Chlust! Tak, żeby koło młyńskie ruszyło! Moniki Wałach naturalna pedagogika muzyki.

 

 

Jaworzynka (Beskid Śląski)

Anna Kapusta | 2019

Monika i Martin Wałach | 2013 | fot. z archiwum fundacji Klamra autorstwa Ewy Wolf

Opowieść Moniki Wałach o dziecięcym zespole Mała Jetelinka, który powołała do życia wraz z mężem Rafałem, odsłania zwierciadło biografii świadomej artystki, całym swym życiorysem uczącej się – jak sama twierdzi – ze wzorców i nauczającej, tak, jak czuje, naturalnej pedagogiki muzyki. Pedagogika ta nie potrzebowała ani dyplomów uniwersyteckich, ani potężnych instytucji promocyjnych, ani żadnej innej pozy. Kształtowała się ona naturalnie, wraz z biegiem życia. Czasem trudnym, a czasem wzruszającym.

Metoda pracy twórczej wybrana przez Monikę Wałach urodziła się i wzrastała kolejno: w muzyce domu dzieciństwa, w rodzinnej legendzie chaty Jana Kawuloka i w fascynującej relacji z Józefem Brodą, mistrzem metafor z ich naturalnych źródeł w folklorze góralszczyzny, by dać swój dojrzały owoc w Małej Jetelince. Wynikła z tego dosłownie siła młyńskiego koła, które nie ruszy od niechcenia, bo w sztuce musi być chlust wiary w siebie, najmłodszego nawet muzyka, i w codzienny sens żmudnej muzycznej roboty. Mała Jetelinka jest więc i hardą sumą mocnych, życiowych doświadczeń, i ciepłym, muzycznym domem, w którym talenty z ufnością ulokowało trzydzieści smyczków w wieku od lat 6 do 20. Dla nich zrobiono specjalnie małe gajdki, aby maleńkie dzieci były w stanie poradzić sobie cieleśnie z wibrującym ciałem gajd na własną, fizyczną i emocjonalną miarę. Gajdki teraz przechowuje u siebie Monika Wałach, by móc na próbach demonstrować, jak prawidłowo pracuje mocne, świadome ciało muzyka. Bo wszystkie dzieci w Małej Jetelince uczone są od początku wiary w swe bycie muzykiem „bez niczyjej krzywej miny”.

Pełny zamach koła młyńskiego wymaga sił, żeby się nie dać już zatrzymać. Metafora koła młyńskiego wprawionego w ruch streszcza tu niespisaną koncepcję naturalnej pedagogiki muzyki, nie tylko tradycyjnej. Naturalna pedagogika daje otwartość na koło życia, wodę na młyn. Chlust! Siłę do pracy.

Myśleć muzycznie. Jak pracuje młyńskie koło

Monika Wałach nie jest – z żadnego, formalnego dyplomu – pedagogiem. A jednak robocze określenie: naturalna pedagogika muzyki, ukute w trakcie naszej rozmowy w murach Szkoły Podstawowej w Jaworzynce, uznała za sensowne. Niecodzienne to doświadczenie dla reporterki być człowiekiem wysłuchanym i przyjętym z wyobraźnią przez osobę, z którą właśnie prowadzi się wywiad. Nieco na wspak wobec klasycznego modelu spotkania z indagowanym w niepodzielnym centrum uwagi. Jest w tym ciepło, troska i otwartość na innegodrugiego, dokładnie tak, jak w muzycznej pracy z dziećmi z Małej Jetelinki. Role pytającypytany, a właściwie uczącyuczący się czyjegoś doświadczenia, są przechodnie. Nie ma tu hierarchii, zamiast tego rodzi się radosny kontakt. Jest też coś więcej: umiejętność dostrajania się do rozmówcy. Całkiem podobnie jak w przypadku gry na gajdach. Trzeba współgrać, aby ograć temat. Monika Wałach kreuje przyjazne teraz, bo jak twierdzi, od trzydziestu lat nie ma żadnych planów, po prostu żyje i robi to, co jest możliwe w aktualnych, życiowych warunkach. Proszę więc o syntezę autorskiej metody muzycznej rozmówczyni i po chwili skupienia otrzymuję od niej metaforę rozmachu młyńskiego koła w pełnym obrocie. Jak działa myślenie muzyczne? Dlaczego odsłaniam moje „ja”? Oto zapis in vivo – metafory młyńskiego koła, czyli sytuacyjny szkic pedagogiki otwartej, praktykowanej w muzyce przez Monikę Wałach. Woda na młyn płynie sama, trzeba tylko zgodzić się na tę harmonię.

Dziecko musi umieć patrzeć i słuchać. Jeśli w domu mama śpiewa, słyszy tę muzykę. Ale nie zawsze tak jest, choć można się nauczyć grać i śpiewać z ambicji. Tak, są takie przykłady. Dziewczynka z rodziny muzycznej po dziadkach, bo rodzice nie są muzykalni. Gra z ambicji. I zaczyna pięknie grać. Do szkoły muzycznej pewnie by nie zdała. A jednak chce grać i świetnie gra”.

Podobnych dowodów niestandardowego rozwoju muzycznego w Małej Jetelince jest kilka. Rodzi się z nich wspólny wniosek, że muzykę można odkryć po swojemu, jeśli nie była ona dobrodziejstwem domu. Bo muzyka otwiera. Choć zdarza się też, że początkowy rozwój ulega zahamowaniu i naraz postępów brak. To się zdarza i trzeba to przyjąć. Była w zespole dziewczynka, która grała na skrzypcach i to nie było to, sama rzuciła lekcje gry. Pięknie śpiewa. To jest jej. W tej diagnozie Moniki Wałach nie ma rozczarowania, słychać autentyczną radość, że dziecko odkryło własną drogę i jest szczęśliwe. Dopytuję o szczegółowy opis metod pracy z dziećmi. I wtedy też wybrzmiewa energia metafory. Młyńskie koło jest siłą bycia sobą, wiarą w życie i nadzieją na nie.

To jest tak. Tak to czuję. Żeby koło młyńskie ruszyło, to nie da rady tak po kropelce dodawać wody, bo ono nie ruszy. Musi być chlust! Musi być chlust wody, żeby on ruszył. On, uczeń, albo ona. I dopiero teraz, wtedy to zaczyna równo pracować. Najpierw dzieci muszą uwierzyć, że naprawdę są muzykami. I nie mogą być one zbyt delikatne, tak, że ktoś na nie krzywo popatrzy i koniec. Nie, najpierw muszą uwierzyć w siebie, uwierzyć, że są muzykami. Muszą być zahartowane, że grają i już. Mają patrzeć, pracować oczami, słuchać innych i siebie. Młyńskie koło musi mieć zamach! Chlust! Tak się gra! Jak w życiu, trzeba się osłuchiwać.

Zatrzymujemy się z uważnością nad tą metaforą młyńskiego koła. Rozumiem, dlaczego dzieci z Małej Jetelinki uczą się mówić „ja” w swoim muzykowaniu. Dzięki temu dobrze się dostroją do rytmów życia. Monika Wałach opowiada mi o swych muzycznych zamachach młyńskiego koła. Kilka wybrzmiało najmocniej. W naszej rozmowie czas teraźniejszy uczy, że to, co twórcze, jest teraz. Nie ma odkładania emocji. Nie ma cudzych decyzji i warunków. Jest tylko „ja” do obegrania.

Dziewczątko z gajdami. Rodzina z chatą Jana Kawuloka w tle

Pejzaż dzieciństwa Moniki Wałach maluje się dźwiękami. Tak naturalnymi i oczywistymi, że nazywanie ich muzyką wydaje się wręcz sztuczne. Zresztą w Istebnej, Jaworzynce czy w okolicy nikomu nie przychodziło do głowy, żeby o muzyce myśleć w separacji od kowalstwa, hafciarstwa czy bibułkarstwa. Każdy dom miał swoją specjalność i gaździny po prostu wymieniały się owocami rodzinnych talentów, których posiadanie było oczywiste. Bo każdy coś umiał i tym się dzielił z sąsiadami. Pojęcia sztuki, rzemiosła albo dzieła byłyby tu obce i zbędne.

Ojciec Moniki Wałach grał w kapelce weselnej na bębnach, heligonce i akordeonie. Dziadek-stolarz szył cieplutkie kombinezony dziecięce zwane fuzakami, żeby dzieciątko na sankach nie zmarzło. Dla dorosłych: zimowe czapki baranice. Umiał też robić drewniane naczynia –– mleczki i mimo że nie miał konia, na zamówienie wykonywał uzdy. Kuzyn dziadka, Bocek, był jeszcze sprawniejszym krawcem, bo szył cały męski strój. Babcia przędła wełnę, więc robiło się kołdry letnie, a na zimę były puchowe. W czasie corocznego skubania pierza gaździny częstowały dziewczątka cukierkami i pączkami, czyli kreplikami. Przegryzało się kołocziczki – ciasto drożdżowe.

Muzyka była obecna wszędzie, od śpiewu matek w domach po odpusty na Stecówce, odbywające się od maja do października, trzynastego dnia każdego miesiąca. Na Stecówce prezentowały się po kolei poszczególne wsie, chwaląc się przed sobą bibułkowymi kwiatami i haftami. Ważną figurą tych wspomnień Moniki Wałach jest multiartysta i kowal Jan Kawulok, twórca znanej miejscowym i gościom Chaty Jana Kawuloka, otwartej pracowni folkloru. Jan Kawulok sam budował gajdy, ale także – zachęcony przez Józefa Brodę – zrobił raz drumlę. Zuzanna, córka Jana Kawuloka, światowego człowieka, jak o nim mówiono, również znakomicie grała na gajdach. Jan Kawulok zapisał się też w żywej pamięci Moniki Wałach jako skuteczny osteopata. Kiedy miała jakieś siedem lat, złamała mały paluszek u rączki. Wujek Kawulok, bo brat dziadka, odstąpił na chwilę od oprowadzania gości w chacie, wyszedł, chwycił bolący paluszek raz, dwa i powiedział: „Masz, dziewczątko, zrobione!”. Paluszek był sprawny.

Sama gra na instrumentach, rozumiana jako muzyka tradycyjna wykonywana na piszczałach, okarynach, gajdach i skrzypcach na serio”, pojawiła się w doświadczeniu Moniki Wałach nieco później, za sprawą mistrza Józefa Brody. To dzięki niemu stała się ona już w szkole podstawowej radosnym dziewczątkiem z gajdami.

członkowie Zespołu Regionalnego Koniaków (pierwsza z prawej – Zuzanna Kawulok) | fot. z archiwum rodziny Kawuloków

Kamerlik, czyli Teatr Świata Józefa Brody. Dekada z mistrzem

Józef Broda był nauczycielem i dyrektorem szkoły na Zaolziu, a przede wszystkim znanym człowiekiem-orkiestrą. Uczył śpiewu, tańca, muzyki i prowadził klub narciarski. Założył też szkolny teatrzyk kukiełkowy, w którym wystawiał inscenizacje inspirowane lokalnym folklorem góralskim. Pewnego razu postanowił zaadaptować na potrzeby teatrzyku pieśń Doliny, doliny. Wedle pomysłu inscenizatora miały wystąpić w nim dwie śpiewające góralki. Monika Wałach, uczennica drugiej klasy szkoły podstawowej, stawiła się na próbie wraz z kuzynką. I tak rozpoczęła się jej ponaddziesięcioletnia przygoda artystycznej edukacji pod wnikliwą opieką Józefa Brody.

W czwartej klasie podstawówki Monika była już pełnoprawną członkinią dziecięcego zespołu Józefa Brody z Istebnej. Muzyczne koło młyńskie toczyło się samo, szło życiem. Edukacja w koncepcji Brody zawsze była bowiem holistyczna. Dzieci miały poznawać folklor w jego naturalnym, źródłowym biegu, wprost od góralskich seniorów. Wiele z nich do dziś pamięta spotkania z hafciarką bez nogi, z drewnianą protezką. Także w tym wymiarze była to lekcja mądrej akceptacji świata i czerpania z niego garściami takim, jakim się jest. Choć imię kobiety gdzieś uleciało, jest wdzięczna pamięć, że uczyła ona z sercem dzieci haftu, szydełkowania i bibułkarstwa, że świetnie prowadziła warsztaty, choć nikt tak tych spotkań nie nazywał w tamtym czasie, i że zachęcała ciepło dziewczynki: „Ty, dziewczątko, rób kwiatki, bo ładnie ci idzie, a ty listki.

Józef Broda pracował w małym pokoiku, w kantorku-pracowni do wszystkiego, zwanej kamerlikiem. Tam naprawiał i dostrajał instrumenty, a czasem po prostu odpoczywał. Józef Broda uczył Monikę gry na gajdach. Próby odbywały się w każdą niedzielę i dzieci przychodziły na nie, wysyłane przez mamy. Tę złotą epokę edukacji z mistrzem bezpowrotnie zamknął dopiero etap szkoły z internatem w Cieszynie, choć i wtedy Józef Broda zapraszał Monikę do pokazów śpiewu tradycyjnego dla studentów uczelni artystycznych. O ile więc rozkład jazdy niedzielnego autobusu do Cieszyna dało się jakoś dopasować do czasu spotkania, Monika uczestniczyła w próbie.

Metoda pracy muzycznej Józefa Brody jest dziś w jej doświadczeniu najlepszym wzorcem edukacji. A mityczny kamerlik dawnego nauczyciela symbolicznie pobrzmiewa w kantorku Małej Jetelinki, szkolnej dziupelce, do której byłam przez nią radośnie zaproszona. Niezwykły Teatr Świata Józefa Brody wprowadził Monikę Wałach w twórczą siłę metafor, którym – aby miały one moc – należy samodzielnie znaleźć swe silne, lokalne korzenie, a dopiero później pozwalać sobie można na wzlot i emocje. Najpierw stanięcie na ziemi, potem wibracja powietrza. Tak jak w grze na gajdach. Rzeczywistość szkoły handlowej i internatu oddaliła ów magiczny pokoik wyobraźni, kamerlik nauczyciela, ale nigdy go nie unicestwiła. Gajdy powrócić miały na stałe, bo metafory są żywe w ludzkim ciele. Język, którym tak poetycko posługuje się Józef Broda, czerpie moc z ucieleśnionych życiem, konkretnych dla danej ziemi korzeni. I taką bazę metafor nadaje on wzlotom, bo człowiek bez uziemienia staje się łupem dla byle pioruna. Trzeba mocno stać tu, na ziemi, żeby ograć niebo.

Od Torki do Wałasów. Droga do Małej Jetelinki

W opowieści Moniki Wałach tradycyjne instrumenty ludowe pojawiają się co krok. Brat dziadka, Jan Kawulok, budował je wtedy, kiedy były one komuś potrzebne lub sam ich potrzebował. W chacie Jana Kawuloka królowały gajdy, a miłość do nich Jan przekazał zdolnej córce Zuzannie, znanej w okolicy gajdoszce. Gajdy przyszły do Moniki Wałach dojrzalej, bo na stałe, dzięki Józefowi Brodzie. Od samych gajd ważniejsze jednak było i jest optymistyczne przekonanie, wywiedzione również ze świata wartości muzyki tradycyjnej, że grać można w każdym wieku i zarówno dziecko, jak i starzec są równoprawnymi artystami. Bo muzyka nie zna sztucznych hierarchii. Żeby grać, trzeba grać po prostu.

Zgodnie z tym horyzontem myślenia, w wieku czternastu lat, już w Cieszynie, Monika Wałach nauczyła się więc grać na skrzypcach. Bez kompleksów i cienia wątpliwości, jakoby było na to za późno. Dzięki temu trafiła do kapeli Torka i wraz z nią koncertowała w Polsce oraz za granicą. Współpraca trwała ponad trzy lata. Był też po drodze chór Harmonia przy cieszyńskiej filii Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Po powrocie do Istebnej zaczął się natomiast ważny okres pracy twórczej w zespole Wałasi. Tam Monika Wałach poznała najpierw Zbyszka Wałacha, a następnie męża Rafała.

Zbyszek Wałach zrobił jako prezent gajdy dla teścia Moniki, choć właściwie od samego początku było wiadomo, że na tych gajdach grać będzie właśnie Rafał. No i grać na gajdach umiała też sama Monika. Były udane festiwale w Strażnicy, wygrane konkursy w Wiśle, emocjonujące prezentacje w ramach Tygodni Kultury Beskidzkiej. Gajdy i skrzypce grają zwykle w duecie, a że jest to gra wymagająca uwagi i wysiłku zarówno od muzyków, jak i ich słuchaczy, popis taki nie trwa raczej dłużej niż godzinę. Coś do tego trzeba dograć, żeby obegrać”. A stąd tylko krok do dalszych, coraz śmielszych poszukiwań muzycznych. Mąż Rafał, absolwent filologii klasycznej na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, ale przede wszystkim etnograf z zamiłowania, marzył o prawdziwej szkole kultury ludowej. Opracował i wydał dwa śpiewniki, zamierzał stworzyć słownik gwary i profesjonalnie uczyć dzieci folkloru. Zwyczajna praca pedagogiczna w szkole nie dawała takich możliwości. W takim klimacie wyłaniała się droga do powstania Małej Jetelinki. Gajdy powracały na niej co rusz. Z siłą młyńskiego koła, które chlustem wprawione w ruch, nie da się w życiu nikomu zatrzymać.

próba Zespołu Regionalnego Mała Jetelinka | 2019 | fot. Piotr Baczewski

Gajdy i gajdki. Jak uczyć dzieci

Na początku był pomysł Rafała, żeby uczyć dzieci tańca, śpiewu i gry na instrumentach. Rafał pochodził z Jaworzynki, sam grał na kontrabasie i gajdach, ale uznał, że do demonstracji gry lepiej nadaje się Monika. Już w 1985 roku odbywały się pierwsze, nieformalne próby w Domu Wczasowym Olza. Dziecięcy zespół Mała Jetelinka powstał w 1986 roku, a dzieci – przywiezione do kościoła na Stecówce przez jedną z nauczycielek z Jaworzynki wystąpiły dla Moniki i Rafała na ich ślubie w roku 1987. Szybko przydarzyła się zespołowi wygrana w konkursie w Wiśle i występy w Rabce. Od roku 1996 Mała Jetelinka działa już pod patronatem Kapeli Ludowej Jetelinka.

Do dziś Monika Wałach mówi o sobie, że jej praca pedagogiczna to właśnie wymysł męża, który używał jej jako osoby do demonstracji gry. Dzięki temu zaczęła uczyć, a teraz sama prowadzi Małą Jetelinkę. Dzieci wdraża od razu do pełnych, muzycznych obrotów. Zgodnie z własną metaforą ruchu młyńskiego koła. Nie pozwala dzieciom stać jak świeca. Rozpiętość wieku młodych adeptek i adeptów jest spora, bo waha się od sześciu do aż dwudziestu lat. Jest tu trzydzieścioro skrzypiec, dwie heligonki, dwa kontrabasy, na gajdach już świetnie gra Kacper Legierski, a drugi adept gajd, utalentowany Paweł Kukuczka, właśnie przechodzi mutację, więc trzeba będzie poczekać na jego dojrzały powrót do gry na tym instrumencie, ale jest u niego pasja, bo sam sobie zbudował gajdy.

W ogóle dla najmłodszych dzieci przygotowano w Małej Jetelince specjalne, małe gajdki, aby maluchy dały sobie radę z parametrami instrumentu. Taka właśnie jest bowiem idea naturalnej pedagogiki muzycznej Moniki Wałach, żeby dać dzieciom twórczą przestrzeń bezpiecznej, choć nie cieplarnianej atmosfery. Trzeba wspierać dobre ucho, ćwiczyć rękę, uczyć obserwacji innych muzyków i samoobserwacji, ale i wzmacniać odporność psychiczną na sytuację publicznej prezentacji. Dzięki temu dziecko ciałem czuje instrument, potrafi wydobyć z gajd dźwięk burdonowy i daje sobie radę z przebierką. Należy zataczać z dziećmi szersze koło wrażliwości, bo sama muzyka to zaledwie jedna czwarta sukcesu. Trzy czwarte to szczere relacje młodych ludzi. Dzieci muszą się lubić, szanować, żeby potem się dograć muzycznie. Czasu na pracę nie jest dużo, zaledwie dwie regularne godziny na piątkowej, cotygodniowej próbie i dodatkowo jedno spotkanie raz w tygodniu.

Monika Wałach świadomie uczy dzieci pozytywnej ambicji, w której nie chodzi o ślepą rywalizację, ale o mądre skupienie na własnym potencjale. Dzieci chodzą na piesze wycieczki i lubią wyjazdy bez rodziców na kilka dni. Wtedy bliżej się poznają i uczą siebie nawzajem. Dziewczynki, nawet te sześcioletnie, manualnie i w zdolności koncentracji na pracy muzycznej o dwa lata wyprzedzają chłopców. Są lepiej przygotowane do treningu muzycznego. Aby każde dziecko mogło się harmonijnie wtłoczyć w kapelę, Monika Wałach jeździ z zespołem na Konkurs Instrumentów Unikatowych. Dzieci uczą się patrzeć i słuchać całym ciałem, aby świadomie budować warsztat muzyczny.

Takimi i wieloma podobnymi obserwacjami z zakresu pedagogiki artystycznej Monika Wałach dzieli się ze mną bez przerwy. Z radością rozprawia o góralskich oprawach mszy, uczestnictwie Małej Jetelinki w komuniach, chrztach i bierzmowaniach, o Dniach Stroju Ludowego. O sobie samej moja rozmówczyni mówi skromnie: „Nie nazywam się pedagogiem, bo nie mam takiego papierka, ale miałam świetne wzorce. W tych deklaracjach powracają wdzięczność do własnego, tradycyjnego domu rodzinnego, opowieści o folklorystycznej chacie Jana Kawuloka, a przede wszystkim atencja do języka naturalnej twórczości i sztuki natury, który Monika Wałach przejęła od mistrza Józefa Brody. W tym języku naturalnej poezji metafory sztuki są życiem, a twórczość ta jest tak oczywista, jak rytm dnia i nocy. Dzieciom nie wolno przeszkadzać w edukacji, trzeba po prostu pomagać im uczyć się widzieć i słyszeć. Tyle wystarczy im do szczęścia, a muzyka przyjdzie sama. Z ich natur!

tekst: Anna Kapusta

fotografie: Piotr Baczewski / Ewa Wolf

Share This
X