Andrzej Budz

 

Dębno (Podhale)

 

Monika Gigier | 2018

Władysław Stefaniak i Jan Budz „Waluś”, znakomici prymiści, uczniowie słynnej Bronisławy Koniecznej Dziadoń „Dziadońki”, frasowali się: „Jak ja pomrę, kto tu będzie grał? Idzie, het, ku końcu świata, bo się ludzie nie garną”. Dawniej były na wsi ze dwie kapele, nawet i trzy…

Dawniej, te starodawne czasy jak pamiętam, to nikt nikogo nie gonił. Jak o dwunastej dzwoniło się na Anioł Pański, to każdy przykląkł, modlitwę odmówił bez pośpiechu. Każdy każdemu pomagał. Nie było zwadów. A dziś jest telo problemów na sąsiedztwie! Człowiek zdziczał, ludzie siebie nie potrzebują… Kojarzę też, jak się grabiło siano. Pograbiło się, było ognisko, jakieś grule się do ognia wrzucało, piekło jabłka na patyku czy kiełbasę, byli starsi, napitek wysokoprocentowy dla starszych po robocie i oczywiście śpiew. Normalnie, na głosy. Ciotka Helena śpiewała fest. Miała taki głos! Między polaną a lasem było z osiemset metrów w linii prostej; jak ona jukła, czyli tak krzyknęła, to tak, jakbyś ją miał za plecami, dzwon taki, takie alikwoty! Jak się zeszli w niedzielę, śpiewali, to mrówki po plecach – tak to rezonowało!

Mały Jędrek Budz od najmłodszych lat jest za pan brat z muzyką ludową. U babci pod telewizorem stoi gramofon, wujek Mirek puszcza muzykę Maśniaków i uczy Jędrka podstaw góralskiego tańca. Ciotki śpiewają w zespole, kuzyn gra na skrzypcach – uczy się między innymi u Jana Budza „Walusia”. Młodego Budza ciągnie do muzykowania. Przy szkole podstawowej jest zespół Honielnik. Prowadzi go nauczyciel WF-u, pan Jerzy Dudek; jego żona Maria jest z kolei kierownikiem zespołu Zawaternik w sąsiedniej wsi, przy szkole podstawowej w Leśnicy. Pan Jerzy dokładnie uczy chłopców kroków. Uczniowie są zaangażowani, jeden z chłopców przynosi kamerę, nagrywają, jak tańczą, po czym omawiają szczegółowo swoje solówki. I jest rywalizacja – który lepszy, który dokładniej powtórzył kroki. Budz wspomina, że to pierwsza poważna motywacja. Kolejna to otwierający się dzięki zespołowi ludowemu świat. Kierownik mówi im, że najlepsi będą mogli zapisać się do starszego zespołu i wyjechać za granicę! Budz trafia do dziecięcego Zawaternika.

Spodobałem się pani Marysi. Śpiewałem do tonacji, a niektórzy tonacji nie chwytali. Dla mnie nie było problemu i mogłem jechać na występ do Warszawy. Skąd miałem strój? Kierownik zespołu dała mi portki, koszulę moja babcia dała. Pojechałem na trzy dni do Warszawy i już hurra, bo widziałem kawałek świata! I jeszcze występ, publika, brawa. Od razu inaczej się do tego podchodziło.

Pewnego razu kuzyn Jacek Mucha mówi Andrzejowi: „Tańczysz, śpiewasz… Może byś się chwycił za skrzypce?”. Ale skąd wziąć instrument? Budz ma dziewięcioro rodzeństwa, mama zajmuje się domem, a ojciec pracuje dniami i nocami, by rodzinie niczego nie brakowało.

Tata robił u szwagra – Jana Muchy, kuśnierza. W latach 80., 90. przychodził po siedemnastej z roboty, spał kilka godzin i do trzeciej, czwartej szył w domu. Spał do wpół do ósmej, mama go budziła i z powrotem do roboty. Nigdy nam nie było źle, nie chodziliśmy obtargani, zdrowi wszyscy, czego więcej do szczęścia trzeba? No ale kasy na instrumenty nie było. Zacząłem się na skrzypcach uczyć, jak miałem jakieś dwanaście, trzynaście lat. Wszyscy koledzy już mieli skrzypce, bo ich była dwójka albo czwórka w chałupie. A jeszcze jak ktoś z rodziny albo sąsiad miał instrument, to pożyczył. A ja grałem na instrumencie u mojego kuzyna – Jacka.

Dwa, trzy razy w tygodniu Andrzej odwiedza swojego kuzyna i uczy się grać. Najpierw metodą dedukcji – kuzyn pokazuje, od którego dźwięku zacząć, resztę Andrzej dogrywa już sam. Po lekcji skrzypce trafiają z powrotem na kołek, nie można ich pożyczyć do swojej chałupy, żeby poćwiczyć. Ale Budz jest wytrwały i zdolny. Na próby zespołu specjalnie przychodzi pół godziny wcześniej, żeby móc poćwiczyć granie. Szybko robi postępy. W końcu los się uśmiecha. Pod nogi spacerującego po jarmarku w Nowym Targu wujka Mańka przewracają się skrzypce. Mama daje Andrzejowi 180 złotych i Budz staje się posiadaczem steinerów.

Były wysmarowane jakąś pastą do mebli, ojej, co to było z tymi skrzypcami! Ale jakoś to się doprowadziło do porządku. Dziadek Tadeusz mi wyciął podstawek z jaworu, smyczek mi z jabłonki zrobił. Gada: „Przydałoby się włosie końskie. Idź do dziadka Wicka (ojca taty), bo u nich był koń ten duży, co się zaochwacił i zdech. Dziadek nie jest głupi, na pewno kudły z ogona zostawił”. I rzeczywiście, były włosy z całego ogona. Koń był wielki, chyba ze sto osiemdziesiąt centymetrów miał w kłębie. Wziąłem ten ogon, z dziadkiem żeśmy te włosy czesali, żeby nabić smyczek. I zacząłem coraz więcej grać.

Na chałupniczo wyremontowanych skrzypcach Budz gra coraz lepiej. Podejmuje się także różnych prac, by inwestować w ulepszanie instrumentu. Z wujkiem Janem Budzem, zwanym „Bacą”, pracuje przy tynkowaniu dyskoteki w Białce Tatrzańskiej, gra z muzykantami, ziarnko do ziarnka i można kupić porządny smyczek i podstawek. Andrzej gra więc coraz więcej, coraz więcej ćwiczy. W tym czasie zdaje do technikum budowlanego, poznaje muzykujących rówieśników. Jeżdżą na granie do Zakopanego, zimą grają z muzyką w karczmach, pod wyciągami narciarskimi. Mama jest dumna, że syn w wieku szesnastu lat już nieźle sobie w życiu radzi, on też jest zadowolony – nie musi jej obciążać finansowo. Kuzyn Jacek stwierdza w końcu, że Andrzej pewne melodie gra już lepiej od niego, czas najwyższy, żeby znalazł sobie profesjonalnego nauczyciela. Trafia więc do profesora Wiesława Bieniasza, a następnie – przez felerne wydarzenie – do znanego lutnika Jana Bobaka.

Byłem na wyjeździe i przewróciła mi się dusza. Podstawek się przewrócił i dusza się przewróciła. To sobie tę duszę postawiłem – na nici i na widelec. Przychodzę z profesorem Wiesławem Bieniaszem do pracowni i mówię, że dusza mi się przewróciła i nie wiem, czy dobrze postawiłem to wszystko. Poszliśmy do mistrza Jana Bobaka i on gada, że podstawek źle stoi. „Ale kto ci tę duszę ustawił?”, pyta. Mówię, że ja to tak próbowałem, metodą dźwiękową. „Bardzo dobrze” – gada, on tutaj nic nie będzie ruszał, bo jest dobrze ustawione.

Biedne skrzypce pękają niedługo potem, przywalone przez jakieś nieostrożne, upadające ciało. Ale i tym razem na drodze Andrzeja Budza staje życzliwy człowiek. Jan Bobak prowadzi go do swojej pracowni, do pracownika Wojciecha Topy: „On ci wszystko pokaże i powie, jak zrobić”, zaręcza. Budz zwierza się, że chciałby zrobić sobie własne skrzypce. Ujęty zaradnością młodego górala Jan Bobak okazuje się szczodrym nauczycielem. „Będziesz przychodził tu do mnie do pracowni, kiedy będziesz miał czas”, mówi, po czym daje mu wszystkie materiały potrzebne do wykonania wymarzonego instrumentu, służy pomocą, udziela rad i zostawia duże pole dla samodzielności: „Najważniejsze, żeby tobie się podobały. Mają wyglądać podobnie jak instrumenty, które tu widzisz, ale pamiętaj, że robisz je dla siebie”. I tak Andrzej zaczyna swoją przygodę z lutnictwem.

W 2001 skończyłem swój pierwszy instrument. Na formie Stradivariusa. Oczywiście teraz, jak na niego patrzę, to mi się śmiać chce. Jest z czego. Pewne rzeczy mi się podobały, ale nie wiedziałem, jak zrobić. I zrobiłem sobie na przykład innym dłutkiem i są nienaturalne wcięcia na ślimaku. Wyglądają jak karykatura.

Jan Bobak wkrótce zaprasza Budza do współpracy. Zaczynają od wytwarzania główek różnych modeli skrzypiec, na bazie modeli Stradivariusa, Gaudagniniego i Bergonziego. „Niby szyjka taka sama, a się różni, wykonaniem, podcięciem, wybraniem”. Współpraca trwa do dziś.

Budz przyznaje, że nauczył się dzięki niej dokładności. Praca ma być porządna wizualnie i technicznie. Przydaje się to także przy wytwarzaniu instrumentów pasterskich. Dokładne wykonanie przekłada się na brzmienie instrumentu. Pewnego razu wujek Jan Karpiel Bułecka – „bo my go Ujkiem nazywamy” – był instruktorem na warsztatach budowy piszczałki bezotworowej w Zakopanem (które to zainicjowała Agnieszka Gąsienica-Giewont z Biura Promocji Zakopanego). Lubo Tatarka, słowacki dudziarz, przywiózł patyki z czarnego bzu.

To strugaliśmy. Budowlanka udostępniała warsztaty. „Ujek” nam wytłumaczył pewne rzeczy, a potem gada: „Co ja wiem, to wiem, a resztę – musicie robić”. To zacząłem szukać narzędzi, od dziadka wziąłem wiertło, od sąsiada. I zacząłem robić.

Przychodzi czas na eksperymentowanie. Budz chce wiedzieć jak najwięcej, by wytwarzać jak najlepsze instrumenty. Do wielu rzeczy dochodzi sam, metodą prób i błędów. Ćwiczy wyrabianie piszczałek na rurkach PCV. Zasięga języka u doświadczonych kolegów. Od piszczałki bezotworowej aż do coraz to bardziej rozbudowanych instrumentów pasterskich. Wytrwale zbliża się do momentu, kiedy będzie wiedział na tyle dużo, by własnoręcznie stworzyć dudy.

Ja żek jeszcze nie zrobił swojego instrumentu. Ale non stop się uczę, bo idea fix musi być. Mnie o to chodzi, żeby tak spracować, jak szkockie, nasze podhalańskie. Szkoci mają manufakturę: wkładasz – grasz. Tam nie ma, że coś nie stroi – ktoś to spracował odpowiednio.

Po raz pierwszy Andrzej Budz słyszy dudy na konkursie kapel w Nowym Targu. Gra Tomasz Skupień ze swoim uczniem. Niestety, zakup kozy okazuje się być poza jego zasięgiem finansowym.

Wtedy to kosztowało z osiemset dolców chyba… A u Tomasza Skupnia to było tak: dudy ci zrobił – musiałeś do niego chodzić. Nie dawał ci do chałupy w ogóle! Nauczyłeś się grać – dopiero ci te dudy dawał. Bo jak się nie nauczyłeś – chcesz dudy, a nie będziesz na nich grał? Wyjmował stroiki, składał – proszę bardzo. Nie dawał ci w ogóle stroików.

Po latach dudy przychodzą do Budza same – kolega Bartek Marduła, właściciel jednego z instrumentów Skupnia, żali się, że koza nie chce stroić. Andrzej pożycza od niego dudy, zmienia stroiki – sukces! Krok po kroku dochodzą kolejne modyfikacje, na przykład niegrającej czysto przebierki. Budz wciąż się uczy, eksperymentuje. Pewne patenty stara się podpatrzeć u znajomych, inne są dziełem przypadku.

Raz jechałem z Zakopanego z grania. Zatrzymała mnie policja i kazali mi dmuchać. „Ustnik dla pana”. Jadę i non stop mam go w ustach. I tak sobie dmucham do niego i wciągam powietrze – przecież trzyma! Myślę: przecież może być do dud! Trzeba mocno dmuchać, bo trochę za mała średnica, ale się zrobiło. Szukam różnych takich patentów, podpatruję, szukam w internecie. Nie jest lekko, ale w końcu jak się szuka, to się znajdzie.

Andrzej Budz wielokrotnie mówi o ludziach, których podziwia za grę czy wiedzę. Swojego nauczyciela skrzypiec, śp. Marka Łabunowicza, multiinstrumentalistę, TOPR-owca, wspomina jako człowieka wyrachowanego, umiejącego rozróżnić melodie z różnych regionów Karpat, omówić je i odpowiednio zagrać. Jest zachwycony stylem gry Władysława Trebuni-Tutki, wciskającej w fotel, zróżnicowanej. „Sekcja gra mu punktualnie, a on płynie ponad nimi. To daje taki power!”. „Ujka” Jana Karpiela podziwia za precyzję i emocjonalną grę. „Wybrał melodię tak czysto pazdorami! Na pogrzebie zagrał zwykłą góralską melodię, ale tak zagrane, tak śpiewnie, i tak wyrubatowane, że chwyta za duszę, aż głowa boli. Jak wyrafinowany, z górnej półki muzyk światowej klasy – tak to powybierał! I takie autorytety trzeba naśladować. Uczyć się, podpatrywać”.

Rady autorytetów są dla niego cenne również w kwestii tworzenia instrumentów. Ojciec Stanisław, rozeznany w skórnictwie, radzi mu, jak garbować skórę na worek. Kolegów po szkołach muzycznych, profesorów Andrzej pyta o strojenie poszczególnych instrumentów, a doświadczonych dudziarzy o szczegóły budowy, nie zawsze uzyskując odpowiedź.

Pytam się kolegi, żeby pokazał, jak te stroiki jego wyglądają. To nie pokaże. Mówię: „Przecież ja ci nie będę tam pazdorami dłubał ani ci do tego pluł, ani nie spalę. Chcę tylko kuknąć…”. Trzeba to przyjąć na klatę, jak ktoś się nie chce podzielić. Może do tego dochodził szeregiem lat albo tajna jakaś to wiedza – nie wiem. Ja to się staram dzielić. Bo czemu nie robi dud czterdziestu ludzi na Podhalu? Albo stu ludzi w Polsce? Oczywiście, to wszystko jest skryte. Nie pokaże jeden drugiemu, a życie jest takie, żeś jest dziś, a jutro cię nie ma.

Budz ubolewa nad tym, że bardziej obeznani twórcy nie dzielą się swoim doświadczeniem. Wierzy, że gdyby było inaczej, polskie dudziarstwo rozwijałoby się szybciej, lepiej. Marzy mu się cech taki jak na Słowacji, gdzie dudziarze wymienialiby się praktycznymi wskazówkami, wymyślali innowacyjne patenty.

Szukają zapisków, jakie te dudy mogły być dawno temu. Oni tam się prześcigają! Nie wiem, czy Juraj Dufek nie zrobił ostatnio siedmiogłosowych. Lubo Tatarka w Zbąszyniu miał trzy bąki, także mógł grać w durowej tonacji, przestawił i grał w molowej. Malutkie, a grają jak organy! No i oni plastikowe stroiki – korpusy i piórka – do dud robią.

Według Budza wytwarzanie dud tylko i wyłącznie z tradycyjnych materiałów to marnowanie potencjału instrumentu i grającego. „Można jechać drezyną po torach, można jechać lokomotywą, ale można i TGV. Ja bym chciał to usystematyzować, żeby to stroiło”. Trzcinowe stroiki na przykład ładnie brzmią, ale nie są odporne na zmienne warunki atmosferyczne. To za bardzo przyschną, to znów nabiorą wilgoci i koza nie stroi. Zamiast grać, marnuje się czas na ponowne nastrojenie instrumentu. Przykładami, jak uparta i wymagająca może być koza, Budz sypie jak z rękawa. Słońce przygrzeje – wysuszy stroiki, wejdziesz z chłodu do ciepłego pomieszczenia – rozstroi się, skóra straci właściwości i przepuszcza, nie ma odpowiedniego ciśnienia w worku „i helikopter się włącza dudziarzowi, nie trzeba alkoholu”. Kiedy Piotr Majerczyk zaczął robić plastikowe stroiki, w środowisku padły komentarze, że nie tworzy tradycyjnie. „Za to praktycznie” – stwierdza Budz.

Piotrek podpatrzył u Lubomira Tatarki te plastikowe i hybrydowe rzeczy i gra to świetnie. Mało tam trzeba grzebać. W warunkach domowych się to utrzymuje nastrojone, można ćwiczyć. A już Bolesław Trzmiel robił plastikowe treści, plastikowe stroiki, korpusiki! Doszedł pewnie do tego, że są mniej higroskopijne i jest mniejsze prawdopodobieństwo, że to nie będzie stroić.

Kilka lat temu dopadły Budza problemy ze zdrowiem. Doktor stwierdził zwyrodnienie kręgosłupa, za mało ruchu. Ratunek znalazł się w górach i w zamiłowaniu do historii. Andrzej zapisuje się na kurs przewodników tatrzańskich. Szkolenie trwa ponad dwa lata i jest bardzo szczegółowe. Swoim zakresem obejmuje geografię, topografię, historię regionu Karpat – nie tylko polskich, ale i słowackich. Wiadomości o tym, na jakim podłożu rośnie szarotka, pod czyim panowaniem odbyło się powstanie chochołowskie, czy ścieżka nad Reglami biegnie nad czy pod kapliczką, trzeba mieć w jednym palcu. Kiedy dochodzi do egzaminu końcowego, Budz ma problem z jednym pytaniem. Decyduje się zdawać w kolejnym terminie, choć egzaminatorzy zawracają go jeszcze od drzwi i namawiają, żeby spróbował.

Próbować można, jak się coś umie. A ja żem jest taki, żem nie przyszedł po to, żeby na piękne oczy zdać. Ja to muszę mieć w głowie.

Przeglądając Facebooka Andrzeja Budza, co chwila natrafia się na archiwalne zdjęcia górali przy codziennej pracy, odpoczynku, zabawie. Jemu samemu marzy się, żeby podhalańskie autorytety napisały kompendium wiedzy o regionie, gdzie przystępnym językiem będą opisane dzieje Podhala i kultura tej części Tatr, tak, by każdy zainteresowany miał dostęp do szczegółowych informacji. Nie mniej niż obszerna wiedza na temat jego małej ojczyzny ujmuje w Andrzeju Budzu to, że chce się nią dzielić i wciąż się dokształca. Zauważyć można w tym działaniu szacunek do przodków, ale i nutkę nostalgii za minionymi czasami.

Nie ciągnie mnie do przodu, a bardziej do zadku. Starodawny świat mnie interesuje. Dawniej nie było smartfonów, elektryki, a ludzie sobie radzili. I to jest bogactwo – że ludzie potrafili sobie w takich ciężkich czasach dać radę. I ta muzyka i budowanie instrumentów – to właśnie człowieka przenosi myślą do tych starodawnych czasów.

Tekst:  Monika Gigier

Zdjęcia: Piotr Baczewski

Film i nagranie: Piotr Baczewski

X