Ślepia kozy. O duchach dudziarstwa według Krzysztofa Trebuni-Tutki.

Tekst Anny Kapusty.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zakopiańscy dudziarze w opowieściach Krzysztofa Trebuni-Tutki są jednocześnie bohaterami góralskiej rodzinnej gawędy o byciu artystą dziedziczonym po ciupadze i żywymi duchami opiekuńczymi strzegącymi etosu bycia góralem. Dudziarze ci uczą nas nadzwyczajnej skromności w artystycznym kunszcie i zapomnianej dziś pokory twórcy. Jest w tej postawie miejsce na dobre rzemiosło, zagadkę dudziarskiej duchowości i wiarę w wartość tradycji, która nie ogranicza i konserwuje, lecz otwiera i poszerza wyobraźnię. W ślepiach kozy ukryty został przepis na jakość twórczego życia, czyli radość wizji i jej różnorodne realizacje. Słuchanie tej opowieści to podróż w głąb wrażliwości na tajemnice.

Stanisław Budz-Lepsiok / 1928
Narodowe Archiwum Cyfrowe

Ślepia kozy

Opowieść Krzysztofa Trebuni-Tutki o zakopiańskich dudziarzach rozpoczyna się od fascynującego wspomnienia świecących ślepi kozy. Pierwszą w życiu kozę, czyli zakopiańskie dudy, mój rozmówca pamięta jako tajemnicze zwierzę ze świecącymi ślepiami diabła. Koza wisiała na ścianie i przejeżdżające nocą Zakopianką samochody nadawały jej oczom złowrogi blask. Odpychający i uwodzący jednocześnie. To odbite światło poruszało kozę w wyobraźni chłopca i instrument stawał się żywym, diabelskim organizmem, który wyzwalał dziecięcą fascynację i lęk, przyciągał i przerażał. Krzysztof Trebunia-Tutka pamięta do dziś nadzwyczajną dramaturgię domowego misterium obecności kozy w całym życiu. Koza miała więc nocne, diabelskie ślepia. Tak straszyła i fascynowała nocą. Za dnia w rękach ojca, Władysława Trebuni-Tutki co prawda przestawała być już ona diabłem, ale wydawała przeraźliwy głos. Ojciec mówił wtedy do małego Krzysia: Nie bój się, nie bój, to jest tylko instrument. I wygląda na to, że w tym strachu ukryła się zagadka życiowej fascynacji kozą. Dla Krzysztofa Trebuni-Tutki koza ciągle uobecnia tajemnice.

 llll

Dudziarz po ciupadze

Być dudziarzem po ciupadze znaczy świadomie uczestniczyć w dudziarskim rodzie w męskiej, niemalże totemicznej linii dziedziczenia tradycji. To tradycja ciepłego, zakopiańskiego patriarchatu, czasem szczęśliwie ratowanego przez równie ciepły, bo rodzinny matriarchat. Krzysztof Trebunia-Tutka mówi o sobie: Jestem góralem, muzykantem, a koza to moje dziedzictwo rodzinne. Dudziarski ród Trebuni Tutków zapoczątkował patriarcha, pradziad Stanisław Budz-Lepsiok, zwany Mrozem. Z dudami bywał on w Warszawie, Poznaniu, Lwowie i Hadze. Uczestniczył także w 1925 roku w wystawie światowej w Paryżu i w pogrzebie Ignacego Jana Paderewskiego na krakowskiej Skałce.

W tym pejzażu dudziarskich symboli, jak biblijny Izaak zrodził Jakuba, tak zakopiański Stanisław Budz-Lepsiok zrodził Krzysztofa. Dudziarskie Drzewo Jessego pracuje w etosie opowieści Krzysztofa Trebuni-Tutki w służbie dumy zakopiańskiego artysty po ciupadze, choć czasem owa ciupaga bywa także rodzaju żeńskiego. Duch dudziarstwa działa, aby dudziarze mogli trwać, współpracując z czasami, ludźmi i okolicznościami.

Nieuchronne

Dudziarska ścieżka życia, zapoczątkowana przez pradziada, rozpoczyna wszystko, co w życiu Krzysztofa Trebuni-Tutki nieuchronne. Artysta pamięta swój dom wypełniony zapachem farb olejnych ojca, Władysława Trebuni-Tutki, który był profesjonalnym malarzem, wybitnym muzykantem i zakopiańskim dudziarzem.

W domu na ścianie wisiała koza, ta sama, która stała się obiektem fascynacji i lęku małego Krzysia. Koza zawierała części kozy dziadka, a była ona instrumentem wykonanym przez kuzynów, którzy jeszcze dziadka pamiętali i dobrze znali technikę budowania instrumentu. Istniało więc niejako fizyczne i duchowe ciało kozy, łączące dudziarskie pokolenia Trebuni Tutków. Ten korpus tradycji dudziarskiej wspierały mocno opowieści Władysława Trebuni-Tutki o dziadku, który był bacą w Dolinie Małej Łąki. Stryj Krzysztofa Trebuni-Tutki, Andrzej, powiedział co prawda kiedyś, że: Właduś () to on się ku owcom nie nadaje, ale umie pieknie rysować, malować. Został więc Władysław artystą, bo dziadkowie – przytomnie – wysłali Władusia do Liceum Plastycznego w Krakowie, a potem była krakowska Akademia Sztuk Pięknych na Wydziale Malarstwa i Tkaniny. I tak zakopiańscy dudziarze zaczęli się pojawiać na prawie każdym obrazie Władysława Trebuni-Tutki, zaludniając żywą wyobraźnię syna Władysława Krzysztofa.

„Dudziarz Mróz” obraz na szkle
autorstwa wnuka Mroza – Władysława Trebuni-Tutki

Ważnym nośnikiem opowieści o dudziarzach była tu babcia Ludwina, która jeszcze jako młoda dziewczyna tańczyła przy kozie na wzór dziewiętnastowiecznych posiadów, czyli muzyk. Zapraszano wówczas dudziarza i ludzie bawili się, tańcząc, a przy dudach tańczyć mógł tylko jeden mężczyzna z jedną kobietą jednocześnie. Pradziad Mróz, ojciec Ludwiny, grywał na weselach góralskich. W rodowej linii dudziarstwa po ciupadze byli zatem: pradziad Stanisław Budz-Lepsiok, zwany Mrozem, babcia Ludwina i ojciec Władysław Trebunia-Tutka. W rodzie dudziarstwo stało się tym, co nieuchronne.

Dudziarska ścieżka

Droga do dudziarstwa Krzysztofa Trebuni-Tutki prowadziła przez folklorystyczny zespół Małe Podhale, w którym góralskie dzieci dzięki pracy jego założycieli – małżeństwa Haniaczyków miały szansę twórczo bawić się kulturą, wraz z rówieśnikami między innymi z Holandii i Francji. Był więc taniec i były także skrzypce. Muzycznie była też osobista, młodzieńcza przyjemność grania sobie na fujarce oraz piszczałkach, co było wstępem do późniejszej pracy palców na gaździcy, czyli części kozy. Emocjonalnie – to przede wszystkim rozbudzona pasja do celebrowania osobistej, muzycznej ekspresji. Najważniejszy był jednak ojciec. Władysław, w przekonaniu, że skrzypce to drogi i delikatny instrument, polecał synowi grę na tanich złóbcokach, które kręciły się w dłoni i zniechęcały góralskiego Mozarta, jak mówiono o Władysławie Trebunii-Tutce, do edukacji skrzypcowej syna. Krzysztof pamięta muzyczny słuch absolutny ojca, rejestrującego każdą melodię jak magnetofon. Ojciec swojej kozy mi nie dawał do grania, relacjonuje on do dziś z respektem i dodaje z nostalgią: „Kozy nie wolno było dotykać, więc mogłem tylko podsłuchiwać i obserwować. Był też młodzieńczy etap Technikum Budownictwa Regionalnego w Zakopanem i zespół Budorze.

Pierwszą kozę wykonał dla Krzysztofa Trebuni-Tutki mistrz Tomasz Skupień z Kuźnic, jedyny wówczas wytwórca kóz na Podhalu, który także potrafił grać na wyczucie i na słuch. Kiedy powstała Kapela Trebuni Tutków pod wodzą Władysława Trebuni-Tutki przekonanie, iż koza zawsze była obecna i może być świetną wizytówką zespołu, stało się dla Krzysztofa oczywiste. Koza znalazła się też na okładce płyty Góralska siła. Wraz z Władysławem Trebunią-Tutką dudy przejechały przecież cały świat, a tam, gdzie tupać można było dyle, czyli tańczyć na drewnianej podłodze sieni lub wozowni, wyrzeźbiona kozia główka – znak rozpoznawczy zakopiańskiej kozy otwierała przestrzeń dla muzyki góralskiej, tak tradycyjnej, jak i inspirowanej tradycją. W autorskiej koncepcji pracy z tradycją góralską Krzysztofa Trebuni-Tutki tradycja otwiera twórczość, ucząc zarówno szacunku dla korzeni, jak i doceniania nowatorstwa we własnej kreatywności. Tradycja ma wzmacniać, nie zaś usztywniać drogę twórczą. Tę regułę jakości pracy inspirowanej tradycją artysta wyznaje do dziś, powołując się na błogosławieństwo wejścia na dudziarską ścieżkę udzielone mu przez Tadeusza Gąsiennicę-Giewonta, przybranego dziadka, jak o nim ciepło mówi. To Tadeusz Gąsiennica-Giewont powiedział kiedyś: Krzyśku, ty powinieneś mieć swoją bandę i wówczas był to symboliczny początek działalności kapeli Trebuni Tutków, tytułowanego tak od nazwiska prymisty. Potem była zaś Kapela Krzysztofa Trebuni-Tutki, a w końcu Śleboda. W założonym przez Krzysztofa zespole Trebunie-Tutki wspólnym mianownikiem wszystkich działań muzycznych, czy to w eksperymentach z reggae, czy góralskim jazzem, stawała się inspiracja, czyli siła czerpania z tradycji własnej indywidualności artystycznej.

Władysław Trebunia-Tutka / prywatne archiwum rodziny Trebuniów Tutków

Rodzina albo grób

Dawny przekaz dudziarskiej tradycji był intymnym doświadczeniem tajemnicy relacji ucznia z mistrzem, który – paradoksalnie nigdy nie udzielał adeptowi bezpośrednich i konkretnych wskazówek, ucząc go gry pośrednio, poprzez swoją obecność i praktykę muzyczną. Adept podpatrywał i podsłuchiwał te tajemnice mistrzostwa dopiero wtedy, kiedy mistrz nobilitująco uznał, że w ogóle wolno mu już słuchać. Zresztą podobnie było w przypadku innych góralskich profesji. Krzysztof Trebunia-Tutka pamięta opowieść stryja, który szył portki góralskie i dopiero przy szczególnie dobrej sposobności odrysował ręcznie ich szablony, bo mistrz krawiectwa widać bał się, że młody fach mu odbierze. Podobnie było też ze skrzypaczką Dziadońką (czyli Bronisławą Konieczną), którą ojciec najpierw napominał: „Połóż te skrzypce, bo je zepsujesz, a potem: „Połóż te skrzypce, bo one zepsują ciebie. Mówiło się też, że Stanisław Nędza-Chotarski wszystkim swoim synom porozbijał skrzypce, bo po zabawach nie chcieli wstawać do koszenia w poniedziałek. W tym kontekście patriarchalnej hierarchii rodowej tajemnica dudziarstwa odzwierciedlała stary góralski etos pokory młodszego wobec starszego w rodzie.

W linii zakopiańskich patriarchów dudziarstwa centralną pozycję zajmuje Tomasz Skupień, któremu wiedzę o grze na kozie po wielu spotkaniach i zbudowaniu mistrzowskiego zaufania przekazywał Józef Galica-Baca, a on sam gry i budowy kozy uczył się u Stanisława Budza-Mroza. Dudziarze jednak niechętnie dzielili się tajemnicami dudziarstwa i było tak, że albo mieli oni swoich następców w najbliższej rodzinie, albo dudziarską sztukę zabierali ze sobą do grobu; jak to w patriarchacie: rodzina albo grób domykały historie odchodzących patriarchów. Jak zapewnia Krzysztof Trebunia-Tutka: „Dziś nazwiska największych dudziarzy znane są tylko osobom związanym z dudziarstwem, a większość przepadła w mrokach dziejów. Wiadomo, że dudziarzami byli bacowie. W Zakopanem był Gładczan, na Olczy było kilku dudziarzy. I raczej nikt nikogo nie uczył, a jeżeli już pozwolił słuchać, było to okazaniem wielkiego zaufania.

Tajemnica definiowała zakopiańskie dudziarstwo. Nic w tym zatem dziwnego, że kiedy Krzysztof Trebunia-Tutka zaczął marzyć o graniu, nie miał z kim. W tej sytuacji od siódmej klasy szkoły podstawowej zaczął najpierw uczyć kolegów, a następnie swoją siostrę Anię, grającą – oprócz fortepianu na basach i skrzypcach. W rodzinnej bandzie śpiewała gościnnie także Stanisława Trebunia-Staszel, obecnie doktor etnologii i antropologii kulturowej Uniwersytetu Jagiellońskiego. W linii własnych muzycznych patriarchów artysta wymienia skrzypka Władysława Obrochtę z Zakopanego, syna Bartusia Obrochty, także grającego na skrzypcach, Bolesława Karpiela-Bułeckę, ojca Sebastiana i Jana, Władysława Gąsienicę-Brzega i Tadeusza Gąsienicę-Giewonta, całą rodzinę Maśniaków, muzykantów z Białego Dunajca i Poronina oraz wielu, których zaszczytem było znać. Ci patriarchowie tradycji góralskiej uczyli, jak relacjonuje Krzysztof Trebunia-Tutka, nie tylko muzycznej tradycji, ale pewnej jakości twórczego życia, która dziś już odeszła w niepamięć. Ważną postacią zakopiańskiego dudziarstwa został też Szymon Bafia, dudziarz i lutnik, który potrafi naprawiać kozy.

O dudziarstwie jako profesji w regularnym przekazie edukacyjnym, nauczanej jako fach muzyczny, a przede wszystkim już nie zabieranej do grobu”, myślał nowocześnie Tomasz Skupień, do którego zgłaszali się liczni uczniowie wśród nich Piotr Majerczyk, lutnik umiejący budować kozy. Pod wpływem tych właśnie doświadczeń muzyczną misją Krzysztofa Trebuni-Tutki stało się otwarcie zakopiańskiego dudziarstwa na żywy przekaz tradycji, tak, aby mistrzostwo gry na dudach nie było ani zabierane do grobu, ani więzione w męskiej linii patriarchalnego dziedziczenia w najbliższej rodzinie. Koza wedle tej koncepcji tradycji ma żyć dynamiczną biografią eksperymentujących muzycznie artystów, inspirować i dawać impuls do odkrywania osobistej ścieżki artystycznej. Koza włącza w archaiczną siłę rodu i ośmiela do nowych rozwiązań, bo siłą tej tradycji jest jej zdolność do trwania w tu i teraz zmiany.

Szamanizm dudziarski

Koza to instrument potęgujący dojrzałą indywidualność dudziarza, jeśli chce być on prymistą, a więc mieć swój muzyczny styl gry i ekspresji. Tomasz Skupień był twórcą – jak nazywa to Krzysztof Trebunia-Tutka otwartej edukacji dudziarskiej, w ramach której uczył nie tylko swego syna, ale i wielu innych adeptów dudziarstwa, w tym wspomnianego już Szymona Bafię, dudziarza i lutnika. U Szymona Bafii Krzysztof Trebunia-Tutka naprawiał swoją kozę i to Bafia otworzył w Jutrzence zakopiańskiej pierwszą szkołę dudziarską, instytucjonalnie kultywującą wartości gry na instrumentach pasterskich.

Krzysztof Trebunia-Tutka wypowiada przekonanie, że – co oczywiste – dudziarze nie nazwaliby się na pewno szamanami, ani ci dawni, ani współcześni, ale szamańska w swej mocy siła przywiązania do własnej kozy jest związkiem tajemniczym, organicznym i duchowym jednocześnie. Dudziarz zrasta się emocjonalnie ze swoim instrumentem i w instrument ten wkłada całą swoją wrażliwą osobowość. Dudy robi się raz w życiu, najwyżej dwa. Dla Krzysztofa Trebuni-Tutki takim szamańskim momentem, doświadczeniem sacrum połączenia z tradycją ocaloną w kozie pradziadka, było fizyczne dotknięcie tego pradziadkowego instrumentu w Muzeum Tatrzańskim. Świadomość, że na nowo mógł on dotknąć kozy pradziada, przekazanej sto lat wcześniej do muzeum, była momentem intensywnego odczucia, jakby pradziad zmartwychwstał. W takich chwilach człowiek podłącza się emocjonalnie do poruszonych duchów tradycji, czerpiąc z szamańskiej mocy kreacji. Uczestniczy w sile rodu, stając się samym sobą.

Zapach jest nieśmiertelny

Krzysztof Trebunia-Tutka swą gawędę o duchach dudziarstwa kończy opowieścią o najmłodszym z przedstawicieli dudziarskiego rodu Trebuni Tutków. Po ojcu Krzysztofa dudy odziedziczył jego najmłodszy syn Jan. Jak twierdzi Krzysztof: „Wystarczyło kilka lat i syn całkiem przyzwoicie gra, i czuje się osobiście związany z tym instrumentem. To jest jego instrument i czasem pozwala ojcu na nim zagrać, ale z wielką niechęcią, bo to nie jest tylko jego własność, jak jakaś zabawka. To takie związanie duchowe. Również poprzez stosunek do dziadka, którego uwielbiał i który był jego mistrzem, choć gdy miał dziesięć lat, dziadka zabrakło. Nie grał wtedy na kozie, grał na skrzypcach. Próbował tańczyć, śpiewać i dziadka obserwować.

Krzysztof Trebunia-Tutka mówi z ojcowską dumą o dudziarskiej pokorze Jana, który nie czuje się do kozy przymuszany, ale po prostu uczestniczy w tej tradycji rodowej. Jaś grał na skrzypcach, fujarkach, ale kiedy dziadka zabrakło, sam uznał, że teraz on przejmie tradycję i będzie grał na dudach. I jest praktyczny aspekt tego związku, jak to relacjonuje z tajemniczym, dudziarskim uśmiechem Krzysztof Trebunia-Tutka. Skóra, która była wmontowana w dudy, strasznie śmierdzi, okropny smród! Dla kogoś, kto mieszka w apartamentowcu, to jest zapach z innej bajki. I kiedy ktoś wejdzie do domu z zaskoczenia, to sytuacja się robi trochę dziwna. Wiele razy było już tak, że mama Jasia mówiła do syna: Jasiek, zamknij już tę kozę w futerale, nie wyjmuj jej! Weź ją tam gdzieś połóż na balkonie. Ale jak z szamańską prawie radością podkreśla Krzysztof Trebunia-Tutka – minęło kilka lat i zapach kozy z domu nie znika. Zapach jest nieśmiertelny. Zapach jest kozi. I kiedyś Jasiu wręcz z wielką obrazą powiedział: „To jest moja koza, to jest mój pokój i tu ma tak śmierdzieć.

Zapach jest nieśmiertelny. Siła rodu jest nieśmiertelna. I duchy dudziarstwa są nieśmiertelne. I koza będzie żyć.

tekst: Anna Kapusta

fotografie nagłówkowa: Narodowe Archiwum Cyfrowe / Stanisław Budz-Lepsiok

film i fotografie współczesne: Piotr Baczewski

Za pomoc w realizacji materiałów filmowych dziękujemy rodzinie Trebuniów Tutków oraz Tatrzańskiemu Centrum Kultury i Sportu „Jutrzenka” w Zakopanem.