Młodzi Biskupianie

wywiady Danuty Naugolnyk

Na Biskupiznę trudno dotrzeć, ale jeszcze trudniej z niej wyjechać. Wcale nie przez opóźnione pociągi czy omijające te tereny PKS-y. Biskupizna po prostu uzależnia. Przede wszystkim przez niesamowitą energię ludzi zamieszkujących te tereny. To jedno z niewielu miejsc w Polsce, gdzie młodzież bawi się przy dudziarskiej muzyce i nie wyobraża sobie bez niej życia.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Julia Hampelska | 19 lat | skrzypaczka | Krobia

Gram na skrzypcach podwiązanych w kapeli biskupiańskiej z Bukownicy. U nas jest tak, że kapela bierze nazwę stąd, skąd jest dudziarz. Akurat dudziarz, z którym zazwyczaj gram, jest z Bukownicy.

Moja przygoda z muzyką zaczęła się od tego, że poznałam Gosię Szymankiewicz i Krzysia Polowczyka. Mają oni zespół rockowy (Cztery mile lasu – przyp. red.). Chodziłam do nich na próby i Krzysiu dla żartu kiedyś zapytał, czy nie chciałabym być biskupianką do zespołu (Biskupiański Zespół Folklorystyczny z Domachowa i Okolic – przyp. red.). Myślałam, że ze mnie żartuje, a on mówił poważnie. Jak pojechałam na próbę biskupiańską, to już zostałam, tak mi się spodobało.

Z graniem na skrzypcach to już trochę śmieszniejsza historia. Nigdy nie miałam żadnego instrumentu w rękach. Poznałam pana Michała Umławskiego, który jest moim mistrzem. Zapytał, czy bym chciała grać na skrzypcach. OK. Poszłam na próbę. Pan Michał zaszczepił we mnie niesamowitą miłość do muzyki tradycyjnej i wielkie poszanowanie dla całej kultury ludowej. I tak zostało.

Pierwszy raz za skrzypce złapałam dwa lata temu, a jako tako zaczęłam grać z dudziarzem około półtora roku temu. Miałam w sobie coś takiego, że bardzo nie chciałam odstawać od Gosi i od Krzysia, którzy grali według mnie po prostu niesamowicie. Wracałam ze szkoły, odrabiałam lekcje i siadałam do skrzypiec. Dzień w dzień. I grałam, dopóki mi się nie znudziło. Nawet jeśli to był jeden tylko utwór. Grałam non stop, w kółko, w kółko. Ciągle dyktafon, chodziłam za Krzysiem i za Gosią i w kółko powtarzałam. Nie nudziło się mi. I do teraz mi się nie nudzi.

W muzyce dudziarskiej fajne jest to, że ten sam utwór można zagrać na tysiące sposobów, jak się skrzypkowi czy dudziarzowi zechce. Jestem teraz już na tym etapie, że zaczynam bawić się tymi melodiami, kombinować, dokładać ozdobniki, żeby to lepiej brzmiało. I nadal jest ciekawie.

Cały czas się uczę. Chodzę na zajęcia. Zawsze jestem godzinę wcześniej, żeby się przygotować, jakieś utwory nowe pograć. Żeby dudziarz, z którym gram, nie musiał na mnie czekać.

Bardzo nie lubię grać na tych wszystkich konfrontacjach, konkursach, festiwalach. Dla mnie to jest nienaturalne. Ja się stresuję. Lubię, jak jest potańcówka: biskupianie tańczą, my sobie siedzimy, gramy, oni przyjdą, zaśpiewają… To jest takie fajne. Nie czuję, że mnie wszyscy obserwują, tylko mogę patrzeć, jak inni tańczą do tego, co my gramy.

 

Gdy ludzie bawią się do naszej muzyki, gdy czuć tę radość, że im się to podoba, że oni chcą do tego tańczyć – to jest niesamowite.

U mnie w rodzinie nie było niestety biskupian. Ja się tak wzięłam z choinki. Wiele członków zespołu ma silnie zakorzenioną tę tradycję. U nich dziadkowie, babcie – ktoś tam zawsze był. U mnie nikt kompletnie. Wręcz przeciwnie, moi rodzice są temu przeciwni. Mówią, że mam sobie dać z tym spokój. Kiedy dostaliśmy się z Adrianem na Wszystkie Mazurki Świata, to rodzice mi zabronili tam jechać. Ja jednak pojechałam, bo to było dla mnie ważne. Marzyłam o tym, żeby tam się dostać i tam pojechać. Byliśmy na Starej Tradycji. Wrażenia niesamowite! Tylu ludzi z tak niesamowitą muzyką! Sam klimat był super. Coś niezapomnianego.

Rodzice uważają, że za to nie wyżyję i że to tylko pasja. Ale to jest coś, co daje mi radość w życiu i energię do robienia różnych rzeczy. Po prostu nie umiałabym już bez tego funkcjonować. Jak jest gdzieś potańcówka, a ja siedzę w domu… Nie! Nie potrafiłabym już, tak mnie to wkręciło.

Uwielbiam tańczyć. W ogóle poszłam do zespołu z myślą, że będę tylko tańczyć. Skrzypce to znikąd się wzięły. W Kazimierzu (Festiwal Kapel i Śpiewaków Ludowych w Kazimierzu Dolnym – przyp. red.) byłyśmy z koleżanką prawie na wszystkich warsztatach tanecznych w Tyndyryndy. Mnie się podobają tańce z różnych regionów. Staram się nie trzymać tylko tego, co jest tutaj. Bo wiwat, oberek, siber są OK, ale jak jedzie się gdzie indziej i grają coś innego, to trzeba zatańczyć. Nie można siedzieć. Więc ja się staram nie ograniczać i jak mogę, to uczę się czegoś nowego.

Książkę Jana Bzdęgi z Domachowa o weselu biskupiańskim to z pięć, sześć razy przeczytałam! Staram się dowiadywać fajnych rzeczy, bo ten region jest tak ciekawy! Na przykład dudziarze nie wchodzili do kościoła podczas wesela, bo tutaj się uważało dudy za szatański instrument. Zawsze czekali więc przed kościołem, aż młoda para wyjdzie, i dopiero wtedy grali.

Próbowałam grać na dudach, ale to dla mnie za ciężki instrument. Nie mam tyle siły, żeby pompować. Trzeba mieć dużą koordynację: pompowanie, naciskanie worka, jeszcze przebieranie palcami na przebierce. Dla mnie to już zbyt skomplikowane. Ja jestem tylko kobietą. Kobiety tak nie potrafią. Ale przeważnie to mężczyźni byli dudziarzami, a dziewczyny raczej na skrzypcach grały.

 

Słucham metalu, folk metalu, chociaż ostatnio to chyba tylko muzyki tradycyjnej słucham. Ale nie tylko tutejszej, tylko namiętnie słucham różnych nagrań z Muzyki Zakorzenionej. Jak tylko gdzieś idę na spacer, to słucham, słucham, słucham. Nie chciałabym też łączyć muzyki muzyki tradycyjnej z muzyką nowoczesną. Bo to jest piękno tej tradycyjnej muzyki wiejskiej, że ona taka jest. Jest taka prosta, melodyjna, do tańca. Ja bym to zostawiła, jak jest.

To jest moja wielka pasja, moja wielka miłość.

Skrzypce mam po panu Karolu Chudym. Myślałam też o zakupie własnych, ale muszą być stare. Żadne tam chińczyki, broń Boże! Tylko stare. Bo ja na początku miałam takie zwykłe chińskie skrzypce. Brzmienie jest totalnie inne. Są takie bez wyrazu, nie mają już tego samego dźwięku. A jak wzięłam te stare do ręki, to zupełnie inaczej się grało.

Jeśli nie mam tygodnia zalatanego, to nie ma dnia, żebym za skrzypce nie złapała. Co prawda już nie jest tak, jak na początku, kiedy grałam po dwie, trzy godziny. Ale też nie ma dnia, żebym nie pograła chociażby te piętnaście minut. Przynajmniej jakiś kawałek sobie przypomnę. A jak są potańcówki, to parę dni wcześniej robię sobie sesję po dwie godziny, żeby się przygotować. Ja mam totalnego świra na tym punkcie. Każdy, kto znajdzie to, co tak pokocha, ma coś takiego, że już nie zapomni.

Chcę sobie skrzypce wytatuować. Myślałam także o jakichś kwiatach biskupiańskich. Koleżanka chce sobie wytatuować Biskupiankę. Taki trochę świr jak ja.

Gdy słyszę jakieś negatywne komentarze, to zawsze mówię: „Nie byłeś, nic nie spróbowałeś, przyjedź, zobacz! Jak przyjedziesz i nadal ci się nie będzie podobało, to OK, rozumiem. Ale jeśli nie widziałeś, nie wiesz, jak to jest, to nie komentuj”. Zazwyczaj to zamyka dyskusję. Moja przyjaciółka przyjechała na katarzynki. Spodobało jej się. Fakt faktem, w zespole nigdy nie chciała być, ale na biskupiańskie eventy zaczęła przyjeżdżać. Już nawet zaczęła z nami tańczyć! Tak łowię tych młodych. Staram się ich w to wciągać.

Młodym zawsze mówię: „Najpierw spróbujcie!”. Jak się przyjedzie na taką imprezę, czy to katarzynki, czy to podkoziołek, zobaczy się tych ludzi, którzy wszyscy są weseli i uprzejmi do siebie, wtedy można poczuć, jakie to jest naprawdę piękne.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Gosia Szymankiewicz | 21 lat | fryzjerka, skrzypaczka i dudziarka | Krobia

Pewnego razu przyszli do szkoły dudziarze. Potańczyli i powiedzieli, że potrzebują osoby do tańca, do śpiewu i do gry. Pomyślałam: „Co mi tam szkodzi? Spróbuję”. Poszłam na próbę zespołu (Biskupiański Zespół Folklorystyczny z Domachowa i Okolic – przyp. red.) i powiem szczerze, spodobało mi się. Dużo osób odeszło po paru próbach, bo stwierdziło, że nie dadzą rady. A mnie to jakoś w miarę łatwo przyszło i po prostu gram do teraz.

Nie chodziłam niestety do szkoły muzycznej. Ale grałam wcześniej w orkiestrze dętej, więc coś takiego jak nuty czy metrum jest mi znane. Na Biskupiźnie przecież najczęściej grało się ze słuchu, z nut nie bardzo. My też ze słuchu gramy. Ale mam taki magiczny zeszyt, w którym jest rozpisana większość piosenek, które gram, i jak dzieciaki uczą się gry na skrzypcach, to korzystają z tego zeszytu.

Melodia jest rozpisana na dźwięki i na palce, czyli który palec któremu dźwiękowi odpowiada. Tak samo jest u dudziarzy. Dźwięki są te same, ale palce są nazwane innymi cyferkami.

Na skrzypcach gram osiem lat, na dudach ze dwa, trzy. Kiedy pierwszy raz wzięłam dudy do ręki, to stwierdziłam, że jest masakra. Siniaki miałam po prostu wszędzie! Wszystko poobijane. Później, jak miałam dudy w domu, a pasek był za duży, to podkładam sobie misia pod dymkę, żeby mi nie wychodziły siniaki. W sumie to było mi łatwiej nauczyć się grać na dudach – umiałam przecież grać na skrzypcach. Melodie znałam, musiałam nauczyć się palce przestawiać i skoordynować te ruchy, żeby jakoś powietrze wychodziło i był równy dźwięk. Teraz ogólnie zaczęłam znowu grać, bo brakuje trochę dudziarzy i mam się przerzucić na dudy.

Gram na skrzypcach jeszcze w zespole rockowym (Cztery mile lasu – przyp. red.). Przekształcamy piosenki biskupiańskie na mocniejsze, bardziej rockowo-folkowe. Mamy na razie jeden utwór z dudami, ale na pewno będzie więcej. Mimo że czuć tam Biskupiznę, to nie jest to samo, co granie na zabawach do tańca. Gdy widzisz, że ludzie się bawią, że jest taka energia w tym wszystkim, to lepiej się gra, niż tak gdzieś ćwicząc po salach.

Biskupizna jest na pierwszym miejscu. Rock OK, jak najbardziej. Ale nie na cały czas. Nie! Czasy się zmieniają, muzyka też się zmienia. Ale jednak ta Biskupizna non stop jest w tle, wszędzie. Biskupizna na pierwszym miejscu, zdecydowanie.

W ogóle eszystko, co ostatnio robię, jest związane z Biskupizną.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dożynki w Spale. 28 sierpnia 1927. Młodzież włościańska z Biskupizny spod Krobi. W drugim rzędzie kapela dudziarska (dudziarz Andrzej Łuczak z Teodozewa i skrzypek Józef Chudy ze Starej Krobi).
źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Jak gramy na zabawach, to czasami z Krzychem (Krzysztof Polowczyk – przyp. red.) wpadamy w trans. Widać, że my gramy, gramy, gramy. Ludzie są zmęczeni, a my nadal gramy. Za chwilę patrzymy, że ludzie już nie mogą. To wtedy kończymy.

Moi rodzice także są w zespole biskupiańskim. Szczerze mówiąc, to ich wciągnęłam trochę. Bo siedzieli w domu. Wcześniej nie tańczyli: mama tylko w przedszkolu, a tata jako tako styczności nie miał z Biskupizną; jedynie dziadek-pradziadek grał na dudach. Ale tata mówi, że za dużo też nie pamięta, faktycznie go nie było ciągle w domu. A teraz to może ze dwa lata już tańczą. Na wszystkie wyjazdy jeżdżą razem. Dają radę!

Mój wuja także grał na skrzypcach (Jan Łuczak z Posadowa – przyp. red.). Miałam po nim bardzo fajne skrzypce przez pół roku, w ogóle inne niż teraz są. Trochę je podreperowałam, struny powymieniałam. Ale rodzina chciała je z powrotem, bo to jednak pamiątka. Te skrzypce ciągle są w domu, ale niestety nikt na nich nie gra.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jak jestem z dudami, to jest szok. Jak? Biskupianka z dudami? Jakim cudem? Jak na Świętego Marcina w Poznaniu był przemarsz, to na trzydziestu dudziarzy ja byłam jedyną dziewczyną. Szłam na samym środku. Na szczęście nie w pierwszym rzędzie, bo już bym się chyba załamała. Wszystkie spojrzenia na mnie. Dziewczyna? Co ona niesie? Czemu ona ma dudy? Czemu nie ma skrzypiec?

Dużo ludzi mnie nie poznaje w stroju, bo jednak strój trochę zmienia. Ale jak zobaczą, że mam tego samego dnia występ biskupiański, a za chwilę się przebieram i występuję na rockowo, to wszyscy: „Wow! To jest biskupianka? Ale jakim cudem? Ona przecież gra na skrzypcach”. Dla ludzi to coś nowego, że taka osoba z zespołu ma też nowocześniejsze hobby.

Jak mam czerwone włosy, to zawsze słyszę pytania: “Biskupianka z czerwonymi włosami? Ale czemu? Biskupianki farbowały włosy?”. A ja odpowiadam: “Trzeba iść z duchem czasu”.

Kiedy słucham tych starych nagrań, mówię: „Kurczę, oni kiedyś grali to samo, ale inaczej to akcentowali i wszystko było takie zlane”. Fakt faktem, nie stroili ze sobą. Bo to słychać wszędzie praktycznie. Ale była inna maniera gry, inne jakieś przyzwyczajenia. Na przykład na pierwszej strunie gra się czterema palcami, a mój wuja grał tylko trzema. Trzeci po prostu przesuwał. Ja tego nie jestem w stanie zagrać, Krzychu tak samo. To jest po prostu przyzwyczajenie, inna nauka gry, inne zasady.

Im dłużej jestem w zespole, tym więcej piosenek odnajduję.

W tych archiwalnych nagraniach w każdej piosence każda zwrotka jest zagrana inaczej. Dudziarz ze skrzypkiem byli tak zgrani, że wiedzieli, w którym momencie jaki ozdobnik dodać. Praktycznie nigdy nie grali tego samego utworu tak samo. My z Krzychem również próbujemy sobie w tej zwrotce przeciągnąć, w tej skrócić, coś dodać i tak dalej, ale musimy się porozumiewać. Kiwniemy sobie głową i wiemy. A na starych nagraniach czy filmach dudziarz i skrzypek grali tak, jakby już na pamięć wiedzieli, co mają grać. Tak byli ze sobą zgadani. To jest też kwestia tego, ile lat grali razem. Bo kiedyś praktycznie od dziecka się gdzieś kręciło. Pani Ania (Anna Chuda – przyp. red.) opowiada, że jak była mała, to podczas wesel pod stołem się chowała, żeby jej nikt nie zobaczył. Oni to mają we krwi. Teraz są trochę inne czasy. Starsze osoby jeszcze pamiętają, jak wyglądały tamte wesela.

Mam taki głupi pomysł: chcę mieć normalne wesele, ale jako pierwszy taniec chcę zrobić sobie wiwata, oberka i sibra. Przy zespole biskupiańskim. Nie mówię, że koniecznie, ale chociaż kapela musi być. No i wiadomo, później na oczepiny to już prawie cały zespół przyjedzie. Mój ty Boże… To jeszcze ze trzy, cztery lata co najmniej.

Niech to trwa!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Adrian Maćkowiak | 16 lat | dudziarz | Bukownica

W tym roku minęło pięć lat, odkąd doszedłem do zespołu biskupiańskiego (Biskupiański Zespół Folklorystyczny z Domachowa i Okolic – przyp. red.). Z dudami na początku wyglądało to tak, że jak je dostałem, to przez kilka miesięcy przenosiłem je z jednego pokoju do drugiego, tu je szmatką wytarłem, tu coś jeszcze. Tata w końcu powiedział do mnie: „Albo, chłopcze, nauczysz się grać i będziesz grał, albo odniesiesz dudy z powrotem”. Także musiałem nauczyć się chociaż jednego utworu. A jak zagrałem jeden utwór, to już tak po kolei drugi, trzeci. Potem dużo z Krzysiem (Krzysztof Polowczyk – przyp. red.) ćwiczyłem. Jestem mu wdzięczny, że ze mną tyle czasu przesiedział i pokazał: tu zagraj tak, tu zrób tak, bo tak będzie lepiej.

Żeby to miało ręce i nogi, to gramy w zespole do upadłego. Dużo też siedzę przed nagraniami. Potrafię nieraz ze dwie godziny nad jedną piosenką przesiedzieć, żeby ją zagrać. Prowadzimy z rodzicami gospodarstwo, więc jest trochę pracy. Ale jak mam czas, to gram. I tak ta moja przygoda wygląda.

Ja nie zagram nut. Nut nie znam nic, kompletnie.

Wszystko dosłownie ze słuchu.

W rodzinie dziadkowie ubierali się po biskupiańsku, ale robili to dla siebie. Na co dzień czy do kościoła. Nie byli w żadnym zespole, tylko się tak ubierali. U mnie w domu rodzinnym, gdzie dziadkowie żyli, to już nie ma nic, bo pradziadek w stroju poszedł do grobu, prababcia też. Tak sobie życzyli.

Biskupiznę wyróżnia to, że nasz folklor nie jest reaktywowany. Przechodzi z pokolenia na pokolenie. Na przykład jak zrobiliśmy z Krzyśkiem potańcówkę u nas na wsi – a wieś taka mała, malutka, tylko dwadzieścia cztery numery – to ludzie szli i śpiewali piosenki. I to śpiewali nie jedną czy dwie, tylko tyle piosenek, ile umieli! Jeszcze tym starszym piosenki się poprzypominały. Mój dziadek nawet śpiewał razem z nami – on jeszcze pamięta, jak z ojcem kiedyś przy pracy śpiewali.

U mnie w domu jak są imieniny czy święta, to zawsze śpiewamy i zawsze jest wesoło. I zawsze ta Biskupizna jest. Nieraz rodzina się pozjeżdża, to najpierw zaśpiewamy, potem jest spór, jakie słowa mają być w piosence, i śpiewamy jeszcze raz od początku. U nas folklor jest cały czas żywy.

Poznań / 1929
Narodowe Archiwum Cyfrowe
Poznań / 1937
Narodowe Archiwum Cyfrowe

Z jednej strony dudziarzy jest mało i jest na nich zapotrzebowanie. Z drugiej – są młodzi, którzy się dopiero uczą. Ale dudy to nie jest gitara czy coś innego, że złapiesz instrument, patrzysz w nuty albo włączysz sobie w Internecie, jak ktoś gra, i grasz. To taki instrument, z którym trzeba trochę przesiedzieć, zanim te palce zaczną chodzić. Z tym się też trzeba liczyć.

W zespole poznałem sporo melodii. Nauczyłem się jednej, drugiej, trzeciej i to mnie napędzało. To było takie samozaparcie. Wcale nie jest tak, że rodzice kazali mi grać, bo im się to podoba. Znam ludzi, którzy tak grają. Potem mam wrażenie, że ta muzyka jest sztuczna. Nie chcę źle mówić, ale nie lubię muzyki klasycznej. Dla mnie ta muzyka jest sztywna. U nas czy mi palec przeskoczy, bo mi się pomyli, czy coś jeszcze – wszystko jest takie naturalne. To idzie samo z siebie. Pomylisz się, to gramy dalej. Tam Krzysiu coś skrzypcami nadciągnie i to się tak wszystko uzupełnia. Wchodzi jedno w drugie.

Melodia musi zostać melodią. Jak jest za dużo przerabiania, to traci swój urok. Nie raz lepiej jest zagrać melodię prostą, ale zagrać ją dobrze, niżeli przekombinować i dokładać tam nie wiadomo czego. I to jest też fajne.

Mam w telefonie ściągnięte pianino. Nieraz w wolnej chwili, jeśli chodzi mi piosenka po głowie, to potrafię gdzieś sobie usiąść w oborze na słomie czy w stodole, wyciągnąć telefon i tę piosenkę grać. Czy gwizdam sobie, czy śpiewam. To już jest rzecz, która się we mnie zakorzeniła. I już jest na stałe. Ja nieraz nad tym nie panuję – idę i jakąś piosenkę śpiewam. To takie naturalne.

Dudy do najtańszych nie należą. Kupili mi je rodzice. I to też była taka komiksowa historia. Tata powiedział: „Możemy kupić, no ale to już musisz grać. Bo jak nie będziesz grać, to nie będziemy kupować. Po co? Już lepiej miej te pożyczone, to jak już skończysz, to oddasz”. Ale pieniądze wyłożyliśmy i tak gram.

Powiem szczerze, że stare dudy mają jednak swój charakter. Odkupiłem je od pana Stasia Kubiaka ze Sułkowic. Staram się o nie dbać, jak mogę. Zawsze się śmieję, że jakby pożar był w domu, to najpierw bym wyniósł całą rodzinę, a potem wziął dudy pod pachę. Taki mój drugi majątek. Po prostu to rzecz, która jest dla mnie bezcenna i ponadczasowa. Nie sprzedałbym tych dud nigdy i myślę, że nie sprzedam.

Najlepiej się gra, jak się gdzieś spotkamy. Czy ja pojadę do Krzysia, czy Krzysio przyjedzie do mnie. Usiądziemy na ławce przed domem i potrafimy grać ze cztery, pięć godzin. Siedzimy i gramy. I jeszcze zejdą się Krzysia rodzice czy mój dziadek przyjdzie, coś przyśpiewają… I tak to jest.

Już mi trochę przeszedł ten etap stresowania się na scenie. Nieraz jak wchodziłem na scenę, to kolana latały jedno w prawo, drugie w lewo. Ręce sztywne momentalnie. A teraz jak gram na jednym występie, drugim, trzecim, to już ten stres trochę mniejszy. Ale jak człowiek gra na luzie, nie dla kogoś, tylko dla samego siebie, dla samozadowolenia, to jest zupełnie inaczej. Tak to wygląda.

Kiedyś miałem taki moment, że na przykład gdzieś w stroju bym nie wyszedł. A dzisiaj gdybym się ubrał w strój, to czy bym poszedł na miasto, czy bym poszedł do szkoły, to bez żadnych kompleksów. Byłoby to dla mnie takie naturalne.

Szczerze to mi się marzy, żeby po biskupiańsku iść do ślubu. Może nie całkiem biskupiańskie wesele robić, ale żeby na pewno były jakieś elementy, a przede wszystkim żeby w stroju iść. Ale to jeszcze trochę czasu.

Czasami jeździmy w delegacje na wesela. Czy znajomi proszą, czy po prostu ludzie z zewnątrz. Pokazujemy tańce i muzykę. Jest to w pewnym sensie rozrywka dla tych, którzy nas zapraszają. Głównie gdy młoda para jest stąd, a mają rodzinę z drugiego końca Polski. To też inaczej, kiedy my jedziemy gdzieś, niż kiedy występujemy u siebie. Tu już nas wszyscy znają. A tak zajedziemy gdzieś, to wszyscy: „O, pan gra na tym? A jak to wygląda?”.

Pieniądze pieniędzmi, ale ja jestem człowiekiem, który gra dla siebie. Nie gram tej muzyki po to, żeby mi ktoś za nią płacił, czy pieniądze, czy obojętnie co. Pieniądze dzisiaj są, a jutro ich nie ma. Takie jest życie.

Od początku to tak działało we mnie, że grałem dla siebie. A pieniądze… Jak wpadły, no to fajnie. Mogę sobie kieszonkowe odłożyć. Na coś tam przeznaczyć. Ale raczej gram dla siebie.

Nie myślę nad tym, żeby tym zarabiać i z tego żyć. W dzisiejszym świecie, w rozwijaniu się muzyki i ogólnie kultury na pewno dałoby się zarobić. Dużo zespołów robi na tym grube pieniądze. Ale ja bym chciał zostać w tym naszym małym gronie. I po prostu grać dla siebie.

Myślę po technikum jakąś pracę złapać. Rodzice prowadzą gospodarstwo. Jest nas trójka rodzeństwa i nie wiem, kto będzie chciał zostać. Bo dzisiaj jest tak, jutro jest tak. Ale muzyka zostanie.

Na co dzień słucham folku, zdarza się, że też metalu troszkę. Takie odbiegnięcie od tematu. Jak metalu słucham, to zawsze się dziadek śmieje, że mam wyłączyć te drące się koty w pokoju. Dziadek i babcia mają jeszcze taki stary gramofon i stare płyty różnych instrumentalistów. Pocztówki dźwiękowe były kiedyś biskupiańskie. Czasami z dziadkiem w niedzielę usiądziemy, wyciągniemy z szafy tę walizkę, zdmuchniemy z niej kurz i słuchamy muzyki. Dziadek siedzi, a babcia mówi: „O, to były czasy. Fajna piosenka”.

Jak mamy jakieś ognisko, to też śpiewamy wieczorem i śpiewamy to jako my, jako młode pokolenie. To nie tak, że tylko starsi ludzie śpiewają i nikt więcej. My też śpiewamy.

Mam młodsze rodzeństwo. Dużo młodsze, bo ja mam szesnaście, siostra – pięć, a brat – trzy lata. Jak gram w pokoju, oni przyjdą, złapią się za ręce i już tańczą. Mam taką sztuczną przebierkę, zeszłego roku robiliśmy je na taborze. Mały czasami mówi: „Adi, a masz chwilę? To pójdziemy pograć na dudach?”. Wtedy ja łapię za dudy, a on wyciągnie przebierkę, usiądzie koło mnie i tak sobie dmucha, przebiera palcami. To im się podoba. Myślę, że może kiedyś też zechcą grać. Ja nie będę naciskał. Ale jak będą mieli ochotę, to z chęcią im to przekażę.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Maria Świst | 20 lat | śpiewaczka i tancerka | Krobia

Pracuję w sklepie. Uwielbiam gotować i eksperymentować w kuchni. Czasami nie wyjdzie, ale mi akurat zawsze smakuje.

Śpiewać zaczęłam najpierw w chórku szkolnym. Kiedy byłam już w technikum, nie śpiewałam od prawie trzech lat. Pewnego razu Gosia (Gosia Szymankiewicz – przyp. red.) zapytała, czy nie zaśpiewam z nimi w Czterech Milach Lasu na jednym koncercie. Zaśpiewałam i zostałam.

Do zespołu (Biskupiański Zespół Folklorystyczny z Domachowa i Okolic – przyp. red.)  też trafiłam z przypadku – zapytali, czy nie pojadę z nimi gdzieś, bo jednemu z tancerzy brakowało partnerki do tańca. A ja mówię: „Mogę jechać, ale nauczcie mnie tańczyć”. Było ciężko, bo nie miałam za dużo czasu, żeby się uczyć. Ale pomyślałam: „Dobra, jakoś to będzie!” i się nauczyłam. Pojechaliśmy do Torunia. To było… jeszcze do szkoły chodziłam, trzy lata temu, jakoś tak. Wtedy pan Franciszek Jesiak spytał: „Zostajesz?”. „Mogę zostać” – powiedziałam. I tak krążę sobie po tym zespole.

Żałuję, że nie wiedziałam, że w zespole jest tak fajnie, bo poszłabym tam wcześniej. Zapomniałam na jakiś czas, że jest w ogóle coś takiego jak Biskupizna. Kompletnie się tą muzyką, tą kulturą nie interesowałam.

Uczyłam się też chwilę grać na dudach. Dobrze mi szło, ale nie mam cierpliwości. Jakbym miała cierpliwość, to może byłoby inaczej. Zawsze chciałam grać na gitarze. No ale tak się nauczyłam, że się nie nauczyłam i kompletnie nie ogarniam tego instrumentu. Skrzypce – fajna sprawa. Lira korbowa! Lubię dźwięk liry korbowej. Jest tyle instrumentów, na których chciałabym się nauczyć grać!

W naszym zespole też śpiewam. Rok temu byłam w Kazimierzu Dolnym (Ogólnopolski Festiwal Kapel i Śpiewaków Ludowych w Kazimierzu Dolnym – przyp. red.). Śpiewałam tam z panem Franciszkiem Jesiakiem. Niestety, nic nie wygrałam; jak weszłam na scenę, to mnie się ze stresu tekst zapomniał kompletnie! Ale później, jak pan Jesiak mi pomógł, to już jakoś poszło.

Na początku przyśpiewek uczyłam się od pani Ani (Anna Chuda – przyp. red.) i od pana Jesiaka. Jeszcze wtedy nie wkręciłam się aż tak. A teraz jestem tak wkręcona, że wszędzie bym latała z dyktafonem w razie czego. Jakby jakaś nowa przyśpiewka pani Ani albo panu Jesiakowi się przypomniała, to zawsze jest dobrze to nagrać, bo później mogą o niej zapomnieć. Ewentualnie jeszcze jakichś starych nagrań słucham. I staram się poukładać je sobie w jakimś folderze na komputerze. Tam zawsze w razie czego wszystko mam, nie muszę szukać. Mam nawet zeszyt, a w nim ze 150 przyśpiewek.

Zawsze jak mi się przypomni tekst, to albo końcówka, albo jakaś inna zwrotka. Jak to szło od początku? I sobie śpiewam, śpiewam i śpiewam, dopóki nie przypomnę początku. A jak przypomnę, to parę razy zaśpiewam i już mi jakaś inna przyśpiewka do głowy przychodzi. I tak sobie pośpiewuję.

Jak znajomi mi coś zaśpiewają to od razu pytam: “A jak to leci dalej?”. To samo tyczy się muzyki. Jak melodia jest ładna i mi się podoba, myślę sobie, jaki może mieć tekst i pytam.  Zapytać nie zaszkodzi. Czasem melodia ma słowa, czasem nie. Zdarza się że mam tylko same teksty, ale melodii nie znam.

Cieszę się, gdy mogę usłyszeć coś nowego. Nowych, aczkolwiek starych melodii i przyśpiewek fajnie się słucha. Jeszcze fajniej gdy słyszy się je na starych nagraniach. Ich jakość nie robi szału, ale mają swój specyficzny i przyjemny klimat. Taki lekko uzależniający.

Jak pracuję, to sobie albo pod nosem ponucę, albo zaśpiewam. W domu też mi się zdarza albo zagwizdać, albo pośpiewać.

Dowiedziałam się od mojej babci, że jej babcia była biskupianką. O tym się w domu tak na co dzień nie rozmawiało. Dopiero jak wstąpiłam do zespołu, to babcia mi powiedziała o tej Biskupiźnie. Babcia jak patrzy na moje włosy, mówi: „Moja babcia się tak zawsze czesała”. Jak byłam mała, to sobie postanowiłam, że chcę mieć długie włosy. I tak zostało. Tak się już przyzwyczaiłam, że gdybym je ścięła, to chyba bym płakała. W tej fryzurze chodzę na co dzień. Na lato to najwygodniejsza fryzura, jaka może być na świecie.

Mój dziadek grał na harmonijce ustnej. Jak byłam mała, zawsze chciałam, żeby mnie nauczył na niej grać. Próbowałam, ale mi to nie wychodziło. Dziadek pracował na statku i zawsze jakąś tam rozrywkę mieli. I tak mu zostało. Kiedy była jakaś rodzinna impreza, to dziadek sobie grał.

Czasami mam ochotę ubrać się w spódnik i do tego włożyć jakąś bluzkę. Ogólnie ludzie fajnie na to reagują. Przychodzą do sklepu: „O, jaka ładna biskupianeczka!”. Podejdą nawet, pogadają.

Spódniki mam stare. Najczęściej takie rzeczy ludzie mają po domach, więc albo się od kogoś odkupi, albo też sami oddają. Niektóre musiałam poprzerabiać, bo na przykład mam taki stary spódnik i on już jest dziurawy. Ale jest naprawdę bardzo fajny, bo gruby, wełniany i taki zielonkawy – piękny! Lubię zakładać go na potańcówki.

Jak gdzieś mi przy fartuchu czy przy spódniku coś puści, to zawsze sobie poprawię. Albo jak mam za krótki czy za długi, to przerobię, żeby było dobrze. Szukam też materiału żeby sobie fartuszek wyszyć. Po całym dniu lubię usiąść do haftowania. To dla mnie sprawa relaksująca – gdy nic dookoła mnie nie interesuje, tylko przy tym siedzę i się uspokajam. Zdarzy mi się, że wyszywam i patrzę – siedemnasta. Za chwilę biorę telefon do ręki i jest już druga w nocy. Jak usiądę, to czasami tak się wkręcę, że nie wiem tak naprawdę, która jest godzina.

tekst: Danuta Naugolnik
fotografie i filmy: Piotr Baczewski
Za pomoc w realizacji w/w materiałów dziękujemy:
 – Fundacji dudziarz.eu
 – Biskupiańskiemu Zespołowi z Domachowa i okolic