Czesław Węglarz

Beskid Żywiecki | Piotr Baczewski | 2019

 

Na tym terenie występowały gajdy. Kiedyś wiedziałem, że taki instrument istnieje, ale na nim nie grałem. Na dudach grywano wtedy czynnie w rejonie rzeki Koszarawy. Jakoś to żyło. Natomiast u nas o gajdach można było usłyszeć tylko z opowiadań.

Moja przygoda z gajdami zaczęła się na studiach. Studiowałem wychowanie muzyczne w cieszyńskiej filii Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Tam spotkałem Adolfa Dygacza. Miał fajny wpływ na studentów. Byliśmy zafascynowani jego ciekawymi opowieściami o muzyce Beskidów i w końcu założyliśmy zespół studencki Torka, który z czasem się rozwijał, dochodzili do niego coraz to nowi ludzie spoza uczelni. Pewnego razu kolega z zespołu Kazimierz Urbaś pożyczył skądś gajdy. Akurat jechaliśmy z Cieszyna na koncert do Katowic. Strasznie zależało mu, by na nich tam zagrać. Wziąłem instrument, popróbowałem, coś tam na nich zabrzęczałem w Katowicach. To był mój pierwszy kontakt z instrumentem.

Po studiach zacząłem się bardziej interesować folklorem. W Jałowcu (przysiółku Koszarawy – przyp. red.) kupiłem sobie dudy. To była godzina drogi od ostatniego przystanku PKS. Tam znałem Franciszka Kapela, który dużo wiedział o mieszkańcach Koszarawy. To on załatwił mi te dudy. Człowiek, który mi je sprzedał, mieszkał w takim domu, że jakby dwóch chłopów przyszło, to by go przewrócili. Instrument miał w środku stroiki z bzu; teraz już nikt na takich nie gra. Drewno, z którego zostały zrobione, nie było specjalnie sezonowane. Były bardzo prymitywnie zbudowane z ogólnodostępnych materiałów, ale grały, o ile używało się ich często, przynajmniej raz na dzień. Na nich się nauczyłem grać. Robiłem to intuicyjnie, czasem podsłuchując starszych dudziarzy na przeglądach. Dopiero potem, gdy zacząłem grać na przyzwoitym poziomie i sam występować na przeglądach, miałem więcej okazji by się z nimi spotykać.

Kiedy już w miarę opanowałem dudy, zacząłem interesować się gajdami. Nie miałem jednak tego instrumentu i chciałem go kupić. Szukałem ich po Beskidzie, ale nie znalazłem. W końcu postanowiłem zrobić je sam. Pomierzyłem dokładnie instrument Jana Kawuloka w Istebnej. Ponieważ skończyłem technikum mechaniczne, z obróbką skrawaniem nie miałem problemu. Poszedłem to takiego zakładu, gdzie mieli tokarkę, i wytoczyłem sobie te gajdy, wszystkie cylindryczne części. Z resztą było gorzej, bo każdy element jest różnie zrobiony, nie da się tego zrobić ze zdjęcia. Trzeba poszperać, popytać, z czego i jak to się robi. Niestety, nie bardzo było kogo. W Istebnej nikt już nie robił gajd. Jan Kawulok już nie żył. W Kamesznicy, gdzie pracowałem, na gajdach grał niejaki Kiełbasa. Zostały po jego instrumencie jakieś części, rodzina chciała się ich pozbyć. Przynieśli mi je w papierowym worku. Wśród tego wszystkiego znalazł się róg, który wykorzystałem, były też stroiki zrobione z trzciny. Z tego wszystkiego poskładałem całe gajdy. Profesor Przerembski w swojej książce twierdzi, że to są najstarsze gajdy zachowane na tych ziemiach. Uruchomiłem je w połowie lat 80. XX wieku. Grają do tej pory, teraz w nich wymieniam skórę.

Zrobienie przeze mnie gajd było olbrzymim bodźcem dla chłopców z Istebnej: Zbyszka Wałacha i Józka Kawuloka, którzy unieśli się wielką ambicją. Ja tu zrobiłem gajdy, a oni z Istebnej nie zrobią? I zaczęli robić. To był taki kij w mrowisko.

Potem zacząłem uczyć grać na dudach w szkole muzycznej I stopnia w Kamesznicy. Zakupiono trzy instrumenty od Feliksa Jankowskiego. Do dzisiaj istnieje tam przedmiot „instrumenty ludowe”, a ja nadal tam pracuję. Przez rok dudy mogły być tam nawet instrumentem głównym, ale niestety potem się do zmieniło. Co roku przewija się tam jeden czy dwóch dudziarzy.

Grać na dudach nauczałem też w Milówce. Z inicjatywy Andrzeja Maciejowskiego zorganizowano tam cykliczne warsztaty. Z projektu zakupiono osiem sztuk nowych żywieckich dud od Dufka ze Słowacji. Stroiki mają one z włókna węglowego, do nauki są bardzo dobre. Rozrzut wiekowy moich uczniów był duży. Najstarszy miał pięćdziesiąt lat, a najmłodszy piętnaście. Grają nadal. Dudy to nie jest instrument popularny, który się widzi w telewizji. Dudy są dla koneserów, dla takich, którzy angażują się w zespołach.

Na początku nauki najtrudniej otrzymać stałe ciśnienie w worku, potem już jakoś idzie. Gdy komuś trafią się kiepskie dudy, to na czterdzieści pięć minut zajęć naprawia je przez czterdzieści. Chociaż to też jest nauka. Z drugiej strony na takich dudach nie pogra sobie w domu. Ucieka mu z nich powietrze albo mu nie stroją. Przez to nie ćwiczy.

Byli dudziarze zdolniejsi i mniej zdolni. Jeśli ktoś miał zmysł improwizacji, wymyślał sobie ciekawsze ogrywki, które pasowały do tego, co gra skrzypek. To tworzyło pewien styl. Byli też tacy, którzy grali prościej, bez przesadnych ozdobień. Każdy sam dla siebie był stylem, ale myślę, że nie tak, że w tej wsi grali tak, a w tej inaczej. Najbardziej podobała mi się muzyka Franciszka Mrowca. Miała nie za dużo i nie za mało ozdób. Podobało mi się też jego usposobienie – był bardzo wesołym i przyjemnym człowiekiem, nawiązującym szybki kontakt. Kiedyś dostał na przeglądzie w Poznaniu puchar. Sprzedał go koledze za jabcoka, bo wiedział, że mu się do niczego nie przyda. Ja też taki puchar mam, gdzieś tam leży, nie patrzyłem na niego z trzydzieści lat.

Jeszcze gdy byłem na studiach, mój kolega Marek Pradela pisał pracę o kapeli żywieckiej dudy – skrzypce. Pojechałem z nim na nagrania, bo nie bardzo wiedział, gdzie się udać, gdzie uderzyć. Ja też nie wiedziałem, ale do odważnych świat należy! Pojechałem z nim do Pewli, o Byrtków zapytaliśmy przy sklepie. Gdzie kto by znał drogę na Adamki? Nagrywaliśmy kapelę w składzie Karol Byrtek na skrzypcach i Władysław Pluta na dudach. Na początku było sucho, ale już po trzeciej butelce wina była ogólna zabawa. Śpiewali, sąsiadki przychodziły, śpiewały i tańczyły. Nie ma żadnych nagrań, bo Marek zrobił z tego transkrypcje i skasował.

Od mojej babci słyszałem, że na jej weselu grały gajdy, skrzypce i małe basy. Na naszych terenach po wkroczeniu heligonki w latach międzywojennych to już nie było o gajdach żadnej mowy.

Ojciec mojego szwagra pochodził z górnej Cięciny i szedł do Sopotni Małej odwiedzić swoją rodzinę. Myśmy się gdzieś tam akurat pojawili z tymi dudami i poszliśmy z nim przez góry. Gdy przyszliśmy już niezapowiedziani do tej Sopotni, zrobiło się wesoło. Było granie, śpiewanie do dud, w odpowiedniej tonacji dopasowane. Ludzie żyli tą muzyką, potrafili się nią cieszyć.

Dawniej słyszało się, jak ludzie śpiewają przy krowach, przy robocie w polu. Wtedy to było naturalne. Później każdy chciał być światowy. Stroje i muzyka poszły do lamusa. W telewizji i w radiu nie ma prawie w ogóle folkloru. Unika się tych tematów. Gdy byłem małym chłopcem, słuchaliśmy bardzo często czechosłowackiego radia. Trzy razy dziennie puszczano tam przez pół godziny rodzimy folklor. Codziennie. W Rumunii w trzech programach telewizyjnych ciągle puszczają folklor, na Słowenii podobnie. Da się to zrobić. W tej chwili zabawa polega tylko na odbiorze. Puszcza się muzykę i my tego słuchamy bezwiednie. Wydaje się nam, że to jest nawet fajne, ale to nie na tym polega. Myślę, że ludzie się w końcu otworzą na tę muzykę i znudzi mi się to czym są karmieni.

Tekst: Piotr Baczewski

Zdjęcia i filmy: Piotr Baczewski

Share This
X