Byrtkowie jadą do Ameryki, czyli jak zespoły pieśni i tańca nie zabiły tradycji muzycznych na Żywiecczyźnie

Beskid Żywiecki | Przemysław Ficek | 2018

 

Jan Gąsiorek, ceniony choreograf i znawca folkloru górali żywieckich, policzył, że od 1935 do 2012 roku działało na Żywiecczyźnie 95 zespołów pieśni i tańca (obecnie pozostało ich 45, z czego 25 dziecięcych). Większość z nich funkcjonowała w rozsianych po regionie miejscowościach. Zakładali je lokalni działacze kultury, nauczyciele, księża, powstawały przy kołach gospodyń wiejskich czy klubach rolnika. Występowali w nich wyłącznie naturszczycy, a przygrywali miejscowi muzykanci.

Na terenie gminy Jeleśnia było takich zespołów 12. Pierwszy z nich został założony w 1935 roku w Korbielowie. Po Grupie Regionalnej z Radziechów był to drugi najstarszy zespół regionalny na Żywiecczyźnie. Najdłużej przetrwała Romanka z Sopotni Małej, gdzie jeszcze do niedawna młodzi tancerze występowali na jednej scenie z tymi pamiętającymi pierwszy występ zespołu w 1967 roku. Przez lata przygrywali im: Józef Kupczak na skrzypcach i Jan Greń „Wagon” na dudach, Jan Jafernik „Strycek” na piszczałce, dudziarze Józef Greń oraz Jan Kupczak „Peperowiec”, a w późniejszych latach – dudziarz Józef Łanowski ze skrzypkiem Mieczysławem Kamińskim oraz skrzypek Marcin Blachura „Benek” z towarzyszącym mu na dudach Przemysławem Fickiem.

Zespół Folklorystyczny Romanka (z dudami – Józef Greń)

1968 | archiwum rodziny Greniów

W Pewli Wielkiej przy kole gospodyń wiejskich działał zespół, w którym przygrywał słynny wirtuoz skrzypiec Karol Byrtek (1907–1989) ze swoim szwagrem, dudziarzem Władysławem Plutą (1920–1992). Obaj byli samoukami, obaj uczyli się gry, podpatrując swoich ojców, po kryjomu grając na ich instrumentach. Pluta w latach 1951–1955 grywał też z Józefem Szczotką, muzykiem i folklorystą z Milówki, późniejszym patronem zespołu Wierchy, oraz – nieco później – z synem Karola Byrtka, Józefem, w zespole Jeleśnianka z Jeleśni.

Władysław Byrtek, skrzypek:

To był piękny zespół – mój ojciec i Pluta, szwagrowie. Później się rozłączyli, bo Edek się nauczył grać na dudach i grał już z ojcem. A Pluta na ojca był zły. Nie było takiego, co by go tu pokonał.

Wojciech Majerz z Jeleśni (1913–1983) również uczył się od ojca, grał też na jego dudach, kiedy nikt nie patrzył. Ćwiczenie na gajdzicy przy pasaniu krów szło mu tak dobrze, że już w wieku 13 lat, ku zaskoczeniu ojca, został poproszony o zagranie na weselu. Kilka lat później grywał już na zabawach i weselach regularnie – pierwszego dnia na perkusji, ale na poprawiny zabierał ze sobą dudy. 22 września 1940 roku w ramach prowadzonej na Żywiecczyźnie Aktion Saybusch został z rodziną przesiedlony na Lubelszczyznę, skąd uciekli i powrócili do Jeleśni dwa lata później. Przez kolejne lata zajmował się pracą w tartaku i budowlanką, ani na chwilę nie przerywając muzykowania. Grywał głównie ze skrzypkiem Antonim Suchoniem. Synowie i wnuki odziedziczyli po nim talent i poniekąd poszli w jego ślady – są znakomitymi perkusistami.

Stanisław Hulbój

fot. Marian Koim | ROK Bielsko-Biała

Bronisław Majerz ze zdjęciem ojca, Wojciecha

fot. Przemysław Ficek

W Koszarawie przy KGW od 1969 roku działał Regionalny Zespół Pieśni i Tańca „Wrzosy”. Grali im Jan Hulbój na dudach, Józef Maciejny na skrzypcach oraz Józef Głuchaczka na heligonce. Kapela ta przygrywała też Janosikowi z Przyborowa oraz Turniom z Jeleśni. Wrzosy można obejrzeć w całej okazałości w świetnym dokumencie „Tańce polskie – śladami Oskara Kolberga. Beskid Żywiecki”.

W 1971 roku przy świetlicy wiejskiej w Korbielowie rozpoczął działalność zespół Turnie, w 1975 roku przemianowany na Dziewięciornik. Grali w nim Józef Majewski i Karol Wrona na skrzypcach oraz słynny dudziarz Franciszek Mrowiec „Ciostecko” z Krzyżówek, który później związał się ze skrzypkiem Stanisławem Hulbójem „Ladzikiem” z Jeleśni. Obaj uśmiechnięci, uprzejmi, szarmanccy.  Ladzik swojego szpicmiana nie lubił. Lubił natomiast przedstawiać się „Stanisław Hulbój, najsłynniejszy muzyk świata”. Ciostecko słodki, jak jego szpicmiano. Do kobiet zwracał się „moja torecko” (tarnina cierpka, ale zimą miód w gębie). Lubił wypić, ale w domu nigdy nie przeklinał. Chyba że przy strojeniu dud…

Jan Szostak, miłośnik folkloru:

Franek Mrowiec na wieczorny występ dudy zaczynał stroić około czternastej, piętnastej. Obok stało wiaderko. Wyciągał gajdzicę, poprawiał sznurek, moczył i próbował, moczył i próbował – i to trwało i trwało, a ja stałem obok i czekałem, kiedy mu to w końcu zagra, próbując zgadnąć, czy to już, czy jeszcze nie. I znów do wiaderka, i znów sznurek poprawić, i znów dmuchnąć, poskładać, zagrać, i za każdym razem wydawało się, że już jest blisko, ale nie! Były przy tym strojeniu jakieś kruca banda, ty psiokrwio, ty cholero, aż kończyło się tym, że rzucał dudy, żeby na chwilę odpocząć, i znów… Kiedy już w końcu złożył i zagrał, to nawet ja czułem, jak i on, że to jest ten moment. Jeszcze jak mu żona zaśpiewała, to już był odlot zupełny.

Jadwiga Jurasz, folklorystka, kierowniczka zespołu Grojcowianie z Wieprza:

Stasia Hulbója pamiętam, jak pracowałam w Żywieckim Ośrodku Kultury. Bardzo elegancki pan, nie mówił gwarą. On był z pańska. Była taka sytuacja, kiedy Festiwal Folkloru Górali Polskich w Żywcu zamiast na rynku odbywał się na dużej scenie. Stasiu Hulbój wyszedł na scenę i nie chciał skończyć, nie szło go ściągnąć z tej sceny. Pokazujemy mu czas i żeby kończył, a on dalej nic i dalej nic. W końcu Jasiu Łoboz z Jeleśni, pilot pomagający nam przy festiwalach, przyszedł pod scenę i krzyknął: Stasiu, ej!. Stasiu odłożył instrument, odpowiedział: Daj Boże, dzień dobry! i grał dalej.

Zdarzało się też często, że muzykanci jeździli na zarobek do większych miast. Mrowiec na przykład regularnie bywał w Gdyni. Adam Wróbel, muzyk, lutnik, znawca folkloru:

Mrowiec dosyć długo grał z Hulbójem w zespole Gronie. Było to bardzo dawno temu, pracowałem wtedy jako kierownik domu kultury. Pojechaliśmy kiedyś na festiwal do Grudziądza, stamtąd zrobili nam wycieczkę do Gdańska i Gdyni. Wracamy, autobus pełny, ale Mrowca nie ma. Poszliśmy go szukać. Gdynia, skwer Kościuszki, Dar Pomorza stoi, słychać dudy… I to nie przed, ale w środku, w mesie kapitańskiej! Kapitan i marynarze go znali, bo on jeździł tam na zarobki. Załatwił nam wtedy kolację dla całego zespołu.

W późniejszym składzie Dziewięciornika grały już skrzypce (Władysław Słapa) i heligonka (Władysław Widz „Kocius”). W Hajdukach z Korbielowa: Henryk Majewski na skrzypcach i Tadeusz Pastor na heligonce. W Krzyżowej grała kapela z heligonką, skrzypcami i bębnem. Dudy grały trochę dalej od głównej drogi.

Obok zespołów regionalnych z małych miejscowości powstawały profesjonalne, reprezentacyjne zespoły pieśni i tańca, działające najczęściej przy żywieckich zakładach pracy, spółdzielniach, domach kultury. Najbardziej znane i najdłużej działające to: ZPiT „Pilsko” (dawniej Chałupnik), założony przy Spółdzielni Rękodzieła Ludowego i Artystycznego w 1953 roku; Gronie, działające przy DK Papiernik (1967); Jodły – przy Technikum Przemysłu Drzewnego (1968); Beskidy – przy WSS „Społem” (1969) czy Ziemia Żywiecka (dawniej Sędzioły, a jeszcze wcześniej Famed), założona w 1971 roku przy Żywieckiej Fabryce Sprzętu Szpitalnego „Famed”. W skład zespołów wchodzili przede wszystkim pracownicy zakładów, prowadzeni przez profesjonalnych instruktorów, m.in. Marię Romowicz, Jana Gąsiorka, Jana Brodkę, Adama Wróbla, Władysława Koźbiała. Prezentowali na scenie barwne widowiska oparte na folklorze mieszczan żywieckich oraz góralskim. Kierownicy kapel umiejętnie aranżowali tradycyjne pieśni i melodie na potrzeby sceniczne. Z czasem niektóre zespoły zaczęły wprowadzać do swojego repertuaru także tańce i melodie z innych regionów Polski, dzięki czemu na wyjazdach zagranicznych mogły zaprezentować publiczności cały przekrój narodowej kultury ludowej.

W tym samym czasie prowadzone były na Żywiecczyźnie badania terenowe, w których największymi dokonaniami odznaczył się Józef Mikś, autor opracowania „Pieśni ludowe ziemi żywieckiej”. Zgromadził w nim ponad 1200 utworów zasłyszanych od autentycznych śpiewaków z podżywieckich wsi. W pierwszym wydaniu książki pisał tak:

Bezpośrednio po wojnie, jako protest przeciw minionej przemocy z jednej strony, a akt spontanicznej radości z drugiej, zaczęły pojawiać się w Żywcu i w szeregu wioskach Żywiecczyzny zespoły regionalne (…). Poszczególne zespoły przeważnie były prowadzone przez ludzi nieorientujących się w istocie odrębności regionu żywieckiego, stąd też w pieśniach tychże zespołów spotykamy często materiały muzyczne z innych regionów, a co gorsza wręcz obce, szczególnie pieśni czeskie bądź nawet z innych sąsiadujących z nami narodów. Ten stan zmuszał mnie do wyjaśniania, co spotykało się często z oporem, albowiem fakt, że pieśń taka była śpiewana od lat u nas, był silniej przekonywający niż argumentacja o swoistych cechach pieśni żywieckiej, która nie była znana nawet folklorystom muzycznym, gdyż muzyka Żywiecczyzny, poza przypadkowymi kontaktami Kondrackiego, Fitelberga czy innych członków Młodej Polski, związanej z ich mecenasem księciem Wład. Lubomirskim, przebywającym w swym pałacyku w Rajczy – nie była spisana. Z drugiej zaś strony rozpropagowana szeroko muzyka góralska Podhala stworzyła przekonanie, że ta muzyka jest syntezą i praźródłem wszelkiej muzyki góralskiej i że nic oryginalnego i odrębnego poza nią nie istnieje.

Do miejskich zespołów zaczęto ściągać muzyków z okolicznych wsi. Władysław Pluta razem z Karolem Byrtkiem dostał w 1968 roku angaż w Jodłach, a od 1977 roku – w Groniach; grywał tam też Edward Byrtek. Brat Edwarda, Józef, został członkiem kapeli zespołu Sędzioły. Byrtkowie współpracowali też z zespołem Beskidy. Wojciech Majerz ze skrzypkiem Antonim Suchoniem do 1982 roku grywał w Pilsku. Mrowiec – w Groniach i Beskidach. Stanisław Hulbój współpracował z siedmioma różnymi zespołami z Jeleśni, Sopotni Małej i Żywca, w tym z Groniami i Beskidami. Wszystkich przebił Józef Maślanka z Żabnicy, który z Pilska trafił do PZPiT „Śląsk” w Koszęcinie, gdzie przez długie lata pełnił funkcję artysty do zadań specjalnych.

Wyrwani z naturalnego kontekstu i postawieni na scenie obok szkolonych muzyków i tancerzy, bez problemu potrafili się odnaleźć w nowych okolicznościach. Nigdy nie zmienili charakteru swojej gry – słychać to w ich muzyce po latach, słychać też na nagraniach archiwalnych, gdzie dudy i skrzypce grają z towarzyszeniem basu, sekundu i chóru śpiewaków. Tak jak muzykom grającym z nut trudno jest się nauczyć gry „po żywiecku”, tak muzykom z żywieckich wsi nigdy nie udało się zmienić swojego wyuczonego stylu na potrzeby sceniczne. Nikt zresztą tego od nich nie oczekiwał.

Mogli się odtąd chwalić, że ze swoją muzyką zjechali całą Polskę i pół świata [1]. Byrtkowie zwiedzili Amerykę, Bułgarię, Czechosłowację, Francję, Hiszpanię, Niemcy i Węgry. Majerz – Jugosławię, Węgry, Czechosłowację, Bułgarię, Niemcy, Finlandię i Belgię. Greń – Ukrainę. Hulbój grał w Czechosłowacji, Niemczech, Francji, Jugosławii i na Węgrzech. Maślanka – w USA, Meksyku, Nowej Zelandii, Francji, Włoszech, Jugosławii, NRD i ZSRR. Pisano o nich w zagranicznych gazetach, puszczano w rozgłośniach radiowych, zapraszano na bankiety, goszczono jak przystało na prawdziwych artystów.

Trwało to do lat 80. Zmieniało się kierownictwo i instruktorzy, zmieniało się podejście do folkloru. Zmieniły się priorytety. „Autentyki” nie były już w zespołach potrzebne, liczyło się widowisko.

Jadwiga Jurasz, folklorystka, kierowniczka zespołu Grojcowianie z Wieprza:

Uczono nas techniki tańca klasycznego, techniki wolnej, krakowiaka, tańców rzeszowskich, lubelskich i innych. W tym świecie żyliśmy. Nikogo nie interesowało, co gdzieś na wsi się dzieje. Liczyły się tylko zespoły pieśni i tańca. Byliśmy wręcz trochę zadufani w sobie. Na zespoły wiejskie patrzyliśmy z wyższością, mówiliśmy, że nie potrafią zabawić ludzi programem, takim artystycznym. Wyjdą na scenę, coś zaśpiewają, ale wszyscy się przy tym nudzą. Mówiło się, że ich występy są nieciekawe, a stroje byle jakie. Władze i dyrekcje ośrodków kultury też tak na to patrzyły. To samo było z muzykantami. [2]

Obieżyświaty wróciły na wieś. Długo jeszcze będą wspominać zagraniczne wojaże, świetne zarobki, szacunek ważnych osób. Z regionalnym zespołem czy kołem gospodyń dało się pojechać tu i tam na przegląd czy dożynki, ale o porządnym wyjeździe zagranicznym można było tylko pomarzyć. Na wsi od dawna rządziła już inna muzyka. Pozostały konkursy i festiwale, na których parę razy w roku można było zarobić jakiegoś grosza. Czasem ktoś coś nagrał do radia czy telewizji. Pozostało czekać na ponowne odkrycie.

Szkoda, że nie wszyscy doczekali.

Przypisy:

[1] Należy w tym miejscu wspomnieć, że autor tego tekstu zaczynał w dziecięcym zespole Krokusy w Jeleśni, skąd następnie przeniósł się do ZPiT „Ziemia Żywiecka”, z którym zjeździł całą Polskę i pół świata. Nigdy jednak nie widział ani Rosji, ani Ameryki.

[2] Jurasz, J., Tamtego świata już nie ma, „Folklor na granicy”, ROK Bielsko-Biała 2014.

Tekst: Przemysław Ficek

W tekście wykorzystano fragmenty następujących wydawnictw:

Jadwiga Jurasz |Tamtego świata już nie ma | „Folklor na granicy” | ROK Bielsko-Biała 2014

Józef Mikś | Pieśni ludowe ziemi żywieckiej | TMZŻ Żywiec 1968

Zdjęcia: archiwum rodzinne Greniów | ROK Bielsko Biała | Przemysław Ficek | Narodowe Archiwum Cyfrowe

Filmy: Muzyka Odnaleziona

X