Piotr Haza

Olcza (Podhale)

Monika Gigier | 2020

Zagram wam „Za Tatry” nutkę, bo ją często gram. To jest nuta pasterska. Ktoś powie, że Haza gada, że to jego nuta. Nie, nie moja. Po prostu lubię ją grać.

Skąd zainteresowanie do grania na kozie? Zacząłem grać w zespole Giewont na Olczy. Zachęcił mnie kierownik zespołu Franciszek Bachleda. Pierwsza moja koza została kupiona od Józefa Galicy – została z niej głowa i duchac, przebierka była inna trochę. Ta ma styl takiej przebierki, jak żeśmy robili ze świętej pamięci Bolkiem Trzmielem – tu widać malutkie dziureczki. Zawsze mi mówił: „No, musisz tu, Jasiu – on mi nigdy nie mówił Piotr, tylko Jasiu – tak sobie tu dźwignąć”. To pilniczkiem to próbowałem robić, dopracować, żeby stroiło.

Kto ma wiedzę, to widzi dalej. Sam świętej pamięci Trzmiel tak gadał do mnie: „Słuchaj, Piotrek – bo on mi gadał Jasiu, też troszkę Piotrek – jakby Mróz żył w takich czasach jak my, to pewnie by robił z tego. Takie czasy były, a trzeba iść do przodu”. Potem sobie pomyślałem: chłop myśli dobrze.

To sobie zostawiłem na pamiątkę. Żeby mi nikt nie gadał, że ja u Trzmiela nie byłem. Te plastikowe stroiki z opakowań po maśle roślinnym. A tu – z wentyli do materaca. Tak próbował nowych rzeczy.

Świętej pamięci Bolek Trzmiel mi mówił: „Do światła patrz, Piotrek – a jak nie, to mi gadał Jasiu – żeby te końcóweczki miały taki prześwit. To wtedy to gra. Trzeba odpowiednio wyciąć”. Ale to można powiedzieć: „A, to kupię jakiś plastik i zrobię stroiki”. A właśnie, że materiał materiałowi nierówny. Świętej pamięci Trzmiel to mi gada: „Kombinuj, rób, co chcesz. O, tu jest takie wycięcie. To takimi nożyczkami – on mi mówił – jak kobiety mają do obcinania paznokci. Musisz wprawę mieć. Tak jak w skrzypcach są śrubeczki, to musisz tu nitką podkręcić – to na słuch się bierze”. Nieraz, pamiętam, siedziałem do drugiej w nocy. Czułem się jak ubzdryngolony ze zmęczenia. Żona na mnie trochę zła była. O godzinie wpół do drugiej mi gra; przychodzę rano, sprawdzam – nie gra. I myślę sobie: no do jasnej ciasnej! Bo nie lubię kląć.

Najgorszy jest ten burdon. Ten bąk musi stroić. Nawet jak przebierka by ciut nie stroiła, to – tak mi gadał świętej pamięci Trzmiel – można sobie dostroić bąkiem. To jest najważniejsze w tym graniu na kozie: żeby zestroić tego bąka. To już jest naukowo udowodnione, że najbardziej słyszalnym fałszem jest nie że ktoś śpiewając, się wydziera, tylko bas. Niestrojący bas zepsuje całą muzykę. I tak samo jest w muzyce góralskiej. Jak prymiście się ręce trzęsą – przejdzie, na sekund też nic nie powiem. Ale jak bas – zawsze się usłyszy. Kiedyś to się muzyka nazywała od basisty. Właśnie do basisty mieli duży szacunek. Zawsze zwracam uwagę na to, jak ktoś basuje. Sekund też bardzo cenię. Trzeba dobrze grać, by tak rozpracować sekund, żeby to harmonizowało.

A prymista, nieraz jak słyszę, to on ino prymuje. Świętej pamięci Stanisław Chotarski to ino prymował. Dawniej to było tak. Skrzykli się: „Biermy Jaśka, biermy Staśka, a basistę to będzies miał Franka”. Dzisiaj to się zmieniło. Trudno jest odróżnić, czy nuta z Poronina, czy z Kościeliska. Bukowina miała swoje granie, Biały Dunajec – swoje. Dawniej jakim zaśpiewem ci zaśpiewał – tak musiałeś grać. Jakbyś tę samą nutę zagrał, ale z innym przydźwiękiem, to ci powiedzą, że nie umiesz grać. To jest może dzisiaj zatracone. Wszyscy chcą grać szybko. Dzisiaj może młodzi tak mają, że myślą, jak im palce szybko chodzą, to pięknie grają. Tak i z tańcem: prędko, prędko! Jakby muchy odganiał. A dawniej nakręcał się ten taniec stopniowo. Stąd potem może w tym prymowaniu zaczyna brakować tempa i to się wszystko zlewa…?

Dlatego tak to trzymam. Ten swój styl. Choć jest ciężko. Nie to, że narzucam, by grali tak paluszek w paluszek jak ja. Tylko uczę ich myślenia. Żeby nie byli niewolnikami swojego grania. Ja też chciałem iść tą drogą, ale ktoś mi powiedział: „Pietrek, trzymaj się swojego grania”. Tym się szczyciłem, że byłem u Trzmiela. I ja mam taki styl świętej pamięci Bolka. Ja muszę słyszeć nutę. U Trzmiela to wszystko było melodyjne.

O, tu na zdjęciu jest Mróz, świętej pamięci. Dlaczego on jest taki zamyślony? Ktoś by powiedział: „Piotrze, bo ty jesteś taki filozof-psycholog…”. Bo ja nieraz jak trzymałem tę książkę „Pieśni Podhala”, tak patrzyłem na to zdjęcie i się zastanawiałem: nad czym ten człowiek myśli? Co myśli? „Jak mi to będzie grało? Jak to zrobić?” Pewnie się zastanawiał, jak to zrobić, żeby mu to zagrało! Tak sobie myślałem.

Teraz to łatwiej jest. Kiedyś bieda była. Ot, te gęśle – struny w sklepach muzycznych to były albo G, albo D. Ale już E i A ciężko było dostać. Pamiętam, że jak już byłem starszy, wsiadłem w PKS, pojechałem do Krakowa, przywiozłem sobie struny. Wcześniej taki góral Jan mnie uczyli tak: „Jeśli nie masz, Pieterku, struny E, to linkę od gazu stalową się wyciąga”. A żeby było A, to się zwijało takie dwie. No, powiem Wam, że jak na tym grałem, to bolały mnie palce. Twarde to było piekielnie! Ktoś by mi powiedział, że takie stare dzieje opowiadam. Ale było tak!

Spójrzcie na tę ciupagę. Ktoś powie: „Eee, taką można na Krupówkach kupić”. Nie. To pamiątka rodzinna. A z czego składa się ciupaga? Tu mamy drzewiec, tu jest toporzysko – stąd dużo osób o nazwisku Topór, może ciupagi wyrabiali? – i mamy jeszcze: obuch, lico i ostrze. I według wierzeń, żeby ciupaga się nie łamała, żeby ostra była, to trzeba ją było moczyć trzy dni w soku wytoczonym wczesną wiosną z brzozy. Ktoś powie: „A teraz się górale do tego na pewno nie stosują!”. Może i się nie stosują, ale wiara góry… co? Przenosi! To trzeba wierzyć. To jest taka ciupaga. Pamiątka rodzinna. To takie „s” to jest specjalne zacięcie, klin taki. Jak widzę, że ktoś tak zrobił ciupagę, myślę: to fachowiec jest. Po góralsku to się gada: „Nie chwal, bo to się samo chwali”.

Górale mają różne temperamenty. Powiesz co komu, to warga jak kierpiec. Co to znaczy? Że się pogniewa. Bo on uważa, że najlepiej gra. A tu trochę kieby było tej pokory… Pokora niebiosy przebija. Nieraz gadam, że tych młodych trzeba tem-pe-ro-wać. Nieraz jak mnie ktoś słucha, to powie: „Piotrek, ty jesteś zazdrosny”. Nie. Trochę pokory. Bo jeszcze niejeden szczyt zdobędziecie. A wy już chcecie być na szczycie. Daję im nieraz taki przykład. Pytam: „Czytaliście Syzyfowe prace?”. No, coś tam sobie przypominają. I gadam: „Wyobsraźcie sobie, że tulacie ten kamień. Tulacie ten głaz, jak ten Syzyf, co go tulował pod górę…”. „A, to my wiemy, o co chodzi. On go tam wturlał na sam szczyt i ten głaz mu się wymykał z rąk, i on go od początku wtaczał”. A ja gadam: „Dajmy na to, że wypchasz ten głaz na sam szczyt. I co będzie? Będziesz na tym szczycie, powiesz, że piękne widoki, tak? Ale musisz mieć respekt”. „A przed kim?” „Może ktoś za tobą stać i co – popchnie cię. To jest na to”, gadam. „A kto mnie może popchnąć?” „Może najlepszy kolega…” I widzę – patrzy w powietrze, rumieńce na buzi. Do przemyślenia. Możesz być na tym szczycie, ale może cię ktoś popchnąć, może ci coś w życiu nie wyjść. Potkniesz się – i co wtedy? Będzie ktoś o tobie pamiętał, żeś ty pięknie grał? Trzeba coś zostawić po sobie.

Co człowiek robi? Spełnia może jakąś misję. To jest nasza kultura. Nut góralskich jest sto dwadzieścia. Nie wiem, czy zdążę je wszystkie zagrać. Może czegoś się nauczyłem, doszedłem do jakichś swoich przemyśleń. Wiem, że nasi pradziadkowie mieli ogromną wiedzę. Nieraz pamiętam, jak moi koledzy mi mówili: „Piotrek, nie graj tak, bo to stare dziadki tak grały”. Staram się trzymać ten styl, a czy to się komuś podoba? Wyszczególniłem sobie nutki, które umiem zagrać na kozie. Ktoś powie może, że to nie dużo. Ale nie o to chodzi, żeby zagrać. Może i zagram więcej. Chodzi o to, żeby to ustawić. A co znaczy „ustawić”? Ze-stro-ić! No, wyszło mi to zestrajanie, wyszło. Ale też sam tego nie zrobiłem. Dużo w tej kozie dłubałem. Lata prób i błędów. Może i czasem zniechęceń, kaprysów. Nieraz sobie gadam: „Panie Boże na coś mi taki talent dał?”. To mi jeden ksiądz powiedział, żebym nie bluźnił.

U świętej pamięci Bolka Trzmiela był Jan Karpiel Bułecka, potem ja, był Florian Walkosz – słynny muzykant. Tyle wiem. A kto jeszcze? Bolesław Trzmiel był takim człowiekiem… skromnym, miał wielką skromność w sobie… nie dbał o popularność. A ja się od niego uczyłem… ja chłonąłem tę wiedzę. On mnie polubił. Potem ze mną pojechał na Bukowinę. Nie pamiętam, w którym roku to było. Zdobyłem wtedy tę Złota Spinkę… Mówię: „Panie Bolku – bo on wtedy siedział na widowni – powiedzieć, że to u pana się uczę?”. Powiedział, że nie. Może się bał, że mi nie zestroi, no i co wtedy? Ale potem, jak mi to zagrało, ucieszył się! Pamiętam, miał takie świeczki w oczach, tak mu się te oczy zaszkliły. Poklepał mnie po ramieniu. Tak się to zaczęło. I potem mi gadał: „Jasiu, jak będziesz miał jakiś problem, to zawsze przyjedź”. Tak mnie potem polubił.

Czym się Trzmiel zajmował na co dzień? Wyrobem tych instrumentów. Na skrzypcach też grał. W budowie instrumentów doszedł do perfekcji. Tak jak on to wymyślił, to przeskoczył o ileś lat tych, którzy grali przed nim i może mu to też zarzucali… Może Trzmiel kogoś przeskoczył, nie wszystkim to odpowiadało? W jego czasach granie na plastikowych stroikach?! Nie było to dopuszczalne… Jak go poznałem, to się cieszyłem, że mnie w ogóle chciał przyjąć. Dobrze, że go spotkałem w życiu, że poszedłem do niego. Ale powiem tak szczerze: gdybym go wcześniej znał, to bym był u niego… codziennie to może nie, bo bym mu się znudził, ale na pewno bym się tam nauczył trochę tych instrumentów robić.

Dla mnie każdy dźwięk jest na wagę złota. Ktoś powie: „Ale jak na wagę złota?”. Niby nic, ale wiedzieć, kiedy z pustego na pełne albo z pełnego na puste? Ja gadam tak: „Jak jest ktoś powykrzywiany, czyli zamyślony, nie ma humoru, to znakiem tego, że nie ma radości z grania. Czegoś mu brakuje…”. Raz tak mówię do jednego chłopca: „Słuchaj, jakbyśmy sadzili takie drzewko owocowe, na wiosnę, lato – będą na nim owoce?”. Patrzycie teraz na mnie i zastanawiacie się, jak mu to odpowiedzieć. Taka trochę filozofia góralska… Pewno byście odpowiedzieli, że nie. A ja jak odpowiem? Będą! Wyniosłem te mądrości albo z chałupy, albo je kaj żem słyszał. „Dajmy, że by to drzewo urosło takie jak ja albo jeszcze grubsze, jakie ono będzie? Słoje będzie miało?” I tak patrzę na tego chłopca. „No… Wie pan… Pewnie będzie miało, ale do czego pan zmierza?” A! „Do tego zmierzam, że jeden podmuch wiatru halnego i wali to drzewo razem z tobą”. „Jak ze mną?”. Chciałem go pobudzić tak myślowo, żeby zrozumiał, że jeszcze dużo przed nim. Ktoś mi powiedział: „Piotrek, jak ty tak mówisz, to gasisz ludzi!”. Nie gaszę. Uczę ich troszeczkę… dystansu do tego syćkiego. Ale tak sobie myślę, że to rodzice robią krzywdę tym dzieciom. Oni już chcą, żeby te dzieci mistrzami były! My jak gdzieś graliśmy i zdobyliśmy wyróżnienie, to się cieszyłem, że wyróżnienie dostałem. Niektórym to się wydaje, że jak się zna jurora, to można być lepiej ocenionym. Ale ja się na to nie zgadzam. Mają mnie oceniać za to, jak gram. Taki już jestem. Szczery do bólu kości, jak to się mówi. A też jakbym tak wszystko wygrał, to co by mi za parę lat dali?

A ja cały czas mam jakieś pomysły. Co przegląd, to wynajdę jakąś nutę, której już nie grają, w innym stylu… Ktoś by mi powiedział: „Na co ci to, Piotrek? Pewnie się będą z ciebie śmiać”. Może będą się śmiać, może nie. A za chwilę to wszystko będzie tak, że się wróci do macierzy. Bo uznają w pewnym momencie, że szukaliśmy tego skarbu po świecie, a okazuje się, że skarb jest u ciebie, na miejscu. Skąd to wziąłem? Z Paolo Coelho, z Alchemika. I dało mi to do myślenia. Że słuchałem tu takiego stylu, a tu takiego, ten miał taki styl, ten mi gadał, że ja źle gram. Myślę: kurczę, szukałem po całym świecie! Słuchałem z kaset tego, tamtego. Tylko w tym słuchaniu to też jest tak: melodii się nauczysz, ale jakie ktoś ma palcowanie, jakie podcięcia? Musisz do kogoś iść, zobaczyć, popróbować.

A najgorzej to się nauczyć ze złymi nawykami i iść z nimi do przodu. A trzeba się trochę upokorzyć. Powiedzieć koniom: prrr, za bardzo się zagalopowałem.
Nieraz dzieci pytam:

– Jakbyście chcieli: pod prąd czy z prądem wody płynąć?

Wszystkie dzieci mówią:

– Z biegiem wody, proszę pana!
– A czy to dobre jest?
– No tak.
– A jeślibyś dopłynął do wielkiej tamy? Wiem, że umiesz pływać, ale załóżmy, że dopłynąłeś do tej wielkiej tamy i tam są rekiny i wiry, co wciągają pod wodę… – tak ubarwiam trochę.
– Aha, to o to panu chodziło…
– Tak, bo jak jeszcze nic nie przeszedłeś w życiu, to ci się wydaje, że umiesz pływać, a pływać… nie umiesz. A z biegiem wody płyną…?
– Co płynie?
– Śnięte ryby.

No i takie mądrości… Nie po to, żebym kogoś chciał nauczać. Nie będę patykiem zawracał wody. Ino daję takie nieraz do przemyśleń. A czy to komuś pomoże, czy nie…

Mój dziadek to jak miałem trzy roki, na gęślach mi do kołyski grał. Dwa lata temu znalazłem nagrania. To jak tego słucham, w gardle mi ściska. Trudno uwierzyć. Może ten talent przeszedł na mnie jako na potomka? Nieraz to sobie myślę, gdybym miał kogoś, kto od małego by mi przy muzyce pomógł… A dawniej to był jeden wychwalony we wsi, a reszta – zamknięty krąg. Ci starsi górale to jak patrzyłeś, jak grają, odwracali się do ciebie plecami. Żebyś nie podejrzał. Po góralsku jest takie powiedzenie, że trzeba wchodzić do ognia z darzmi. Później to brałem wódkę i szedłem do muzykanta. I trzeba było siedzieć, bo jakbyś się nie napił, to znakiem, żeś nie jest z nim! I do mnie raz przyszedł taki jeden z wódką na nauki. I myślę sobie: nie, ty już nie musisz do ognia z darzmi wchodzić. Ja nie chcę żadnych wódek. Co umiem, to pokażę. Co by ino chciał tę wiedzę przyjąć.

Tekst:  Monika Gigier

Zdjęcia: Maryna Majerczyk

X