Są już dwaj dudziarze, będą dwie dudziarki. Cztery przypowieści o muzyce z serca

 

Łodygowice / Sopotnia Wielka (Beskid Żywiecki)

Anna Kapusta | 2019

Bartłomiej Golec | fot. Piotr Baczewski | 2019

Mają od trzynastu do piętnastu lat. Anna Dunaj (czternaście), Bartłomiej Golec (piętnaście), Jakub Lach (czternaście) i Katarzyna Witas (trzynaście) dobrze przemyśleli miejsce muzyki tradycyjnej w swoim życiu, tym teraźniejszym i tym dorosłym. Rozmowy z nimi przypominają solidne seminaria etnomuzykologiczne i antropologiczne. Te dobre, poparte wiedzą z doświadczenia, z terenu, z przeżycia i z dystansu do niego. Oczywiście (i w żadnym razie) dorastający muzycy nie epatują teoriami ani pozami, lecz  jednocześnie młodzieńczo i dojrzale potrafią komentować własne praktyki twórcze w nieoczywistych horyzontach pedagogiki artystycznej, historycznych problemów wsi i śmiałych strategii na dobrą, czyli otwierającą umysły, kulturę muzyczną. Muzyka tradycyjna nie uczy bowiem gwiazdorstwa, ale sztuki pokory wobec żywego doświadczenia, o czym mówi świadomie każdy z młodych rozmówców. Chcą być wybitni wykonawczo i marzą o mistrzostwie gry. Nie interesuje ich puste, medialne pozoranctwo. Chcą dobrze popularyzować jakość tradycji, więc obserwują, komentują, pytają i wymieniają się wiedzą. Nastoletni muzycy sięgają mądrze do rodzinnych historii, wydobywając z nich żywe zasoby tradycji. Nie boją się planować odważnych decyzji muzycznych na przyszłość, choć muzykowania nie traktują jako ścieżki kariery, raczej jako osobisty styl spełnionego życia.

W każdej z czterech rozmów powstają unikatowe przypowieści o muzyce, takie z drugim dnem wrażliwości na własną ekspresję i dar gry dla innych. To przypowieści o entuzjazmie grania i pokorze wobec mistrzostwa w grze. Szczerą sympatią cała czwórka darzy dudy. Bartłomiej Golec i Jakub Lach już na nich grają. Anna Dunaj i Katarzyna Witas dopiero rozpoczynają przygodę z dudami. Młodzi dudziarze znają męską tradycję dudziarską i czerpią z niej siłę na wiele życiowych sposobów. A Anna i Katarzyna usilnie poszukują śladów historycznych i współczesnych dudziarek, żeby zrozumieć ich nieliczne, a więc trudne, kobiece życiorysy. Może założą kobiecy zespół dudziarski, a może po prostu przez jakiś czas (albo przez całe życie) będą grać na dudach, żeby przekonać inne kobiety, że granicą marzeń są ich własne, samodzielne realizacje.

Rafał Bałaś, instruktor gry na dudach w Fundacji Braci Golec, która jest wspólnym, muzycznym domem adeptów dud, daje im wszystkim emocjonalną przestrzeń na eksperymenty z różnymi instrumentami. Nie ma tu presji, są inspiracje. Wszyscy chętnie dzielą się opowieściami z prób i konkursów, dowodząc, że muzyka jest ścieżką samorealizacji, niezależnie od planów zawodowych, muzycznych albo i nie. Na co dzień mocno wspierają ich rodzice, a rówieśnicy nie tylko akceptują fascynację tradycją, ale także – mniej lub bardziej wprost podziwiają za talenty.

Kuba Lach serdecznie śmieje się z hasła „podrywać na dudy”. Ania Dunaj puentuje z głębokim namysłem drogę do muzyki tradycyjnej, twierdząc, że jest to „muzyka z serca, bowiem gra się nie tylko całym ciałem, ale i odczuwa świat w odpowiedzialności za siebie i innych”. To jest ekologia muzycznego życia. Kasia Witas radośnie zdradza, że „w dudach zakochana najpierw była mama”. Bartek Golec wspomina dudy taty wiszące na ścianie w domu i dziecięcą chęć gry na nich.

Te szkice do dudziarskich portretów rozpoczęte w Sopotni Wielkiej dzięki gościnności Renaty Witas, która z pomocą zaangażowanych mam zebrała młodych dudziarzy odsłaniają dojrzałe ścieżki wrażliwości nastoletnich muzyków. Już teraz mówią oni własnym głosem: o sobie i o tradycji bez retuszy, ze świadomością sensu swego muzykowania. Każda z opowieści to osobna przypowieść, z której czerpać można sporo, niezależnie od wieku. Bo muzyka z serca działa prawdą. A prawda tej muzyki zaczyna się w rodzinie, z jej trudnymi i jasnymi historiami od babć, dziadków i rodziców.

Anna Dunaj | fot. Piotr Baczewski | 2019

W Fundacji Braci Golec są już dwaj dudziarze – glosa o męskiej tradycji dudziarskiej

 

Męska tradycja dudziarska jest oczywista, to znaczy dudziarze byli i są. Dlatego łatwo młodym dudziarzom o siłę rodowych i/lub tylko muzycznych protoplastów. Ten fakt kulturowy dobrze rozumieją Bartłomiej Golec i Jakub Lach. Z dorobku dudziarskich patriarchów potrafią oni czerpać siłę do własnej gry, ale i szczerze doceniają dudziarski wysiłek koleżanek z Fundacji Braci Golec: Anny Dunaj i Katarzyny Witas, które chcą tworzyć własną, kobiecą tradycję dudziarską. Tak się ciekawie złożyło, że dudziarskich podopiecznych Rafała Bałasia jest czworo, po równo: dwie i dwóch. Męska tradycja dudziarska ma więc sporą szansę na kobiecą odsłonę.

Muzyka tradycyjna, aby służyła nam współcześnie, musi być progresywna, czerpać z historii to, co znaczące, i korygować to, co niekoniecznie warte kontynuacji. Dudziarze byli i są w większości, tym bardziej przydadzą się dziś muzyce dudziarki. Te i kilka podobnych spostrzeżeń, pracujących w rozmowach, inspiruje adeptki i adeptów dud do przytaczania wielu innych przykładów cennych kontynuacji i wymagających domknięcia tropów tradycji. Folklor nigdy nie był i nie może być monolitem. Młodzież z Fundacji Braci Golec mierzy się z nim, ucząc się różnic w gwarach poszczególnych wsi, porównując zwyczaje regionalne i przypominając sobie różne rodzinne historie. Jest w tej postawie otwartość i na przyjemne, i bardzo trudne konfrontacje z historyczną rzeczywistością wsi. Bo każdy ma opowieść wartą słuchania i rozumienia. Na początek tropimy zatem męskie linie dudziarstwa.

Bartłomiej Golec: „Dudy mojego taty wisiały u nas w domu na ścianie”

Bartłomiej Golec pierwsze dudy pamięta z najwcześniejszych klisz wspomnieniowych dzieciństwa. Dudy były w domu rodzinnym, kusiły i nęciły. „Pamiętam od zawsze, że dudy mojego taty wisiały u nas w domu na ścianie i jako mały chłopiec zawsze chciałem na nich zagrać” wspomina. „Myślę, że to był początek tej pięknej przygody, którą kontynuuję” ocenia dziś.

Bartłomiej od trzeciego roku życia gra na skrzypcach, a obecnie – w klasie puzonu – uczy się w Państwowej Szkole Muzycznej w Bielsku-Białej. Może więc o sobie powiedzieć, że jest dwujęzycznym muzykiem, sprawnie poruszającym się zarówno w kanonie muzyki klasycznej, jak i tradycyjnej. Oba kanony są dla niego zresztą równoważne, ale to wobec żywieckiej muzyki tradycyjnej czuje szczególne zobowiązanie. Kiedy miał siedem lat, rozpoczął naukę w Fundacji Braci Golec, choć – co oczywiste w rodzie Golców – tradycja muzyczna obecna była w jego biografii od niepamiętnego początku. Obecnie Bartłomiej jest już absolwentem Fundacji Braci Golec, jednak jego przygoda z muzyką góralską trwa nadal.

Określenie „muzyka góralska” Bartek – po swojemu pisze nawet wielkimi literami. Od dwu lat zgłębia on z zaangażowaniem i radością grę na różnych instrumentach pasterskich, a wśród nich są piszczałki, trombity, rogi pasterskie i – oczywiście – dudy żywieckie. Dawne dudy z rodzinnego domu należące do Łukasza Golca, taty Bartłomieja, zyskały teraz ważne miejsce w muzycznej biografii piętnastolatka. Dlaczego? Nie tylko z powodu rodzinnych historii. Bo dudy są z definicji instrumentem unikatowym. Bartka fascynuje w nich właśnie, co podkreśla niezwykle dobitnie, „unikatowość, brzmienie i oryginalność”. Nie ma przecież dwóch takich samych egzemplarzy tego instrumentu, każdy jest pojedynczy i niepowtarzalny. Każdy ma swoją prywatną duszę. Jak diagnozuje więc z refleksyjną fascynacją Bartłomiej Golec: „wyjątkowość tego instrumentu polega na tym, że jest on wykonany ręcznie, co sprawia, że każdy egzemplarz brzmi naprawdę inaczej”.

Młody muzyk już dziś czuje się autentycznie odpowiedzialny za jak najlepszy przekaz muzyki tradycyjnej i jest w tym nie tylko echo dumy z muzycznego rodu Golców, ale i wiele pomysłów na życiową samorealizację. „Zależy mi na tym, aby tradycja gry na dudach żywieckich nie zanikła, dlatego jestem dumny, że mogę się do tego przyczynić” kończy swe mocne, muzyczne exposé Bartłomiej Golec.

W Fundacji Braci Golec jego mistrzem gry na dudach jest Rafał Bałaś, który stara się nie tylko przekazywać adeptom historię dud w szerokim kontekście kultury Żywiecczyzny, ale i otwierać ich na płodne gry z tradycją w nowatorskich, przemyślanych i odpowiedzialnych wykonaniach. Młodzi adepci dud czerpią z tej koncepcji holistycznej edukacji artystycznej wiele radości, bo to od radości przecież zaczyna się gotowość do eksperymentu w każdej sztuce, a zwłaszcza w wykonawczej. Im więcej otwarcia na nowe, tym mocniejsza jest ekspresja. Im więcej dialogu z tradycją, tym większa szansa na jej żywotność. Bartłomiej Golec lubi dudy za ten ich indywidualizm i unikatowość siły ekspresji.

Jakub Lach: „Heligonka już mi się znudziła i przyszedł czas na dudy”

Jakub Lach praktykuje grę na instrumentach tradycyjnych, poszukując w niej przyjemności, spełnienia i satysfakcji, bez przymusu konkretnych planów na profesjonalną karierę muzyczną. To jego własna, autorska idea muzyki tradycyjnej, której jest bardzo wierny, wierząc, że tak rozumowali historyczni, prawdziwi dudziarze.

W Fundacji Braci Golec naukę gry na heligonce rozpoczął w wieku siedmiu lat. W wieku lat trzynastu, trochę dzięki podpowiedzi Rafała Bałasia, a trochę z powodu wciągającej obserwacji dud na redyku, rozpoczął osobistą przygodę z dudami. Kuba – sympatyczny ironista – twierdzi wręcz (choć nieco z przymrużeniem oka), że zaczęły się dudy, bo heligonka po prostu mu się już znudziła. Żeby jednak nie było naprawdę nudno nigdy, gra on jeszcze na fujarkach pasterskich i uczciwie hołduje zasadzie słuchania przede wszystkim własnej ochoty na grę. Nie porzucił jednak do końca heligonki, a po prostu dołożył do niej dudy, które obecnie są jego pierwszym wyborem muzycznym. Bo teraz jest czas na dudy i to jest w porządku. Na dudach gra przynajmniej kwadrans dziennie. A gra, bo lubi. O grze na gajdzicy, o worku, o huku burdonowym i innych pojęciach z dziedziny muzyki tradycyjnej Jakub Lach mówi z wytrawnością znawcy i pewną ujmującą czułością, wskazującą na jednoznaczną więź młodego muzyka tradycyjnego z używanymi przez niego instrumentami. Muzyka tradycyjna zajmuje mu sporo wolnego czasu i już stała się satysfakcjonującym stylem życia, oczywiście wolnym od presji i oczekiwań kogokolwiek. Kuba z lekkością i pasją rozprawia o tyradach heligonek i dud.

Poczucie humoru i radość z każdej życiowej okoliczności nieraz pomogły mu wyjść z muzycznych opresji, które stały się następnie anegdotami na miarę wykwintnego gawędziarza. Już cztery razy – jako dudziarz – Jakub Lach uczestniczył w konkursach i koncertach. W Ciechanowcu dudy miały małą awarię, ale Kuba wystąpił i zdobył trzecie miejsce, bo udało mu się „na szybko skleić dudy taśmą klejącą”. Dobry dudziarz musi sobie radzić w każdej sytuacji życiowej! Kiedyś także, z pomocą nauczyciela, uratował naprędce uszkodzoną heligonkę tuż przed koncertem popisowym.

Jakub Lach ma swoją definicję muzyki tradycyjnej i własną wizję wykonań instrumentalnych, śmiało praktykowanych w jej paradygmacie. Otóż „musi to być solidna praktyka gry”, ale „gry dla przyjemności”, a muzyk powinien przede wszystkim „grać dla siebie”, dopiero wtedy to wszystko ma głęboki sens. Na pewno warto – zastrzega zdecydowanie Jakub Lach – „znać historie i archiwa”, jednak i tak nic nie zastąpi osobistego „podgrywania na dudach”. Gra na dudach naprawdę jest owocna i rozwojowa „tylko dla przyjemności”. Dlaczego? Bo „wybitnie grać” oznacza „praktykować wiele lat” i „robić kosmiczne ogrywki”, tak, „żeby palce latały same”. Warunkiem osiągnięcia takiego mistrzostwa jest właśnie czysta „przyjemność grania, a nie oglądanie się na poklask i uznanie”. „Muzyka musi być dla siebie”. Tak głęboko przemyślana przez Kubę i już praktykowana osobista idea wykonawstwa tradycyjnego sprawia, że młody dudziarz w ogóle nie ma zwątpień. Granie dla przyjemności nigdy nie prowadzi przecież do dramatycznych kryzysów motywacji. Kuba gra więc ze słuchu, bo tak się od zawsze grało w muzyce tradycyjnej i tak grali najstarsi dudziarze żywieccy.

Jakub Lach chce być w pełni zgodny z tym kanonem tradycji, dlatego wcale nie myśli o szkole muzycznej. Przynajmniej na razie nie jest mu ona potrzebna do przyjemności gry. Takie oto osobiste podejście do muzyki – „bez ciśnienia, bez spiny i bez presji” sprawiło, że śladami pasji brata podąża siostra Jakuba. Gra na skrzypcach. W Fundacji Braci Golec Jakub Lach odnajduje wsparcie warsztatowe i środowisko innych pasjonatów. Cieszy go, że każdy tu rozumie jego ideę „przyjemności gry”. Kuba dzieli się chętnie przemyślaną refleksją antropologiczną o radości gry doprowadzającej dudziarza do mistrzostwa. Pewnie tak właśnie myśleli dawni dudziarze i dlatego byli tak ważni w swoich środowiskach. Przecież nikt ich nie zmuszał do gry, a sami osiągali prawdziwe mistrzostwo. Jaka jest recepta na sukces muzyczny według Jakuba Lacha? „Nie zmuszać się” i „robić swoje”, bo najlepiej „się gra dla siebie.” Kiedy się gra na dudach, „świat jest przyjemniejszy, dźwięk sobie płynie, a noga sama wybija rytm”. To jest sens bycia dudziarzem.

Będą dwie dudziarki – tradycja muzyczna w autorefleksji Anny Dunaj i Katarzyny Witas

 

O ile młodym dudziarzom łatwo jest odnaleźć muzycznych protoplastów, o tyle nastoletnie adeptki dud nie znają przykładu żadnej historycznej dudziarki. Wiedzą, że dudziarek jest mniej i trudno im było funkcjonować w muzycznej tradycji. Ania Dunaj i Kasia Witas, dopiero rozpoczynające swe przygody z dudami żywieckimi, chciałyby napisać nowy rozdział w muzyce tradycyjnej. Zdają sobie one sprawę z trudności, a jednak wyzwanie bycia dudziarką nie jest dla nich zniechęcające. Dyskutujemy wspólnie o różnych życiorysach kobiet-artystek, nie tylko tradycyjnych. Nastolatki potrafią w nich wyodrębnić trudne momenty społecznego oporu i chętnie, z szacunkiem odwołują się do znanych sobie rodzinnych historii twórczych kobiet. Jedno jest pewne: w Fundacji Braci Golec będą co najmniej dwie dudziarki. Rafał Bałaś nad tym pracuje, a Ania i Kasia mają bezwarunkowe wsparcie rodziców. W szczególności mama Kasi, jawnie zakochana w dudach, zrobi wiele, aby córka grała. Z tą akceptacją wszystko jest możliwe, więc dudziarstwo kobiet zagra. Ania i Kasia wierzą, że to od ich pracy zależy kobieca linia dudziarstwa.

Anna Dunaj: „Muzyka ludowa płynie z serca, a dudy to emocje! Czas już na dudziarki!”

Anna Dunaj jest świadoma faktu, że słuch muzyczny bardzo ułatwia jej życie, bo muzykalne ucho to nie tylko gra albo śpiew, ale i łatwość uczenia się języków obcych oraz świetnego przyswajania gwar. Czternastolatka potrafi wnikliwie rozprawiać o gwarze lachowskiej z Koszarawy i porównywać ją z trudnym słownictwem oraz gramatyką z okolic Sopotni Wielkiej. Dzięki słuchowi muzycznemu dobrze jej idzie w szkole językowej. W Fundacji Braci Golec gra już na skrzypcach, piszczałkach i basach, zaczyna również właśnie naukę gry na dudach żywieckich. Kontekst etnograficzny Żywiecczyzny interesuje ją tak samo jak muzyka tradycyjna.

Ania z wczesnego dzieciństwa pamięta, że bardzo chciała się uczyć gry na skrzypcach, a jej ciocia pasjonowała się żywieckim mieszczaństwem. Przyszła dudziarka rozumie też trudne problemy wiejskiej biedy i wstydu, który przez wiele lat hamował pokoleniową transmisję tradycji. Pewnie dlatego stawia ona tak trafne diagnozy, że mama, absolwentka socjologii, przekazała jej wnikliwość obserwacji różnych grup społecznych. Ania z rozmysłem komentuje także dylematy Cepelii i cień jej negatywnego wpływu na przekaz tradycyjnej kultury górali żywieckich. W muzycznej sadze Anny Dunaj znaczącą postacią jest babcia, która grała w zespole mandolinistek i wspierała ją podczas kryzysu nauki gry na skrzypcach w klasycznym stylu edukacji muzycznej. Babcia Ani grała na akordeonie. Kiedy Ania była w drugiej klasie, śpiewała z mamą na głosy. Ania wybrała jednak alternatywną dla zwykłej szkoły muzycznej ścieżkę edukacji, czyli nauczanie gry ze słuchu w systemie beznutowym, praktykowane w Fundacji Braci Golec. To była naprawdę dojrzała, przemyślana decyzja, zgodna z jej indywidualną wrażliwością artystyczną, bo spontaniczność i wolność wykonania są dużo ważniejsze od ścisłości klasycznego kanonu.

Dziś nastoletnia Anna przypomina sobie małą Anię zniechęconą opresją grania z nut, kiedy celowo rozstrajała ona skrzypce, żeby uniknąć stresu sztywnych lekcji. Zupełnie inaczej jest w muzyce tradycyjnej. Tutaj wrażliwe ucho łapie wszystko od razu i współgra z ciałem oraz emocjami wykonawcy”. Nie chodzi bowiem o gorset, ale o wolność ekspresji. Nie ma więc mowy o kryzysach, zniechęceniach, wypalaniu się motywacji i nawet „o siódmej rano przed lekcjami chce się grać”. W szkole Ani jest ona jedyną osobą uczącą się gry na skrzypcach ludowych poza „zwykłą szkołą muzyczną. „I tak jest właśnie najlepiej”, bo muzyka tradycyjna jest jej najbliższa jako muzyka prosto z serca. „Nie da się jej wykonywać nieszczerze, w usztywnieniu ciała i zniewoleniu emocji”. Anna Dunaj chce grać na dudach właśnie z powodu ich fascynującej emocjonalności: „wolnej, otwierającej i dającej spełnienie na wiele sposobów”.

Gdyby powstał duet, a może nawet zespół dudziarek, potencjał ekspresji dud, ich energetyczna siła mogłyby być wsparciem dla innych kobiet w ich życiowych aspiracjach i osobistych planach. „Dudy pomagają wydobyć z człowieka jego naturalnie wolne ciało” diagnozuje swe głębokie obserwacje czternastoletnia Anna Dunaj. „Nie ma tu sztucznych, wymuszonych schematów” i dlatego w dudach jest masa emocji. Zdaniem Ani, „dudziarki sporo wniosą w kulturę tradycyjną w społeczeństwie, a już sam fakt bycia wykonawczynią tradycyjną to świetna okazja do dialogu z ludźmi”. W pewnym sensie „dudy są skazane na indywidualizm wykonawcy”, oczywiście w pozytywnym znaczeniu tej determinacji. Przecież nie ma błędnych emocji, bo każda z nich jest ludzka”. „W muzyce tradycyjnej nie ma też problemu stresu wykonawczego”, bo „po prostu trzeba być tylko sobą i grać”, a tego tak często brakuje współczesnym kobietom.

Anna Dunaj snuje konsekwentnie swe dojrzałe, etnograficzne i socjologiczne przemyślenia, twórczo sięgając do dziecięcych doświadczeń gry w ognisku muzycznym Fundacji Braci Golec w Łodygowicach. Trafiła tam, kiedy miała siedem lat, i dziś uważa, że bardzo dobrze się stało. Codziennie przez godzinę gra na skrzypcach i już nie może się doczekać własnych zmagań z dudami. „To chyba będzie na długo, jeśli nie na stałe”. No i „byłoby bardzo ciekawie naprawdę założyć kapelę dudziarek żywieckich, żeby kobiety mogły czerpać z tej tradycji własną siłę.” Ania dostrzega ogromną misyjność nauczania muzyki tradycyjnej w nowoczesnym społeczeństwie, bo przecież „nie każdy musi grać zawodowo, żeby rozwijać się muzycznie”. Po pierwsze: „nie wolno nam zaprzepaścić dorobku muzyki ludowej”, a po drugie: „taki zespół dudziarek mógłby wiele zdziałać dla samej promocji tradycji” diagnozuje adeptka dud. „Będzie nowa historia dudziarek” wierzybez bariery nut”, „z muzycznym uchem” i gotowością na „muzykę z dna serca”, a „dudy otworzą nowe przestrzenie dla kobiet”.

Ania nie lubi pustych egzaltacji, ceni sobie konkret. Na razie jest on w decyzji o solidnej nauce gry na dudach i wspieraniu w takim samym projekcie rozwojowym innej uczennicy Rafała Bałasia Kasi Witas. Kobieca solidarność musi być dziś mądra, zrównoważona i systematyczna. Trzeba się będzie zabrać za nowe dudziarstwo kobiet bez stresu, bez kompleksów i z „muzyką serca”. Ania ma ten plan już prawie przemyślany, dobrze przeżyty i coraz lepiej przedyskutowany. Jest gotowa na swój rozwój: pyta, prosi o opinie i stawia hipotezy. „Dudy to wielkie emocje”. I „czas już na dudziarki!”.

Katarzyna Witas: „Na początku w dudach zakochała się mama…”

Kasia Witas ciągle nie może się przyzwyczaić do oficjalnej formy swojego imienia, czyli Katarzyny. Żartujemy, że pewnie dlatego, iż w dudziarskiej czwórce w Fundacji Braci Golec jest najmłodsza: ma trzynaście lat. Jako najmłodsza, awansem – w wieku lat sześciu – Kasia została zaproszona do ogniska fundacji w Jeleśni. Zakładano, że przyjmowane będą siedmiolatki, dopóki na przesłuchaniu nie pojawiła się Kasia.

Zresztą nie pierwszy raz zdobyła wówczas serca słuchaczy. W wieku lat trzech, na zakończenie roku przedszkolnego, poprosiła mamę o ubranie jej w żywiecki strój ludowy. Mama spełniła marzenie trzylatki, nieświadoma, że kryje się za tym przemyślany plan przyszłej artystki. Kasia bowiem samodzielnie zaaranżowała swój popis wokalny, prezentując zachwyconym nauczycielkom i rodzicom spontaniczne wykonanie piosenki „Za górami, za lasami, za dolinami” i z przejęciem wyśpiewując, jak to babajędza „swego mężakrasnoludka wałkowała”. Plan się powiódł i Kasia zdobyła owacje publiczności. Rodzinna opowieść głosi, że piosenki wyuczyła ją babcia Marysia, która również inspirowała etnograficznie Kasię na wiele sposobów. Kiedyś babcia nauczyła wnuczkę obrzędowych pieśni wyprowadzinowych na wesele kuzyna. Był też gdzieś w rodzinie zeszyt ze zgromadzonymi przyśpiewkami. Z innych, rodzinnych tropów muzycznych Kasia przytacza przykład pradziadka grającego na skrzypcach i heligonce oraz ślady muzykalności ze strony rodziny taty.

Jednak początki gry na skrzypcach nie były łatwe. W pierwszym roku wydawało się, że Kasia nie chce się uczyć i jak twierdzi, mama w nią trochę wmuszała granie”. Pierwszy nauczyciel skrzypiec, Marcin Biegun, zalecił jednak cierpliwość, i opłaciło się bo efekty – a przede wszystkim radość z gry przyszły. Kasia z zawadiackim poczuciem humoru wspomina kilka drobnych wypadków z udziałem skrzypiec: raz jej one wypadły, to znów pękł podstawek. Rok temu jednak rodzice zakupili pierwszy w pełni profesjonalny instrument. I to był dla niej moment wielkiego wzruszenia, które do dziś przytacza cała rodzina. Inne wspomnienie rodzinne z osobą Kasi w centrum to jej pierwszy występ w telewizji, w Boże Narodzenie, po obiedzie. Tato Kasi był tak dumny i przejęty, że nie zauważył, iż świeczki na kominku podpaliły mu sweter, i dopiero żona interweniowała, wołając: „Ryśku, plecy ci się palą!”.

Kasia, podobnie jak Bartłomiej Golec, uczy się równolegle w szkole muzycznej i w Fundacji Braci Golec, pielęgnując swą dwukodową: klasyczno-folklorystyczną wrażliwość. W szkole muzycznej gra z nut na skrzypcach, w Fundacji – ze słuchu – na okarynie, piszczałkach i właśnie rozpoczyna naukę gry na dudach, choć w zasadzie mogłaby grać na wszystkim, jak żartuje jej mama. Dlaczego? Jest też i o tym kolejna rodzinna anegdota. Kiedyś mama zabrała Kasię na redyk, bo planowano dla niej zakup piszczałek. Ale Kasia, z wrodzonym talentem do zjednywania sobie ludzi, wypatrzyła figurkę żabki. Właścicielka kramiku lojalnie poinformowała dziewczynkę, że „żabka nie gra, więc nie jest na sprzedaż”. Ale determinacja dziewczynki rozbawiła ją na tyle, iż zaryzykowała obietnicę darowizny: jeśli Kasia udowodni, że żaba gra, figurka będzie jej. Kasia tylko na to czekała. Zagrała na żabie i dostała ją! Stąd też śmiała hipoteza z dowodem jej słuszności, że „Kasia mogłaby grać dosłownie na wszystkim”, śmieje się dumna mama trzynastolatki.

Kasia ma już na swoim koncie konkretne sukcesy w dziedzinie muzyki i kultury tradycyjnej. Udało jej się między innymi pozytywnie przebyć pierwszy etap Sabałowych Bajań na konkursie w Jeleśni i została wyróżniona zaproszeniem do udziału w prezentacjach w Bukowinie Tatrzańskiej. To wielki sukces w jej trzynastoletnim życiu i – licząc od słynnego performansu trzylatki w przedszkolu – w dziesięcioletniej karierze artystycznej. Skrzypce, okaryna i piszczałki to jednak nie koniec, przed Kasią otwiera się teraz przygoda z dudami, choć najpierw „w dudach zakochała się mama”, bo z pełnym przekonaniem uwierzyła ona w talent pedagogiczny Rafała Bałasia. Kasia Witas ma więc wielkie oparcie w swym nowym, dudziarskim projekcie, mimo że sama mama twierdzi, iż nie posiada żadnych zdolności muzycznych i „raczej w linii rodowej męża można się doszukiwać źródeł uzdolnień Kasi”.

Tak czy inaczej: dudy żywieckie będą teraz dopełniać gry na skrzypcach w klasycznej szkole muzycznej, a Kasia przyznaje, że coraz bliżej jej jednak do tradycyjnych wykonań muzycznych, które dają więcej możliwości dla indywidualnych ekspresji. Kasi bardzo podoba się pomysł kobiecego zespołu dudziarek i z optymizmem wtóruje w nim Ani Dunaj. Rafał Bałaś podjął decyzję, że obie będą grać na dudach, więc sprawa jest otwarta. Mama Kasi o dudach mówi, że „uwodzą one muzycznym brzmieniem i niepowtarzalnym klimatem gry”. A mamy czasem mają rację. Zwłaszcza wtedy, kiedy ich matczyne wsparcie nie tylko nie tłamsi talentów córek, ale uczy odwagi dla życiowych eksperymentów, także pozamuzycznych. Bo i na figurce żaby można pięknie zagrać, o ile po pierwsze: bardzo się tego chce, a po drugie: pozwala się swojemu talentowi zmieniać ludzkie myślenie, aby zimne stereotypy topniały pod naporem czyjegoś uśmiechu.

Kasia śmieje się głośno z grającej żaby. Ania wspomina próby w fundacji z salwami śmiechu, bo zawsze jest coś wesołego w radosnym towarzystwie. Kuba uśmiecha się powściągliwie, badając granice poczucia humoru rozmówcy, a Bartek cieszy się dumnie z bycia rzecznikiem tradycji. Najwięcej jednak uśmiecha się Rafał Bałaś, zadowolony z czwórki swoich dudziarek i dudziarzy. I trudno nie uśmiechać się do tej wizji dudziarstwa, wrażliwej na przekaz tradycji, ale jeszcze bardziej uwrażliwionej na nieseryjne osobowości muzyczne czworga nastolatków. Każda i każdy z nich ma swą historię z dudami w tle, a może i w głównym planie. Każda i każdy z nich już są dojrzałymi, bo refleksyjnymi, muzykami tradycyjnymi. Są już dwaj dudziarze, będą dwie dudziarki. A nawet jeśli dojrzeją do innych decyzji, to dudy będą dla nich grały tą radością. Życiem.

tekst: Anna Kapusta

fotografie nagłówkowa: Narodowe Archiwum Cyfrowe / Stanisław Budz-Lepsiok

fotografie: Piotr Baczewski

Za pomoc w realizacji materiałów reportażu dziękujemy Fundacji Braci Golec.

X