Każde dudy to długa i dziwna historia

z Rafałem Bałasiem rozmawia Magdalena Ostrowska-Dołęgowska

Jego pierwszą muzyczną miłością była okaryna. Dudy przyszły wraz z zamiłowaniem do tradycyjnej muzyki Beskidu Żywieckiego. Rafał Bałaś miał zostać poważnym człowiekiem od finansów, ale porzucił tę drogę, by żyć ze swoich pasji – uczenia młodych muzycznych talentów w Fundacji Braci Golec, grania i budowy instrumentów. Każdą wolną chwilę spędza na bieganiu w górach i zarażaniu ludzi miłością do Beskidu Żywieckiego.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pamiętasz swoje pierwsze dudy?

Rafał Bałaś: Tak, pamiętam. Choć różnie je wspominam. To był prezent od wujka, lat temu piętnaście, może więcej, dwadzieścia… Oj, dziwnie myśleć o sobie, że coś było dwadzieścia lat temu.

Tak, a Ty nie byłeś już wtedy kijanką.

Ha, ha, otóż to! Wtedy na Żywiecczyźnie nikt nie budował dud żywieckich. Nie dało się ich zamówić, kupić jako nowego instrumentu. Używanych też praktycznie w obiegu nie było. Dostałem dudy słowackie, kupione za granicą, niedaleko Czadcy. Budował je pan Bartoloměj Gernat. Dla mnie – ośmio-, dziewięcioletniego chłopaka – to był wygodny instrument, bo malutki. Niedawno te dudy wyremontowałem i podarowałem swojemu uczniowi. Od dwóch miesięcy na nich gra i też mu spasowały, bo takie malutkie.

Ale mówiłeś, że różnie je wspominasz.

Tak, sentymentalnie, bo to pierwsze dudy, na których się uczyłem grać, a z drugiej strony jak już trochę pograłem, to przyszło jakieś zniechęcenie. Ja w ogóle zaczynałem od piszczałek i mniejszych instrumentów. Pierwszą moją fascynacją była okaryna. Kiedy poszedłem do szkoły muzycznej, do klasy instrumentów ludowych, nauczyciel zaczął mnie wystawiać do konkursów, zachęcać. I wiesz co? Pamiętam, jak przed jednym konkursem skutecznie unieruchomiłem swoje dudy, tak bardzo nie chciałem na nich wtedy grać. Taki głupi okres, kiedy miałem dziesięć, jedenaście lat.

Zacząłem też wtedy grać na kontrabasie i on mnie znacznie bardziej pochłonął. Trochę na siłę chciałem te ludowe instrumenty – piszczałki i dudy – odsunąć od siebie.

Wcześnie zaczynałeś, pochodzisz z muzycznej rodziny?

Z rodziny, która się muzyką interesowała. Tata teraz gra na skrzypcach, po góralsku. On też się kiedyś uczył w szkole muzycznej. Potem zafascynował się gitarą, bo to wtedy panowała moda na zespoły rockowe. A potem znowu miał przerwę, ale w momencie, kiedy ja i rodzeństwo zaczęliśmy grać, to jemu to powróciło.

To co Was zainspirowało do muzykowania?

Zaczęło się dziwnie, bo rodzice posłali mnie do szkoły muzycznej na fortepian. Miałem wtedy siedem lat. Ale nauczyciel był nerwowy i po jakichś trzech miesiącach nauki zrzucił mi klapę pianina na palce, wybijając dwa z nich. Skutecznie mnie to wtedy zniechęciło, żeby uczyć się grać, chodzić do szkoły muzycznej…

Hmm… Mogę sobie to wyobrazić.

Z płaczem zrezygnowałem. A rodzice zrozumieli – też byli na niego źli. Ale zaczęli szukać innej możliwości, żeby mnie jakoś tą muzyką zarazić. Nie pamiętam, skąd mi przyszło do głowy granie na okarynie. Nie wiedziałem nawet, jak się ten instrument nazywa, ale bardzo mi się spodobał. Rodzice zapisali mnie wtedy do nowo powstającego tanecznego zespołu dziecięcego i szczęśliwie trafiłem do nauczyciela Jana Brodki, który mi powiedział, jak to się nazywa, gdzie to można zdobyć i że może mnie uczyć grać.

Nie potrafię też wyjaśnić, skąd się we mnie wzięła ta muzyka góralska. Pamiętam, jak w dzieciństwie na etapie wyboru swojego typu muzyki, tego, który się lubi, nie za bardzo umiałem się wczuć w to, co rówieśnicy. Oni pasjonowali się hip-hopem, metalem, a mnie to nie pasowało. Zainspirowany metal rockiem przez kuzyna, na siłę próbowałem tego słuchać. Mam takie przebłyski z tamtego okresu, że kładłem się, ustawiałem sobie głośniki od wieży dookoła głowy, bo nie miałem wtedy słuchawek, i puszczałem kasety z muzyką góralską.

Ciekawe…

Sprawiało mi to dużą przyjemność. Nauczyciel podrzucał mi jakieś kasety, trochę też sobie przywoziłem z festiwali, na których bywaliśmy z zespołem, na przykład ze Słowacji.

A pamiętasz, jak się w ogóle zetknąłeś z tą muzyką? W domu czy bardziej w zespole ludowym?

Bardziej w zespole. Stykałem się z nią zresztą od dziecka, chodząc na różne festiwale. Choćby na popularny Tydzień Kultury Beskidzkiej. W tamtych latach to było największe święto muzyczne w Żywcu. Teraz jest mnóstwo koncertów, festiwali, ale wtedy nie. To był taki tydzień w czasie wakacji, kiedy chodziło się codziennie z rodzicami posłuchać muzyki ludowej z całego świata, a przede wszystkim górali polskich.

Pochodzisz z Żywca właśnie?

Z obrzeży.

Czyli rodzice Cię pchnęli, żebyś tańczył, grał.

Tak. A mnie się to spodobało. Zawsze w układzie, który prezentował zespół, grałem parę solówek na instrumentach ludowych.

No to dlaczego dudy? Skoro miałeś wobec nich okres buntu?

Moim głównym instrumentem jest kontrabas, do dziś. Ale do dud wróciłem ze względu na muzykę Beskidu Żywieckiego. Pasjonowałem się folklorem muzycznym z różnych regionów, miałem fazę na Podhale czy Beskid Śląski. We wczesnych latach dwutysięcznych, mając 15 lat, zacząłem grać półzawodowo w kapelach góralskich. I zauważyłem taki trend, że kapele z Beskidu Żywieckiego grają wszystko, z każdego regionu, tylko nie ze swojego. To był zgrzyt, bo niby utożsamiamy się z tutejszą kulturą, ubieramy się po góralsku w stylu górali żywieckich, a wychodząc na koncert, gramy repertuar na dwie, trzy, cztery godziny i w ramach tego tylko dwa utwory z Beskidu Żywieckiego. Wszystkie kapele tak robiły.

A czym się charakteryzuje ta muzyka? Inne instrumenty czy melodie?

Muzykę góralską w tej chwili gra się właściwie na tych samych instrumentach i w Beskidzie Śląskim, i w Żywieckim, i na Podhalu, i w Orawie. Ale nie zawsze tak było. Na przykład na Żywiecczyźnie grano na dudach i skrzypcach, w Śląskim były to gajdy i skrzypce, na Podhalu instrumenty smyczkowe, ale występowały także dudy..

Muzyka Beskidu Żywieckiego jest dzika i chaotyczna. Też przez to, że tradycyjnie grano ją na dudach i skrzypcach – dźwięki były bardzo wysokie. Dudy są normalnie strojone bardzo wysoko, a i skrzypce są podciągane wyżej, żeby stroiły z dudami. To tworzy bardzo agresywny, dziki charakter. Jeśli dołoży się do tego wysoki śpiew, to powstaje dzika, energiczna mieszanka. Jest dużo podobieństw i dużo różnic w porównaniu do muzyki z innych regionów.

A wracając do pytania – dlaczego dudy?

Dudy wróciły, kiedy postanowiłem zająć się muzyką Beskidu Żywieckiego, poszukać jej, pograć. Melodii jest mnóstwo i jest też dużo źródeł, z których można czerpać, jeśli się umie do nich dotrzeć.

To znaczy?

Kiedyś muzykanci ludowi uczyli się od swoich mistrzów. A teraz – z płyt, nagrań, internetu. Nagrań muzyki z Beskidu Żywieckiego jest bardzo mało. Ze Śląskiego, z Podhala, ze Słowacji – mnóstwo. I łatwo z tego czerpać. Żeby znaleźć muzykę Beskidu Żywieckiego, trzeba zagłębić się w stare źródła i nagrania. Zafascynowało mnie to. Pojawiła się też wtedy możliwość nauki budowy dud.

O!

A właściwie najpierw gajd śląskich. Grałem wtedy na kontrabasie w kapeli Wałasi ze Zbyszkiem Wałachem. On miał stypendium, w ramach którego mógł uczyć budowy gajd. Wykorzystałem tę możliwość i bardzo mi się to spodobało. Gajdy są podobne do dud żywieckich. W Beskidzie Żywieckim był wtedy tylko jeden budowniczy dud – Edward Byrtek, starszy gość.

Ile lat miałeś, kiedy zbudowałeś te pierwsze gajdy?

Z pięć lat temu to było. Dwadzieścia dwa.

I zadowolony byłeś? Z tego, jak to wyszło?

Ha, ha, byłem zadowolony, że w ogóle wyszło! Jak – to już drugorzędna sprawa. Zbyszek do teraz jest jedynym budowniczym gajd śląskich. Bardzo mi wtedy pomógł, dużo się mogłem od niego nauczyć – samej roboty technicznej, ale i klimatu. Budowaliśmy je w starej chałupie. To było mocne przeżycie, kiedy ten instrument zagrał. Gra na nim różni się ciut od gry na dudach żywieckich, więc trochę się musiałem poprzestawiać, żeby na tych gajdach zagrać, ale to było bardzo fajne uczucie. Choć mnie akurat najbardziej fascynuje proces budowania.

No właśnie, na czym on polega?

Najbardziej magiczne jest to, że nie możesz iść do sklepu i kupić sobie części, żeby je złożyć jak jakiś model samolotu. Musisz wymyślić, jak te części dostać. To mi się podoba w budowie dud – że to praca z bardzo różnymi materiałami. Zaczynasz od ścięcia drzewa, jeśli jest możliwość i czas. Ja tak to teraz robię: ścinam, obrabiam i daję mu czas, żeby wyschło. Wchodzi tu też w grę zabawa z piłą, obróbką samego drewna. Potem trzeba to przewiercić, obtoczyć. Kiedy uczyłem się budować, jeździłem po stolarzach, tartakach i szukałem wyschniętej śliwki, bo to najlepsze drzewo na budowę dud i gajd poza cisem – ale on jest pod ochroną.

Są też elementy z rogu krowiego. No i znowu – nie da się iść do sklepu i go kupić. A w ubojniach jest teraz nakaz utylizacji, oficjalnie nie mogą rogów sprzedać, więc załatwia się to po cichu, tylnymi drzwiami. Z jednej strony to fascynujące, z drugiej – to bywa straszna praca. Świeżo ścięte rogi, z których sączy się krew, w środku jest szpik, trzeba to obrobić… Potem w instrumencie to wygląda ślicznie, błyszcząco, ale wcześniej to ohydny róg z resztką sierści i krwi. Trzeba go wrzucić do gara, przez parę godzin gotować. Za pierwszym razem, jak to sprawiałem, rodzice chcieli mnie z domu wyrzucić. Nie miałem pojęcia, że to taki smród – jakby włosy podpalić! Gotowało się to dwie godziny. Potem dłubanie, czyszczenie.

Dochodzi jeszcze kozia skóra. To też nie jest przyjemna rzecz, jak masz zabić małą, młodą kózkę, bo na dudy skóra nie może być za duża, i poświęcić ją na instrument. Teraz już nie muszę się tym zajmować, bo przeszliśmy ze znajomymi, którzy też budują dudy, na szycie ze skór wyprawionych. Ale wcześniej kupowało się kozę, jechało do kogoś od brudnej roboty, kto wie, jak odpowiednio tę skórę ściągnąć – bo nie można jej rozcinać. Potem jest nasolanie, wyprawianie w zakwasie i fascynująca praca z cyną. Niby to metal, coś trwałego, a roztapia się ją na ogniu i zalewa wcześniej wytoczone w drewnie rowki, rzeźbienia, żeby tam wystygła i stężała. Jak widzisz, taki instrument to długa i dziwna historia.

Na koniec robi się jeszcze elementy grające, stroiki. Tradycyjne są z czarnego bzu. Patyk się tylko zacina, żeby stworzyć coś na kształt gwizdka. Może być też tak, że do wytoczonego korpusika dodaje się listki robione ze stroików klarnetowych czy saksofonowych albo – jak teraz – wkładamy stroiki plastikowe.

Plastikowe!

O tak, to było trudne do przełamania. To dobre rozwiązanie, bo one się nie rozstrajają. Do legend już przeszło, że jak dudziarz szykował się do gry na weselu wieczorem, to od rana zaczynał stroić dudy. Wilgoć wpływa na drewniane stroiki, rozstrajając je, a wierz mi – zestroić przód dud, czyli gajdzice, z hukiem z tyłu, żeby brzmiało to dobrze, a jednocześnie jeszcze zestroić to ze skrzypkiem… Dlatego już lata temu świętej pamięci pan Feliks Jankowski rozpoczął pracę z plastikiem. Robił korpusy z obudów długopisów albo flamastrów, dodając bletki klarnetowe albo saksofonowe. My teraz robimy korpusy z plastiku, a bletki z włókna węglowego.

Nowoczesność…

W sklepach modelarskich można kupić takie cieniutkie bletki. Dudy praktycznie w ogóle się nie rozstrajają, brzmi to właściwie tak samo jak tradycyjne drewniane stroiki. Jedyny problem polega na tym, że cały instrument jest taki naturalny: z drzewa, skóry, rogów krowich, to wszystko takie pierwotne, a potem się wkłada plastik, który gra…

Czyli jakby serce było z plastiku.

Tak. Kiedy buduję instrumenty, daję możliwość wyboru: albo stroiki drewniane, albo – jeśli mają być praktyczne – plastikowe. Ostatnio większość instrumentów robiłem dla dzieci, które chcą się uczyć, więc używałem tych plastikowych.

A ile trwa zrobienie dud?

U mnie dosyć długo, bo zajmuję się wieloma innymi rzeczami. Nie siadam od rana w pracowni, tylko robię je zazwyczaj między innymi obowiązkami. W spokojnym tempie – około trzech miesięcy. Ale jakby się uprzeć i siadać do tego codziennie jako do głównej roboty, to tydzień, półtora.

Jesteś mocno związany ze swoim regionem, współtworzysz go. Nie uciekłeś, jak wielu młodych ludzi. Co Cię do tego napędza?

Wiem, co mi nie pozwala, żebym z tego regionu wyjechał. Ważne jest dla mnie przywiązanie do miejsca, świadomość tego, skąd jestem i że jestem człowiekiem ugruntowanym w danym miejscu, kulturze. Staram się to przekazywać młodym ludziom, których uczę, że ważne jest, żeby mieć takie miejsce na ziemi. Nie uzależniać siebie, swojego humoru, nastawienia od tego, czy się coś ma, czy nie. Życie się układa różnie. Można być materialnie bogatym, a za chwilę nie mieć nic. Ale mając tę tożsamość w danym regionie, kulturze, nawet bez niczego, tak materialnie, pozostajemy bogaci w to, co nas otacza. To daje radość bycia kimś w danym miejscu. Nie jest się wyrwanym z kontekstu.

Ale Ty robisz coś więcej. Teraz jesteś jednym z dwóch głównodowodzących projektem promocji pogranicza polsko-słowackiego w Beskidzie Żywieckim. Chcesz pokazywać: patrzcie, jak tu mamy fajnie.

Tak, widzę ogromną wartość, bogactwo tego regionu. Od zawsze cieszyło mnie dzielenie się tym – grą na instrumentach, śpiewem, tańcem czy czymkolwiek innym, pokazywanie, że można to traktować jako pasję, mieć na to jakiś wpływ, współtworzyć to.

W projekcie Żywiecki podchodzimy do sprawy dwojako. Jedno to promocja na zewnątrz, żeby ludzie tu przyjeżdżali, drugie to pokazywanie ludziom stąd, że ich otoczenie ma wartość. Nie trzeba jechać daleko w świat, żeby poczuć się szczęśliwym. Niektórzy jadą na wakacje na tydzień i żyją wspomnieniami przez dłuższy czas, jak tam gdzieś było pięknie. A przecież wracają i spędzają tu większość czasu. To brzmi tak, jakby ten świat wokół nich był brzydki, pusty, niczego wartościowego im nie oferował. A przecież tak nie jest! Ja sobie ulubiłem ten Żywiecki. Nie dość, że jest tu kultywowana tradycja, piękna kultura, to jeszcze są wyjątkowe krajobrazy, można tutaj wiele różnych aktywności uprawiać, cieszyć się przyrodą. I ja nie wiem, czy gdzie indziej mógłbym się czuć tak dobrze, jak tu. Na krótko pewnie tak, bo jest wiele pięknych miejsc. Ale dobrze mieć dokąd wracać. Buduję dom i nie wyobrażałem sobie wybrania miejsca poza Beskidem Żywieckim. Nawet w pierwszej wiosce Beskidu Śląskiego czułbym się chyba nieswojo. Mam portki góralskie ze swojego regionu i głupio byłoby mi chodzić w nich od święta w innym miejscu na ziemi.

Ha, ha, dobre! Ale to takie nietypowe. Cudze chwalicie, swego nie znacie Cię nie dotyczy…

Wspomniałeś, że nie budujesz dud szybko, bo masz inne projekty i rzeczywiście jesteś zaangażowany w mnóstwo rzeczy. Uczysz grać dzieciaki w Fundacji Braci Golec, koncertujesz, budujesz dom, instrumenty, biegasz. I jeszcze pewnie jest z piętnaście rzeczy, o których nie wiem.

Starałem się tak ułożyć życie – do czego też musiałem dojść z czasem – by z tych rzeczy, które lubię, zrobić swój zawód, móc się z nich utrzymać. Żeby nie musieć chodzić do innej pracy i robić czegoś w oderwaniu od moich zainteresowań i pasji, a potem wracać i tylko w wolnych chwilach się spełniać. Kiedy pracujesz w kulturze, to ciężko robić jedną rzecz i z niej wyżyć. To jest jeden powód, dlaczego robię wiele różnych rzeczy, ale pewnie gdybym robił jedną z nich, na przykład od rana do wieczora siedział w pracowni przy dudach, tobym się tym zanudził. Wypalił. Lubię podejmować różne tematy.

I poniekąd wszystkie są związane z górami…

Wszystkie! Sporty górskie, ale i kultura ludowa z gór. Góry są mianownikiem wspólnym.

Był taki czas, że czułeś, że musisz mieć “poważną pracę”?

O tak.

I co to miała być za praca?

Długo się miotałem. Szukałem. Zrobiłem licencjat z analityki gospodarczej na Uniwersytecie Ekonomicznym w Katowicach. Ale kończąc ten kierunek już wiedziałem, że nie ma szans, żebym codziennie rano zakładał garnitur i chodził do banku jako specjalista finansowy. Szanuję taką pracę, ale ja na pewno bym się w niej nie odnalazł.

Z czego w życiu jesteś najbardziej zadowolony?

Z tego, że mogę realizować swoje pomysły i z nich żyć, nie musieć zaprzątać sobie głowy innymi obowiązkami, nie rozdrabniać się. Cieszę się, że tak to się poukładało, że spotkałem odpowiednich ludzi w odpowiednich momentach swojego życia. Dużo mi umożliwili – na przykład budowę instrumentów, wspólne granie. Cieszę się z tego mojego życia muzycznego, zespołów, w których gram. Te rzeczy sprawiają mi wiele radości.

Zostawmy na chwilę muzykę. Mówiłeś, że Twoją pasją są góry, i to widać na wielu polach. W tym roku wystartowałeś po raz pierwszy w Ultramaratonie Chudy Wawrzyniec, przy bardzo burzowej pogodzie, i przybiegłeś na metę jako… drugi. Bieganie to też twój konik.

To był pierwszy mój start w zorganizowanym ultramaratonie. Biegłem sobie tak, jak biegam na co dzień. Założyłem plecak, buty… Że akurat pogoda nie sprzyjała, to trudno – nowością były tylko pioruny… Normalnie się od takiej pogody ucieka, a tu trzeba było lecieć w sam środek! Ale deszcz, błoto to warunki, które lubię. Tak samo jak w muzyce – lubię rzeczy dzikie, nie ładne i wygładzone.

Uwielbiam wysiłek w górach, przebywanie w nich. Istniały w moim życiu od zawsze. Bieganie było takie naturalne! Polubiłem je na studiach w Katowicach, a kiedy wracałem do domu, to zawsze szedłem w góry pobiegać. Bezmyślnie, dla przyjemności. Staram się poświęcać na to jak najwięcej czasu. To odskocznia – pozwala mi wyłączyć się ze świata, w którym dużo się dzieje, robi, realizuje bardzo zróżnicowane rzeczy. Gdy prowadzę zajęcia z dziećmi, to cały czas mówię. Bieganie pozwala mi to wszystko wyłączyć. Po prostu biegnę i jestem w górach. One są też inspiracją do wszystkiego, co robię w życiu. Kultura góralska nie istnieje bez gór. Kiedyś ludzie mieli dużą styczność z krajobrazem: pracowali w polu, na pastwiskach. Wydaje mi się, że to ich mocno kształtowało – ich charakter i charakter muzyki, którą tworzyli. Teraz skoro ja nie prowadzę takiego trybu życia, znajduję podczas biegania to, co ci ludzie mieli na co dzień, tę styczność z naturą. Te góry we mnie brzmią. Pytałaś, czym się różni muzyka Beskidu Żywieckiego od innych. Ja to widzę tak, że ta pierwsza kojarzy mi się z krajobrazem łagodniejszym: choć jest dzika, to rytmika jest płynna. W muzyce podhalańskiej jest dużo skocznych akcentów, co można łatwo odnieść do strzelistego krajobrazu tatrzańskiego. Może doszukuję się porównań na siłę, ale według mnie jedno z drugim współbrzmi.

Podchodziłeś do tego biegania treningowo czy romantycznie? Wychodzisz i myślisz: Zrobię interwały albo pięć podbiegów na szybko? Czy: Taka piękna noc, pobiegnę sobie na Rysiankę?

Bardziej w tę drugą stronę, choć ostatnio staram się trochę przerzucić na ten pierwszy sposób myślenia. Uznałem, że może warto by było podejść do biegania bardziej treningowo, systematycznie, poukładać, bo wiem, że to przyniosłoby lepsze efekty. Ale ciężko mi się do tego zabrać. Idę biegać, kiedy mam czas, i każdą wolną chwilę staram się tym wypełniać. W sumie wychodzi tak, że parę godzin dziennie spędzam na bieganiu w górach.

Żona nie ma Cię przez to dosyć?

Nie, chyba dzięki temu mnie znosi.

Jest cierpliwa?

Jest cierpliwa, bo po bieganiu ja jestem cierpliwy.

Ona też ma takie swoje hobby?

Tańczy w zespole regionalnym, pracuje jako instruktor tańca – dużo czasu temu poświęca, interesuje się kulturą ludową.

Zgrywacie się dobrze.

Uwielbia też chodzić po górach. Może nie biega po nich tak często jak ja, ale kiedy mamy wspólny wolny dzień, to nie ma opcji, żeby go nie spędzić w górach.

To miało znaczenie, że twoje pierwsze ultra było w Żywieckim?

Miało… Ale powiem szczerze, że ja do tego podchodzę na luzie. Myślałem, że może po pierwszym starcie zrodzi się we mnie potrzeba rywalizacji, że mi zacznie zależeć, zacznę sobie zapisywać daty wyścigów w kalendarzu, układać trening… Ale tak się nie stało. Jest mi obojętne, czy biegnę w zawodach, czy po prostu. Nawet bardziej mi się podoba to bieganie po prostu. Kiedy mam dzień wolny, to ustalam sobie trasę z punktu A do punktu B i staram się ją przebiec. Często biegnę na przykład z Żywca na Pilsko i z powrotem – robię jakieś 70 kilometrów, czyli jest ultra, ale nie ma otoczki zawodów.

Spotykasz się czasem z czymś takim, że ludzie mówią: Rafał, zająłbyś się czymś poważnym wreszcie, a nie takie bzdury robisz?

Ooo! Do niedawna wszystkie rodzinne imprezy się z tym wiązały! Rodzina mi życzyła, żebym znalazł w końcu pracę. Dla wielu ludzi praca to wyjście rano, powrót wieczorem, etat, wypłata co miesiąc. Ja na etacie nie pracowałem nigdy. A od niedawna, od paru lat, uważam, że pracy mam trochę za dużo. I staram się to równoważyć, żeby mieć też czas dla siebie, choćby na bieganie. Chyba od roku ludzie zaczęli zauważać, że ja z tego żyję.

Że dom budujesz.

Tak. I jakoś już nie słyszę, żebym pracę sobie znalazł.

Super! A masz jakąś wizję, co byś chciał zrobić w ciągu nadchodzących pięciu lat? Poza tym, że pewnie dokończyć budować dom?

To się stało dużą moją radością, bo buduję dom w stylu tradycyjnym, z bali, w takiej technice, jak kiedyś budowano. Na najbliższe pięć lat… Życzyłbym sobie, żeby robić ciągle to, co robię. Żeby umieć zrównoważyć pracę i rzeczy, których pracą nie nazywam. Zresztą w ogóle trudno mi używać słowa praca. Sam na sobie czasem wymuszam, żeby używać tego określenia. Mówię sobie: Jesteś w pracy. Chociaż cały czas jakoś mi to nie leży. Chciałbym, żeby moje życie wyglądało tak dalej. Bo jest dobrze. Chcę iść w dorosłość, mieć rodzinę, poszerzać ją, ale nie rezygnować z tego, co robię. Rozwijać się. I wypełniać jak najwięcej czasu bieganiem. To jest kierunek, w którym chcę iść.

tekst: Magdalena Ostrowska-Dołęgowska

fotografie przedstawiające Rafała Bałasia: Dominik Imielski

pozostałe fotografie: Piotr Baczewski

Za udostępnienie fotografii do tekstu dziękujemy Dominikowi Imielskiemu.

film: Piotr Baczewski