kupczaka z Hali Boraczej.

W 1959 roku młody skrzypek podjął pracę w PKP w Bielsku-Białej, jako konduktor rewizyjny. W 1962 roku założył w Żabnicy wraz z Anielą Bednarz i Władysławem Koniorem zespół regionalny Góral.

Pierwsze gajdy dostał po sołtysie Żabnicy Ludwiku Dudce. Dawniej należały do kapeli Biegunów z Płonnego. Miały skórę z barana, niezbyt dobrą. Ludwik przekazał je synowi Wojtkowi, ale on na tych gajdach nie grał, więc w końcu trafiły do zespołu Romanka z Sopotni Małej. Niestety, nie grały tak, jak powinny. Józef kupił kozę, ściągnął z niej skórę i pojechał do Istebnej, do gajdosza Jana Kawuloka. Ten wymienił skórę baranią na kozią i nastroił instrument, który teraz grał już ładnie.

Jan Kawulok był pierwszym nauczycielem Józefa.

Kiedy miałem wolne od pracy na kolei, jechałem do Kawuloka. To mnie interesowało. Kawulok wyciągał gajdy, a ja skrzypce (nastrojone pół tonu wyżej) i żeśmy ciupali godzinami, ku zadowoleniu jego córki Zuzki. Kawulok taki uczciwy! Graliśmy turystom, którzy do niego przychodzili; przez pół dnia obsłużyliśmy cztery czy pięć wycieczek. Nie chciałem za to ani grosza, ale on mówił: Nie! Razem my grali! I dzielił się

Dzięki nagranym na magnetofon materiałom Józef Maślanka jak nigdy wcześniej wprawił się w grze na skrzypcach. W roku 1966 został przyjęty do żywieckiego Zespołu Pieśni i Tańca „Pilsko”, jako skrzypek i solista.

Moja muzyka zaczęła się na Hali Rysiance, przeszła przez Pawlusią, a skończyłem aż w Australii z tymi instrumentami…

Jako dziecko wypasałem owce na Hali Pawlusiej. Grał tam na trąbie wałaskiej baca Strzałka Janek. I tak się przegrywał ze Słowakami. Tam z drugiej strony granicy mieli podobny instrument. Wtenczas miałem siedemnaście roków i tak se myślałem, kurde, jak to może być: wilków nie ma, niedźwiedzi nie ma, a oni grają. Tak się porozumiewali i handlowali. Stamtąd szły buty, a tam spirytus. Od tego czasu górale na Hali Pawlusiej zamiast w kierpcach, chodzili w modnych butach.

To echo tak fajnie się nosiło. Z tego mi później taka twórcza myśl przyszła, czy tego by się nie dało na scenę przenieść. Grałem wtedy z dudziarzem Felkiem Jankowskim w Pilsku (Zespołu Pieśni i Tańca „Pilsko” – przyp. red.). Wzięli my trąby od Jana Kawuloka z Istebnej i Józefa Szczotki z Milówki. Z Felkiem rozebraliśmy je, wyskrobaliśmy, wydłużyliśmy i już można było na nich grać. Drewno znad potoku różni się od tego na wierszeczku, gdzie wiatr dmie. Czy to jawor, czy świerk – na wierchu lepsze. Takie prawo fizyki. To jest sztuka, aby miały czyściutkie C i F. Robiłem też z olchy, z topoli…”.

Ciekawa historia. Kiedyś mieliśmy koncert z Pilskiem, zdobyliśmy Złotą Ciupagę w Zakopanem, a potem był koncert laureatów w Krakowie, na który wysłano mnie i Wojciecha Majerza. Fajna sala, lustrzana. W zespołach trąbki, klarnety, jadą z tym koksem! Ja tak patrzę i myślę: Jasny gwint, tu takie kapele rozbudowane, a my mamy tylko dudy, skrzypce i jedną fujarkę… Majerz powiedział: Oni się wszyscy stroją na scenie. Jak my się zaczniemy stroić na scenie, tam się dopiero zgrywać, urwiemy za dużo czasu. Rozegrajmy się za kulisami i z muzyką wyjdziemy na scenę. Tak też zrobiliśmy – weszliśmy prosto z pola. Jak my weszli z tą muzyką…! Ja zaśpiewałem, Majerz zagrał. Wszyscy się nami w przerwie interesowali! Majerzowi stroiki sprawdzali, jak i co, mnie pytali o fujarkę, skąd mam. Mówię, że wyciągnąłem zza pieca. Byliśmy najlepsi, takie boroki dwa. Wcześniej byłem w strachu, po co nas tu wysłali. Zobaczyła nas choreograf Zespołu Pieśni i Tańca „Ślask” i powiedziała dyrektorowi: Rób, co chcesz, ja tego człowieka muszę mieć. Tak bez egzaminu dostałem się do zespołu Śląsk, przepracowałem tam dwadzieścia osiem lat. Był 1969 rok”.

Z zespołem Śląsk Józef Maślanka występował na estradach całej Europy oraz w Azji, Ameryce i Australii. Chciał do kapeli zespołu wprowadzić gajdy, dyrekcja zadecydowała jednak, by były to dudy.

W Śląsku byliśmy prawdziwymi artystami. Do Koszęcina przyjechała kobieta ze Saratowa nad Wołgą, mer tego miasta. Odbył się koncert Śląska. Pieczenie, barany… Tak ją ugościli, że powiedziała: Będę robić wszystko, aby zespół dostał się do naszego miasta. I tak kombinowała, że dostaliśmy zaproszenie do Saratowa. W Moskwie daliśmy jeden koncert, tam – trzy. Był też Kilar z Żywieckim, utworem pisanym dla Śląska. Kiedy go tworzył, wszyscy się dziwili: Kilar napisał muzykę ludową? Jak był wróg numer jeden w szkole muzycznej? Ale jak to w tej Moskwie wyglądało! Wszystkich odznaczali. Tych orderów już mieli tyle na sobie, że nie było gdzie powiesić. Był Niemen, Kilar… Kawior, wycieczki, powozy… Trzy koncerty! A byliśmy tam dziesięć dni. Siedzę obok Kilara. Pytam: Profesorze, jak długo pan nad tą sztuką pracował? E, krótko, odpowiada. Nie – mówię – to się nie da tak krótko zrobić. Za młodych czasów musiał pan chodzić po górach. Bo ja tę muzykę słyszę od Krakowa aż tu, po Beskidy. Jak ten wiater duje wiosną, latem, jak ten potok szumi, jak ta sieczkarnia, młóckarnia dyg-dyg-dyg… Wszystko tam jest! Poklepał mnie po ramieniu, uśmiechnął się. Taki dostępny był. Hadyna taki sam.

W Śląsku koniecznie chcieli młodego dudziarza. Skąd go wziąć? Przeszedłem cały Korbielów i Jeleśnię, pytałem, kto tu na dudach gra. Był Peperowiec (Jan Kupczak – przyp. red.). Na dudach tak siarczyście grał. On bez muzyki by w życiu nie wytrzymał. Przyjechaliśmy po niego autem. W post!

Kupczak niechętnie myślał o wyjeździe, ponieważ był okres postu, a wtedy w wioskach beskidzkich milkła muzyka. Skuszony jednak możliwością zarobku, wyniósł po cichu strój góralski i dudy i powiedział: „Jadym, a nie wiym, kiedy wrócym”.

W Koszęcinie, siedzibie ZPiT „Śląsk”, Kupczak rezydował dwa tygodnie, w tym czasie Maślanka nauczył się od niego grać na dudach, a zespół „Śląsk” pozyskał dawne śpiewki i melodie góralskie. Dudziarz zgodnie z umową otrzymał obiecane honorarium.

Po wszystkim pytam, czy mam go odwieźć, czy tylko odstawić na przystanek w Katowicach. Wsadziłem go w końcu do autobusu. Dwa tygodnie do domu szedł! Od karczmy do karczmy! Na progu każdej grał melodię Opolskie dziewuchy, co to wtedy modna była. Cały miesiąc chłop sobie tak wesoło spędził.

Kupiłem takie dudy od niego. Śmierdziała ta skóra jak jasny gwint! Potem już sam zacząłem robić dudy. Przyjeżdżam któregoś dnia do Felka Jankowskiego i mówię: Patrz, Felek, jakie ja zrobił dudy! Jak on się wtedy spotęgował! Wziął się za robienie dud: piłował, dłubał. Śmiali się, żartowali z niego, a Felek za chwileczkę zaczął sam robić dudy! Potem się umówiliśmy tak, że ja będę robił trombity, a on dudy.

Kiedy Maślanka zaprezentował wykonane przez siebie dudy ojcu, ten wyjaśnił synowi, że na Hali Boraczej dawniej grywano na gajdach, nie na dudach. Józef odnalazł więc stare gajdy z Hali Boraczej w Krakowie, u rodziny gajdziorza Wojciecha Maciejowskiego. Nie udało się ich zakupić, sporządził więc szkic i na wzór tego instrumentu, pochodzącego z pierwszej połowy XIX wieku, wykonał własny.

W latach 80. i 90. był już wykwalifikowanym budowniczym instrumentów ludowych. W swojej karierze wykonał kilkanaście egzemplarzy dud, około pięciu sztuk gajd, skrzypce, góralskie złóbcoki, piszczałki, fujarki, trąby pasterskie, rogi, a nawet wakat. Na wszystkich tych instrumentach nauczył się grać i wykonał je dla siebie, bo – jak twierdzi – nie miał pieniędzy, żeby zakupić nowe egzemplarze.

Józef Maślanka jest niezwykle twórczą i poszukującą osobą. Wiele razy eksperymentował podczas budowania tradycyjnych instrumentów. Wykonał trąbę pasterską z blachy, którą obłożył korą, stworzył przemyślany zestaw perkusyjny typu „człowiek orkiestra”, do swojej heligonki dorobił mały róg oraz trąbkę, zestroił je, przykręcił do heligonki w taki sposób, że można grać na obu instrumentach naraz. Najbardziej zadziwiające jednak są turbodudy, jeden z ostatnich instrumentów wykonanych przez Maślankę. To dudy, które posiadają dwa huki, zdwojoną moc basu. Gajdzica dud stroi w tonacji F-dur, a huki w F i C.

W latach 90. prowadził prelekcje dla dzieci i młodzieży szkolnej, podczas których pokazywał wykonane przez siebie instrumenty. W tym okresie założył także rodzinną kapelę Maślanków – tworzył ją wraz z córką Magdą i synem Tomaszem, którego nauczył grać na gajdach. Za wieloletnią działalność na rzecz kultywowania folkloru górali beskidzkich artysta otrzymał w 1991 roku Nagrodę im. Oskara Kolberga.

Postawiłem sobie chałupę tam, gdzie najlepsza akustyka. Na Hali Boraczej. Posłuchaj, jak to echo idzie! Tam jest muzyka! Po groniach! Chcieliśmy to echo przenieść na scenę… Ale nie da się!

tekst: Katarzyna i Marcin Szymonowiczowie | Agata Mierzejewska | Piotr Baczewski

fotografie: Piotr Baczewski

Share This
X